W swojej kolekcji ma ponad 200 różnorodnych łabędzi, jednak jest pasjonatką wszystkich oryginalnych przedmiotów. Elżbieta Kowalczyk, bo o niej mowa, od kilku już lat zajmuje się organizowaniem comiesięcznej Lubelskiej Giełdy Staroci. Opowiedziała nam o jej początkach, swojej pasji oraz znaczeniu giełdy dla mieszkańców Lublina.

Jak to się zaczęło z Giełdą Staroci?

– Lubelską Giełdą Staroci zaczęłam się zajmować bardzo przypadkowo. Przez 11 lat odbywała się na placu Wolności i na ulicy Dolnej Panny Marii. Odkryłam ją dopiero wtedy, kiedy tu zamieszkałam. Miałam też bardzo dużo rzeczy z poprzedniego mieszkania i uznałam, że czas pozbyć się rzeczy, które są mi niepotrzebne. Przyjechał wtedy też do mnie znajomy i mówi: słuchaj Ela, masz taki potencjał w tej giełdzie. Wtedy nawet nie sądziłam, że można w tę branżę pójść. Pracowałam w firmie, która zajmowała się finansami, więc była to zupełnie inna bajka. Na początku sprzedawałam i miałam swoje stoisko, ale było mi ciężko, bo na niczym się nie znałam. Udało mi się jednak sprzedać przedmioty.

Swego czasu, giełda na placu Wolności była uznawana za „niebezpieczną”.

– Ówczesny prezydent Lublina zorientował się, że giełda na placu Wolności jest zagrożeniem dla ludzkiego życia, ponieważ odbywała się zarówno po jednej, jak i drugiej stronie ulicy, a ruch funkcjonował normalnie. Nie było wtedy jeszcze nikogo z Lublina kto zająłby się tym wydarzeniem, więc trafiło na mnie. I tak to się zaczęło.

Przez jakiś czas kolekcjonerów mogliśmy też spotkać na Starym Mieście.

– Przeniesiono nas na Stare Miasto i to miało niesamowity urok. Giełda zaczęła się rozwijać i coraz więcej było o nas słychać. Nawet turyści, którzy przyjeżdżali do Lublina nie mogli się nacieszyć, że akurat trafili na ten moment. Te nasze przedmioty są niepowtarzalne. Wystawcy przywożą rzeczy, o których ludzie nawet by nie pomyśleli, że można sprzedać czy oddać. Mają przecudne rzeczy wartościowe, muzealne i myślę, że niejedno muzeum chciałoby mieć w swoim posiadaniu takie eksponaty, które można niejednokrotnie kupić na targu staroci.

Co pani początkowo sprzedawała?

– Głównie to co było mi niepotrzebne i zalegało w domu. Jakaś lampka, jakieś flakony. Dostałam malutkie mieszkanie, bo dzieci się usamodzielniły i wyjechały, więc te wszystkie przedmioty niepotrzebne zapakowałam do pudełka, włożyłam do piwnicy i sobie leżały. Dopiero później znajomy mi powiedział, że taki towar można zdobyć. Pojechaliśmy na zachód Polski, do miejsca, gdzie ściągają ten towar z całej Europy. Przywożą tam dosłownie wszystko, więc wyszukiwałam sobie tam takie rzeczy nietuzinkowe, fajne i oryginalne, w których widziałam potencjał.

Wtedy też zaczęła się ta pani pasja do starych przedmiotów?

– Tak. Zgłębiałam wiedzę o każdym przedmiocie, nawet tym najbardziej banalnym. Obecnie cokolwiek wezmę w rękę sprawdzam skąd to jest. Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że jestem fascynatką różnych starych przedmiotów. Kompletuje je, a mam w domu mnóstwo przedmiotów. Na przykład zbieram łabędzie. Wszelkiego rodzaju, ale chyba tych porcelanowych mam najwięcej. Chyba mam ich ponad 200. Niektóre są jeszcze w pudełkach! (śmiech) Zawsze oglądam rzeczy wystawców, którzy przyjeżdżają. Robię zdjęcia, kolekcjonuje. Zachęcam ludzi do tego, by przychodzili na targi staroci, bo tu jest niepowtarzalny klimat. Żaden kiermasz i żadna impreza nie odda tego klimatu.

Co wyróżnia giełdę?

– Po pierwsze: ludzie zarabiają. Po drugie: wystawiają rzeczy, których już prawie nie ma, bo to historia. Po trzecie: te rzeczy nawet odrestaurują, odnowią i dadzą im drugie życie. To jest ekologia świata, bo przedmiot jest reanimowany, a nie kupiony drugi, więc też oszczędzanie energii. Warto to też pokazywać dzieciom. Trzeba ocalić od zapomnienia te piękne rzeczy.

Co się pani udało kupić, z czego jest pani najbardziej zadowolona?

– Mam kilka obrazów. Kiedyś kupiłam za 2 zł obraz, dosłownie za 2 zł! Mam go w domu i okazało się, że jest on bardzo wartościowy. Ludzie się na tym nie znają, a ja go też kupiłam bardzo przypadkowo. Takie właśnie rzeczy się trafiają i zachęcam ludzi, żeby ten targ odwiedzali. Wiem, że teraz jest trend na nowoczesność, minimalizm, ale każdy powinien mieć w domu coś niepowtarzalnego, co łączy nowoczesność z naszą historią.

Co jest modne wśród antyków?

– W tej chwili jest moda na lata 50. i 60. W meblach panuje minimalizm, a wtedy te meble były bardzo lekkie. I rzeczywiście zmienia się ta moda, bo jak zaczynałam to w cenie były meble dębowe, ciężkie i skórzane, a teraz są w niełasce. Teraz stawiamy bardziej na styl skandynawski. Można zdobyć przepiękne fotele i kanapy.

Jak opiekować się antykami?

– Każdy ma swój sposób. Porcelana np. ma różne złocenia i oczywiście nie mogą włożymy jej do zmywarki. Nawet ścierając kurze można ściągnąć warstwę złota, która jest na przykład na amforze. Do mebli też są odpowiednie środki, dlatego można je odpowiednio konserwować i będą nam służyć przez lata.

Poszukiwania antyków to duża przygoda?

– Można się w tym zatracić. Mogę chodzić cały dzień i je oglądać, przeglądać.

Na co powinien zwrócić uwagę początkujący kolekcjoner antyków?

– To sprawa osobista, ale nawet zwykły, szklany talerz ma swoją wartość, bo ma już swoją sygnaturkę. Wystarczy wejść do internetu po to, by ją sprawdzić i zacząć od tego małego talerzyka swoją kolekcję. Wystarczy chcieć.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o