Anna Bakiera i Cezary Hunkiewicz mieszkają w Lublinie. Na co dzień współpracują z różnymi instytucjami kultury oraz prowadzą Brain Damage Gallery, która znajduje się w Centrum Spotkania Kultur. Ich miłość do Lublina zaowocowała powstaniem LUBLOV, gdzie można znaleźć specjalne produkty związane z historią miasta.

Anna Bakiera do Lublina przyjechała na studia. Wcześniej nasze miasto odwiedzała tylko przejazdem. Nie zrobiło jednak na niej większego wrażenia.

– Lublin nie do końca mi się podobał. To było na początku lat 90. ubiegłego wieku. Okolice dworca PKS i ul. Lubartowskiej, pamiętam z dzieciństwa jako szarą, niespecjalnie przyjazną okolicę. Wtedy jeszcze nie zapuszczaliśmy się na Stare Miasto, które nie wyglądało tak jak teraz. Ale kiedy przyjechałam tutaj na studia, Lublin zrobił na mnie znacznie lepsze wrażenie – uśmiecha się.

Już wtedy zauważyła w mieście wiele zmian. – Stare Miasto, to chyba najbardziej namacalny przykład tego, jak Lublin się zmienia – podkreśla z radością.

Dziś prowadzi LUBLOV, czyli miejsce z różnorodnymi produktami, których wątkiem wspólnym jest Lublin. – Kocham Lublin za to, że jest miastem nietuzinkowym z bogatą historią, co dla mnie jako dla historyka sztuki jest dosyć istotne.

Bakiera uważa, że od wspomnianych lat 90. Lublin zmienił się na lepsze. Ma jednak nadzieję, że pozostanie taki, jak jest. – Mam nadzieję, że będzie miastem kultury, zieloną metropolią, w której dobrze się żyje – podkreśla.

LUBLOV

Pomysł na LUBLOV powstał z potrzeby. – Przyjeżdżali do nas znajomi z różnych miast w Polsce i zza granicy, często byli to artyści czy projektanci, a więc osoby dla których liczył się dobry design. Problem polegał na tym, że nie mieliśmy im co dać jako pamiątki z Lublina. To co widzieliśmy w sklepikach to były raczej produkowane na masową skalę, słabej jakości i wątpliwej estetyki gadżety. Brakowało nam czegoś, co będzie nieszablonowe, dobrze zaprojektowane, najchętniej przez lokalnych twórców, a przecież mamy się kim chwalić – zauważa Anna Bakiera.

Wśród szerokiej oferty produktów LUBLOV znajdziemy m.in. kubki, magnesy, koszulki oraz plakaty. Na części z nich znajdziemy symbole – również te nieoficjalne – Lublina i poszczególnych dzielnic. Ale także produkty lokalnych projektantów. Cieszą się one jednak zainteresowaniem nie tylko wśród turystów.

– Wydaje mi się, że mieszkańcy chętniej je kupują i to nie tylko ci, którzy mieszkają w Lublinie, ale też tacy, którzy już stąd wyjechali, ale wciąż czują się z nim w jakiś sposób związani – podkreśla Bakiera. – Nie sądzę, żeby wszyscy turyści wiedzieli, czym jest na przykład rakieta z LSM. To raczej taka rzecz, którą znają mieszkańcy.

– LUBLOV był projektem, który długo w nas dojrzewał. Powstał w czasie, gdy razem z galerią zostaliśmy zaproszeni do CSK. W Lublinie brakowało nam autentycznej opowieści o tym mieście, która mogłaby być wyrażona w postaci narzędzi wizualnych – zaznacza Cezary Hunkiewicz, współtwórca LUBLOV.

Brain Damage Gallery

Twórcy prowadzą również Brain Damage Gallery. Jej początki nie były łatwe. Gościła różnych artystów, sama jednak również przenosiła się z miejsca na miejsce.

– Pierwsza przestrzeń galerii była w opuszczonym budynku na Drodze Męczenników Majdanka. Otworzyliśmy ją w 2012 roku. Przestrzeń galeryjna, jeśli można ją tak nazwać, nie miała okien, drzwi ani prądu. Były to absolutnie spartańskie warunki – wspomina pani Anna.

Udało się jednak pokazać w niej dwie duże wystawy. – Pierwsza „They Call Us Vandals” to projekt, w który zaangażowani byli legendarni twórcy europejskiej sceny graffiti. W ramach drugiej, fotograficznej wystawy „All My City” poprosiliśmy kilkunastu artystów z całego świata o pokazanie, jak oni widzą miasto będąc jednocześnie aktywnymi twórcami działającymi na ulicy – zaznacza. Obie wystawy odbiły się szerokim echem w kraju i zagranicą, dając nam dużo wiary, że to co robimy ma sens.

Oprócz galerii, na pierwszym piętrze budynku znajdował się 1st Floor, na drugim zaś Getto Park. – Było to prawdziwe centrum kultury, stworzone oddolnie, własnym sumptem przez młodych ludzi. W styczniu tego roku budynek jednak został zburzony. W 2013 roku, przeprowadziliśmy do centrum miasta, na ulicę Cichą 4. Już mieliśmy tam okna! – uśmiecha się Anna. – Nie mieliśmy jeszcze drzwi ani ogrzewania, ale okna już dużo robiły jeśli chodzi o przestrzeń galerii, a przynajmniej tak nam się wówczas wydawało (śmiech).

Wówczas do Lublina przyjechała Martha Cooper, absolutna legenda amerykańskiej fotografii związana ze sztuką uliczną. – Jako jedyna fotografka została zaproszona do zamkniętego świata graffiti i przez ponad 40 lat fotografowała jego narodziny i rozwój. Dziś trudno mi uwierzyć, że przyjęliśmy ją w takich warunkach, natomiast wtedy wydawało nam się, że jak już mamy okna, białe ściany i że możemy podłączyć prąd to już jest duży sukces – wspomina Bakiera. – Martha była jednak zachwycona, nie tylko galerią i Lublinem, ale Polską w ogóle, bo była to jej pierwsza podróż do naszego kraju.

Nowe miejsce

Następnie galeria przeniosła się na ulicę Królewską 13. – Mieliśmy tam bardzo małą przestrzeń wystawienniczą, ale udało się zorganizować wiele wartościowych wystaw. Między innymi „Metro Lublin”, które również odbiło się dosyć szerokim echem. Był to projekt Michała Lewkowicza, grafika, związanego z kulturą graffiti, który jeszcze pod koniec lat 90. XX wieku, trochę dla żartu zaczął projektować lubelskie metro. Po niemal 20 latach postanowiliśmy odświeżyć ten projekt i pokazać historię oraz rozwój lubelskiego metra, którego… nigdy nie było – podkreśla artystka.

Na wystawie pokazane zostały wycinki z gazet, stylizowane na lata 60., zdjęcia z zalania metra przez Bystrzycę i wiele innych „smaczków”, które sprawiły, że ów żart został przez niektórych odebrany bardzo poważnie. – Ludzie faktycznie myśleli, że jest to nowa inicjatywa władz miasta, żeby w Lublinie zrobić metro, dostawaliśmy więc informacje, że pomysł jest świetny, ale nie można przejechać według tej mapy, bo odcinki są za krótkie – uśmiecha się. – Niektórzy mówili nam, że Lublin w ogóle nie jest dobrym miejscem do tego, by budować tu metro i że bardziej odpowiednie byłyby na przykład tramwaje.

Obecnie galerię można odwiedzić w Centrum Spotkania Kultur. – Koncentrujemy się na tej działalności, by móc w Lublinie pokazać najlepszą sztukę związaną ze street artem i graffiti nie tylko w Polsce, ale i na świecie – dodaje.

