Wysokość, niebezpieczne wariacje i ona. Milena Domino-Dyrkacz, tancerka towarzyska, akrobatka powietrzna, wicemistrzyni świata i trenerka po wielu sukcesach usłyszała tragiczną wiadomość: „Zrezygnuj ze sportu, twoje ciało nie daje rady”. Nie poddała się i do dziś spełnia się zawodowo mając pod okiem blisko 200 dzieci w jednej z lubelskich szkół akrobatycznych.

Milena związana była ze sportem od dziecka. Tancerka towarzyska z wieloma sukcesami w wieku 24 lat zakończyła karierę, oddając partnera tanecznego w ręce innej kobiety. – Czułam, że jest to pewien etap w moim życiu, który się kończy. Przyzwyczajona do wielu treningów w tygodniu musiałam znaleźć coś, co wypełni tę pustkę – tłumaczy Milena.

Miłość i pasja

Wtedy na ratunek przyszedł jej obecny mąż, zapalony highliner, jeden z współorganizatorów festiwalu Urban High Line, Marek Dyrkacz. – Poznałam go i zakochałam się na zabój. Po chwili okazało się, że jego pasja powoli zaczyna stawać się również i moją pasją – wspomina.

Powód rozpoczęcia treningów był bardzo prozaiczny. – Kiedy poznałam Marka, zaczęłam mieć kompleksy. Przyzwyczajona, że mogę pochwalić się wyjątkową pasją jaką jest taniec, przy pasjach jego kolegów, gdzie jeden żonglował, drugi bawił się ogniem, trzeci wykonywał salta, a czwarty skakał po taśmach, poczułam się zwyczajna – przyznaje.

Częste treningi Marka u Sztukmistrzów oraz równie częste wizyty Mileny u swojej miłości sprawiły, że zapragnęła ona poczuć adrenalinę wiążącą się z byciem wysoko. – Kiedy nastawały chłodniejsze dni, highlinerzy trenowali na sali, gdzie razem z nimi były również dziewczyny od akrobatyki powietrznej. Wkręciłam się w to – mówi z entuzjazmem.

Zachwyt Mileny i miłość do adrenaliny sprawiły, że wybrała chusty. – Kompletnie się tym zachłysnęłam. Jako tancerkę jarały mnie rzeczy, przy których musiałam wykazać się fizycznie. Dlatego wybrałam chusty. Bardzo im blisko do tańca, ale jest zdecydowanie bardziej czarodziejsko, z nutą niebezpieczeństwa i adrenaliną – uśmiecha się.

Działam na 110 procent

Już na pierwszych treningach odezwała się taneczna natura Mileny. – Tancerki towarzyskie mają to do siebie, że nigdy nie robią nic na 30 proc. Jak już trenują to na całego, niezależnie od tego co trenują. Kiedy tylko mogę, to próbuję, ćwiczę i daję z siebie wszystko. Wkręciłam się w to tak bardzo, że trenowałam nie tylko na zajęciach, ale również w każdej innej wolnej chwili – przyznaje.

Początki nie były jednak łatwe. Środowisko akrobatyczne nie przypominało tego tanecznego. – Byłam przyzwyczajona, że jak zapłacę, to otrzymam szkolenie na najwyższym poziomie. Tutaj tak nie było. Figur uczyłyśmy się z Youtube. Moją instruktorką była wtedy Agnieszka Krzysztofiak, która pokazała mi wszystko co umiała – wspomina. – Teraz jest już zupełnie inaczej. Dla swoich podopiecznych ściągam najlepszych trenerów z Polski i ze świata.

Wysiłki oraz pasja Mileny zostały zauważone. – Dość szybko dostałam propozycję występu w spektaklu Sztukmistrzów, w Cafe Variete. Nie miałam wtedy pojęcia, że jest to tak potężne przedsięwzięcie, duży 40 minutowy spektakl, gdzie dostałam nawet przypisaną rolę. To była moja pierwsza choreografia, pierwsza etiuda – wspomina.

Współpraca Mileny ze Sztukmistrzami potoczyła się bardzo płynnie. Zajęcia dla początkujących, potem własne grupy reprezentacyjne i sukcesy podopiecznych na mistrzostwach. – Teraz mogę pochwalić się już dwiema mistrzyniami świata. To są właśnie zalety mojej pracy – mówi Milena.

