Zespół Rezerwat został założony w 1982 roku. Przez te lata przewinęło się przez niego ponad dwudziestu muzyków, ale lider wciąż jest ten sam. Andrzej Adamiak, bo o nim mowa, zdradził nam, jak wyglądało koncertowanie i wydawanie płyt w PRL-u.

Początkowo graliście 170 koncertów rocznie. Jak jest teraz?

– Co roku jest inaczej. Raz kilkadziesiąt, innym razem kilkanaście.

Jak powstała piosenka „Zaopiekuj się mną”?

– Tak, tak. Zespół jednego przeboju! (śmiech) Omega też.

Tego nie powiedziałam.

– (śmiech) Każdemu życzę takiej piosenki. Każdemu artyście. Rzeczywiście, 95 procent społeczeństwa to zna, a może nawet więcej. Jak powstawała? Nie pamiętam. Po prostu zrobiłem ją w jeden dzień, a na drugi napisałem do niej tekst. Wstępny tekst i pojechałem z nim do Janusza Kondratowicza. Napisaliśmy razem końcową wersję tekstu i to wszystko. Tak powstała piosenka. Na próbie wspólnie z zespołem ją zaaranżowaliśmy. Koniec!

Dlaczego przez Rezerwat przewinęło się ponad 20 muzyków od początku jego istnienia?

– Są różne powody. Rezerwat to ja, w związku z czym, jak muzyk miał dosyć pracy ze mną albo ja z muzykiem, to się rozstawaliśmy. Czasami jest tak, jak tutaj, w Radiu Lublin, że realizuje nas Krzysiu Patocki, który nagrał płytę „Dotykaj” i grał dosyć długo ze mną i zespołem Rezerwat. My się lubimy i kolegujemy, ale przestał ze mną grać, bo przeniósł się do Lublina. On jest świetnym muzykiem. Były różne powody rozstań i zmian składu.

Zaczynaliście w trudnych dla muzyków, zwłaszcza rockowych, czasach PRL-u. Jak bardzo czuliście się cenzurowani?

– Wiesz co… to nie była cenzura. Jesteś młodą dziewczyną, to nie wiesz, o co chodzi. Groziło nam wszystko. To nie chodziło tylko o to, że cenzura broniła nam śpiewać i grać, czy zabraniała nam jeszcze czegokolwiek innego, ale komuna mogła nam zrobić praktycznie wszystko.

Jakie były te czasy?

– Inne. Powiem tu jedną rzecz. Gdyby komuna nie chciała, to by nie było polskiego rock‘n’rolla, bo by go zablokowała. Ale zależało im na tym, żeby odciągnąć młodzież z ulic do hal sportowych i sal koncertowych, to trochę odpuściła temu rock’n’rollowi. Prawdą jest, że gdziekolwiek byśmy nie pojechali, to znajdował nas jakiś pierwszy lepszy sekretarz albo inny kretyn i wygrażał paluchem, czego mi nie wolno mówić na koncercie i mówił, że jak nie, to przyjadą po mnie czarną wołgą. Później wychodziłem na scenę i mówiłem: proszę państwa, nie mogę powiedzieć na koncercie tego, tego, tego i tego, bo mi sekretarz zabronił! (śmiech)

Władzy starczało sił na kontrolowanie muzyki?

Proszę Cię! To była zorganizowana komórka. Niezwykle zorganizowana. Nie ma już takiej!

Co było najtrudniejsze dla muzyka w okresie komuny?

– Przeżyć. Przeżyć w spokoju. Mieć na chleb… Sztuka się robiła, bo miała o czym się robić. Teraz to nie ma o czym. Ludzie śpiewają teraz o pierdołach.

Muzycy przejmowali się zakazem grania niektórych utworów bądź mówienia, o czymś o czym nie mogli?

– I tak, i nie. To nie były zakazy. To była zupełnie inna rzeczywistość. Młodzież teraz tego nie rozumie! Jak ktoś mówi o stanie wojennym, o komunie, to staje się nudny i bezsensowny. To była regularna wojna tyle, że wojna cicha i tajna, a ludzie ginęli naprawdę. Byli maltretowani, bici i zabijani.

Jakie były muzyczne i artystyczne sposoby, które wykorzystywali artyści w walce z komunistami?

– Jeżeli tylko chciałaby komuna z nami wojować to, by nas pozabijała i byłby koniec walki. Może ktoś by został męczennikiem i to wszystko. Tak naprawdę to nie było żadnych sposobów. Wychodziło się na scenę i śpiewało się szczere rzeczy. Ludzie to kupowali i to była potężna siła, ponieważ nikt nie walczył gwałtownie i przesadnie z tą komuną. Było paru takich pajaców, którzy udawali wojnę z komunistami, ale nikt się na nią nie napinał. Po prostu mówił to, co myśli. Okazało się, że wcale nie trzeba było robić jakiś wielkich cudów, a wystarczyło tylko powiedzieć i to nazwać odpowiednimi wyrazami.

Czy dzięki muzyce czuliście się wolni?

A Ty byś się czuła? Oczywiście, że się baliśmy. To normalne, ale wolność była najważniejsza.

Jak wyglądało wtedy wydawanie płyt?

– Sprzedałem wtedy chyba z półtora miliona płyt, bo tak mi powiedzieli. A ile sprzedali? Wtedy w Polsce były dwie albo trzy państwowe wytwórnie. Nam pierwszą płytę wydała firma zagraniczna pod tytułem Savitor.

Jak zmieniło się Wasze życie muzyczne po zniesieniu cenzury?

– W ogóle się nie zmieniło. Obecnie mamy co chwilę jakąś cenzurę. Zawsze się komuś coś nie podoba, nawet jeśli to nie jest cenzura oficjalna. Teraz ubolewam nad tym, że zagraniczne firmy płytowe, które weszły na polski rynek, traktują Polskę jako rynek zbytu. Mają obowiązek wydawania polskich płyt, więc wydają chyba tych najgorszych. Od czasu do czasu wychodzi jakaś wybitna osobowość, a tak naprawdę to przed mikrofonem zmienia się tylko kolor włosów i wielkość cycków, a wszystkie piosenki są takie same i o tym samym. Czyli o niczym.

Gdzie są granice komercji w obecnych czasach?

– Nie ma granic. Jak widać! (śmiech)

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o