Od mieszkańców dla mieszkańców

– Bardzo lubię wszystkie przedmioty, które zostały dla nas wykonane, jednak plakaty dają artystom chyba największe pole do popisu. Zawsze było dla nas ważne, żeby były to po prostu rzeczy dobre, a LUBLOV łączył się z Lublinem – zaznacza Bakiera.

Od samego początku twórcy LUBLOV bardzo dużą uwagę przywiązywali do sposobu produkcji.

– To były też limitowane druki i rzeczy wykonywane ręcznie. Wiedzieliśmy, co chcemy zrobić i chcieliśmy to pokazać. Uznaliśmy, że najlepszą opowieść o Lublinie zbudują artyści, którzy tu tworzą lub są z miastem związani – wyjaśnia Cezary Hunkiewicz. – Stworzyliśmy pewną narrację, której brakowało. Ona jest wyrażona przy pomocy projektów graficznych. Kubków, magnesów, przypinek, plakatów. Dla nas to przedłużenie projektu kulturalnego. LUBLOV dla nas jest jednym z dodatkowych elementów działalności.

Współpraca z artystami

Szczególną rolę w projektach LUBLOV odgrywają lokalni artyści, z którymi twórcy współpracują. – Ich wkład jest ogromny. Kontaktujemy się na przykład z Jackiem Rudzkim, Michałem Bednarskim czy z innymi twórcami i dajemy im wolną rękę. Mówimy im ewentualnie, co nas interesuje, wspólnie nakreślamy kierunek. Jeszcze nigdy nie zawiedliśmy się na ich projektach i na tym, co nam zaproponowali. One są dokładnie takie, jakie my chcielibyśmy mieć w domu – uśmiechają się twórcy.

– Jestem animatorem, więc dla mnie o wiele bardziej inspirująca jest treść projektów graficznych i ich połączenie w jakiś nowy nośnik. To mnie interesuje. Jak robiliśmy kubek, to chcieliśmy wszystko robić od zera. Chcieliśmy, by nawiązywały do tych, z których korzystaliśmy w szkolnych stołówkach, bo miały świetną, prostą formę i takie rzeczy trzeba przywracać – opowiada Hunkiewicz. I dodaje: – Widzimy, że robimy wartościowe rzeczy.

Odkryć Lublin

Lublin ma również wiele symboli. Artyści jednak starali się odbiec od tych standardowych i uwidocznić coś, co dotąd było nieznane. – Są te, które wszyscy kojarzymy czyli na przykład kozioł opierający się o winorośl, znany z naszego herbu, ale próbowaliśmy odkryć Lublin na nowo. Pojawiła się rakieta, która dla wielu osób była symbolem, ale nie wszyscy widzieli ją na plakacie. Zaryzykowaliśmy i okazało się, że był to jeden z najchętniej kupowanych sitodruków – zaznacza Bakiera.

Równie ważnym symbolem jest neon nieistniejącego już kina Kosmos. – Odrestaurowany przez nas w 2013 roku, przy współpracy Wydziału Kultury UM i Galerii Labirynt, gdzie zresztą do dziś wisi. Wcześniej, poza pojedynczymi przypadkami, nikt neonami się specjalnie nie interesował. Wystawa neonów w CSK, do udziału w której zaprosiliśmy jednych z najlepszych polskich projektantów, a która jest chętnie odwiedzana przez mieszkańców i turystów pokazuje, że neony, jak i w ogóle sztuka w mieście, są ważne – zaznacza Bakiera.

– Fajnie jest kreować na nowo symbolikę. Lubimy, jak coś zaczyna żyć swoim drugim życiem. Nikt by nigdy nie pomyślał, tworząc neon kina Kosmos, że będzie on dzisiaj niepisanym symbolem Lublina – mówi Hunkiewicz. – Chcemy właśnie wydobywać te smaczki, które stają się nową, uniwersalną identyfikacją Lublina. Chcemy, by były ponadczasowe.

Zdjęcia: Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o