Swoje zajęcia od września 2017 roku prowadzi też w Strefie Wysokich Lotów. – Dostałam pełne zaplecze sprzętów, mogłam zbudować wszystko od zera. Zaczynaliśmy od 15 osobowej grupy i dwóch instruktorów, a teraz pod opieką mamy prawie 200 dzieci, a kadra liczy 4 instruktorów i wciąż szukamy rąk do pomocy – uśmiecha się.

Chwilę po rozpoczęciu pracy w SWL Milena wystartowała w mistrzostwach świata w akrobatyce powietrznej. – Nie było lekko, ale po wielu kontuzjach przygotowałam choreografię, która nie tylko się spodobała, ale i zaowocowała drugim miejscem – mówi z radością.

Kiedy wali się świat

Po wielu wzlotach Milena spotkała się z tragicznym wyrokiem. – Pewnej nocy, po cudownym występie na wysokości, obudziłam się z ogromnym bólem w biodrze. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie czułam – mówi załamana Milena. Ortopeda nie miał dla niej dobrych wieści: zwyrodnienie stawów. – Do tej pory mam w głowie te słowa „Pani Milenko, musi pani zrezygnować ze sportu”.

Będąca na początku swojej podniebnej kariery Milena nie dała za wygraną. – Co miesiąc mam wizyty u fizjoterapeuty, który poprawia mój zakres ruchu, niestety mój stan nigdy się nie polepszy, nie będzie taki jak był. Mogę tylko ćwiczyć – przyznaje.

Niestety był to ogromny cios, który było jej bardzo trudno przeżyć. – Miałam dużo do przetrawienia. Ciężko było pogodzić się z faktem, że moje młode ciało jest już wyeksploatowane. Wciąż robię jednak, ile tylko mogę, a gdy już ból będzie nie do wytrzymania, na pewno znajdą się specjaliści, którzy mnie poskładają tak, żebym mogła chodzić – mówi.

Przyszedł czas na zmianę ścieżki kariery. – Swoje prywatne sukcesy zamieniłam na sukcesy swoich podopiecznych. Uznałam, że to moment, kiedy powinnam skupić się na karierze trenerskiej. Chcę otworzyć dzieciom drogę do ich wielkich karier i uchronić przed wyrokiem, jaki ja usłyszałam – mówi.

Nie jest lekko

Taniec na chustach to sport wyczynowy. Jest bardzo niebezpieczny i wymaga dużo wysiłku. – Musze przyznać, że ten sport dla ciała nie jest przyjemny. Cały czas musimy używać mięśni, a chusty wciąż gdzieś cisną. Ważne jest też rozciągnięcie ciała. Poza tym pokaz musi wyglądać pięknie i lekko – podkreśla Milena. – A z drugiej strony jest to bardzo przyjemne uczucie, kiedy różne figury zaczynają nam wychodzić i można polatać, a wiadomo, że nie lata się na co dzień.

Każdy sport ma w sobie coś co nas przyciąga, jak i odstrasza. – Pomimo wielu niedogodności uczę dzieci, które nigdy do chust się nie zraziły na tyle, żeby z nich zrezygnować. Myślę, że to za sprawą właśnie tego dreszczyku emocji i dobrej opieki, jaką jako kadra dajemy dzieciom – zapewnia. – Jak tylko możemy, każdą chwilę poświęcamy naszym podopiecznym. Trenujemy je, tworzymy choreografie, wybieramy muzykę i projektujemy stroje. Staramy się dać dzieciom wszystko, czego potrzebują.

Praca trenera to niemałe wyzwanie, które rozbudza w Milenie kreatywność i odpowiedzialność. – Nie tylko chcę, żeby każda z dziewczyn miała świetną, nową choreografię. Jest to także wymóg turniejowy. W regulaminie są jasno określone figury, które muszą zostać zawarte w choreografii, a regulamin praktycznie każdej imprezy mocno się różni. Często oznacza to dla mnie 15 nowych choreografii na każdy występ. To dużo pracy, ale i satysfakcja jest ogromna – podkreśla.

Milena poświęca się swojej pracy każdego dnia. – Jestem szczęśliwa z tego, co osiągnęłam. Cieszę się, że sport cały czas gości w moim życiu pomimo wielu przeciwności. Efekty mojej pracy widzę na każdym kroku, w postaci sukcesów moich podopiecznych. To są właśnie emocje nie do opisania – uśmiecha się.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments