Tylko brzózki, prosto i cały czas płasko. Przez kilka dni podróży nic się nie zmienia. Moje wyobrażenia, że zobaczę niesamowite pejzaże i fantastyczne widoki właśnie legły w gruzach. Za oknem pociągu nie dzieje się nic – zaczyna swoją opowieść o wyprawie na Syberię pisarka Maja Wolny, która na co dzień mieszka w Kazimierzu Dolnym.

Początek wyprawy jest bardzo monotonny. Niektórzy podróżnicy na tym etapie przeżywają kryzys i pewnego rodzaju załamanie, kiedy przychodzi im się zmierzyć z tą samotnością i bezkresem. Prawie w ogóle nie widzi się ludzi, tylko opustoszałe wioski, w domach wieczorami nie świeci się światło. Nie wiadomo, co się stało z ich mieszkańcami.

– Kiedy po kilku dniach zobaczyłam wreszcie dzieci biegnące z piłką poczułam, że jednak jest tu jakieś życie i nie wszyscy wymarli. Jadąc na Syberię nie ma urokliwości, egzotyki, piękna, jest tylko posępna dzika dzikość i poczucie, że przyroda wcale nie chce tutaj ludzi. Dopiero za Irkuckiem, kiedy połowa drogi jest już za mną, coś zaczyna dziać się za oknem. Wtedy czuję, że rozpoczyna się na dobre moja podróż na Syberię – wspomina Maja.

Kilka tygodni wcześniej, wrzesień 2016 rok, Kazimierz Dolny

Maja do wyprawy przygotowuje się najlepiej jak potrafi. Pakuje straszak na dzikie zwierzęta, płaszcz przeciwdeszczowy, odzież sportową, sporo jedzenia, notesy, mapy, komputer. Nie wie jeszcze, że jej główny bagaż przepadnie na lotnisku i zostanie z malutkim plecaczkiem. Trasę kolei transsyberyjskiej prawdopodobnie jako pierwsza kobieta pokona tylko z podręcznym bagażem i reklamówką w ręce.

Rosjanie uważają za fanaberię podróż koleją transsyberyjską od początku do jej końca i to jeszcze za własne pieniądze. Nie widzą w tym wartości, nie widzą magii tej podróży. Dla nich to zwykły środek komunikacji, który jeszcze okrutnie ich nudzi. Nudę w pociągu zabijają wódką, której oficjalnie nie można pić, choć wszyscy mają, piją i każdego częstują. Mimo swego zdziwienia doceniają turystów i ich ciekawość rosyjską prowincją, tzw. głubinką. Mówią:

– No tak, do dużego miasta, do Nowosybirska, do Jekaterynburga to tak, ale tutaj? Tutaj jedziecie? A po co?

Trzy klasy

Kolej Transsyberyjska powstała w latach 1891-1916. Główny szlak prowadzi z Moskwy do Władywostoku, przez: Niżny Nowogród, Perm, Jekaterynburg, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck, Ułan Ude i Czytę. To najdłuższa linia kolejowa na świecie, która przekracza 8 stref czasowych, a całkowita jej długość wynosi 9288,8 km.

Bilety najlepiej zamówić wcześniej, przez internet i zdecydować jaką klasą chce się podróżować. Są trzy klasy: klasa najtańsza, trzecia tzn. „plackarta”, gdzie jest przedział otwarty i wszyscy śpią koło siebie. W klasie drugiej są cztery leżanki i ze względu na to, że nie wiadomo, jakich będziemy mieć współtowarzyszy podróży – ta klasa jest najmniej komfortowa, zwłaszcza dla kobiety samotnie podróżującej. Nie ma tu bowiem przedziałów damskich i męskich. Klasa pierwsza to już luksus, tam są tylko dwie leżanki, a ponieważ jest to droga klasa to są spore szanse, że będzie się podróżowało samemu.

Pierwszą podróż Mai opłaca wydawca jej książki, dlatego bez wahania kupuje bilet do pierwszej klasy. Będzie zadowolona z tej decyzji, gdyż wszystkie materiały do książki, komputer, aparat fotograficzny , notesy, mapy rozłoży na jednej leżance, a na drugiej będzie spać. Wagon pociągu kolejowego stanie się jej pokojem do pracy i pisarską celą pustelniczą w jednym. W kolejnych latach wyprawiając się ponownie na Syberię poczuje smak drugiej i trzeciej klasy, zawsze jednak z nostalgią będzie wspominać o tej pierwszej, najbardziej komfortowej.

Drugi dom

Zanim Maja dotrze do Moskwy wsiada w busa w Kazimierzu Dolnym, który wiezie ją do Warszawy. Tam autobusem jedzie na lotnisko, gdzie samolotem leci do stolicy Rosji. To właśnie wtedy ginie jej bagaż, który odnajdzie się już na samym końcu podróży. Na dworcu w Moskwie wsiada w pociąg kolei transsyberyjskiej. To on na kilkanaście najbliższych dni stanie się jej drugim domem.

– Trzeba sobie zmienić buty na kapcie, rozgościć się, porozkładać swoje jedzenie, herbaty, kawy. Wiadomo przecież, że człowiek kwateruje się na dłuższy czas w pociągu. Przedział można zamykać od środka, więc podróżuje się dość bezpiecznie. Pewnego razu zapomniałam się zamknąć na noc i przez pomyłkę wszedł do mnie kompletnie pijany mężczyzna, który ewidentnie pomylił przedziały. Mój krzyk go skutecznie wypłoszył, ale to było dość przerażające. Od tego momentu już nigdy nie zapomniałam się zamknąć na noc – wspomina pisarka.

W trakcie podróży działa cały czas wagon restauracyjny, choć nie jest on zbyt przyjazny dla ludzi o wrażliwych żołądkach. Wyjątkiem jest kartoszka, czyli gotowane ziemniaki. Reszta potraw niestety wygląda na niezbyt świeże i mało apetyczne.

– Na stacjach przystankowych z reguły można spotkać babcie, które sprzedają wypieki, wędzone ryby, słonecznik lub orzeszki pakowane w papierowe torebki. Widok jest niesamowity, bo praktycznie wszyscy wypadają z pociągu niczym wygłodzona chmara i ruszają szturmem na te babcie. Orzeszki znikają w 5 sekund – śmieje się.

Dogonić pociąg

Właśnie wtedy Maja dowiaduje się od podróżującego Rosjanina, że trzeba szybko robić zakupy i wracać do pociągu, gdyż postój dziesięć minut wcale dziesięciu minut nie oznacza. Nigdy nie wiadomo na jak długo zatrzymuje się pociąg, nie wiadomo też ile ma opóźnienia. Nie można ufać rozkładowi jazdy. Nie można ufać godzinie, jaką pokazuje nasz telefon. Jest jak w piosence, ten pociąg na nikogo nie czeka, po prostu odjeżdża zostawiając podróżnika na peronie ze słonecznikiem w garści i portfelem w najlepszym razie.

W pociągu kolei transsyberyjskiej czas biegnie w znany tylko sobie sposób. Gospodarka jednak nie znosi próżni, dlatego istnieje grupa taksówkarzy ścigających pociąg, którzy tylko sobie znanymi dróżkami doganiają uciekiniera na następnej stacji umożliwiając kontynuację wyprawy.

– Wszystko zależy od tego, jak szybko zorientujesz się, że pociąg właśnie ci ucieka i wskoczysz do taksówki. Im szybciej tym większe szanse, żeby pociąg złapać. Ale można kilkaset dolarów stracić, bo taksówkarze oczywiście nie robią tego za darmo i jest to biznes, jak każdy inny. Im więcej turystów z Zachodu tym można więcej zarobić. Rosjaninowi pociąg nigdy nie ucieknie – opowiada.

Niezastąpiony samowar

Maja na Syberię wyprawiała się zazwyczaj po sezonie. Latem tą koleją podróżują głównie turyści, ale jesienią turystów jest już mało i jadą głównie żołnierze, rodziny na pogrzeby bliskich, pracownicy. Lokalna ludność nie jedzie całej trasy, dla nich podróż trwa 2-3 dni.

Pytam, jak się porozumiewała w trakcie podróży. – Jestem ostatnim pokoleniem, które miało język rosyjski w szkole. Do dziś jestem wdzięczna mojej rusycystce, która to jakoś „wytłukła” z nas. Dziś często młodzi ludzi próbują z Rosjanami dogadać się po angielsku, ale kompletnie im nie idzie – mówi. – To dość smutne, że słowiańskie języki nie potrafią się ze sobą porozumieć. Podobne słowa nie zawsze oznaczają to samo. Np. myślałam, że słowo „warjenie” oznacza wrzątek. Pytałam konduktorki, czy mogę otrzymać warjenie. A ona, że to nie jest luksusowa restauracja i dopiero widząc moje zdziwienie na twarzy zrozumiała, że pomyliłam słowa. Do dziś będę już pamiętać, że „warjenie” to konfitura.

Podróże uczą w każdym wieku, a świat ciągle zaskakuje. Tak jak samowar w pociągu, o którym naczytała się na blogach podróżniczych, wspomnieniach. To właśnie przy samowarze w trakcie podróży toczy się życie towarzyskie.

Mówi, że wyobrażała sobie pięknie rzeźbiony, miedziany samowar, dostojny, istne cudo sztuki. Tymczasem w rzeczywistości był to stalowy, wielki baniak grzany na węgiel, ustawiony w każdym wagonie. Łatwo go przegapić, bo wyglądał jak rura czy element konstrukcji składu kolejowego. Wrzątkiem z samowaru wszyscy zalewają herbaty, kawy, zupki, nawet konserwy, istne cuda wianki.

– Pomimo, że mój główny bagaż przepadł na lotnisku, to nie miałam poczucia, że umieram z głodu. Śmiało można powiedzieć, że ten samowar utrzymuje podróżnych przy życiu i dodaje im otuchy. To też jest niesamowity komfort i dobrodziejstwo, w polskich pociągach też powinny być takie samowarki. Niby zwykły wrzątek, a taka niesamowita sprawa – wspomina Maja.

Czaga syberyjska

Na Syberię jechała po inspirację do kolejnej swojej książki, zawsze chciała napisać o drodze i śmierci. Syberia jest jednym i drugim. Jednak wiele osób jedzie tam po życie. Jadą po lek z huby brzozy tzw. czagę syberyjską. Czaga działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, wzmacniająco, a także podobno leczy raka. Rośnie tylko w okolicach Bajkału i z wyglądu przypomina węgiel brunatny, jest bardzo lekka. To właśnie w Irkucku Maja trafia do małego sklepiku, przed którym natychmiast ustawia się gigantyczna kolejka.

Prawie jak w czasach PRL – pomyśli Maja i dopytuje, co dają. Właśnie trwa dostawa czagi syberyjskiej. Kupuje kawałek brązowego złota Syberii. Torebeczka średniej wielkości kosztuje około 100 zł, co na tamtejsze warunki jest dość wysoką ceną. Dziś nadal ma jej trochę i pije od czasu do czasu w domu. Smakuje jak dobra ziołowa herbata i jest bardzo wydajna, bo można ją zaparzać kilka razy.

Dopytuję o utrzymanie higieny w trakcie podróży, takie podstawowe ludzkie sprawy. Czy są z tym trudności? Co nas może zaskoczyć? Przyznaje, że warunki higieniczne są trudne. Jest tylko jedna mała umywalka i jedna toaleta w wagonie, warto się zatem zabezpieczyć kupując wilgotne chusteczki, ściereczki, żel do rąk, suchy szampon.

– Wiedziałam, że w niektórych wagonach jest prysznic i liczyłam, że uda mi się na taki wagon trafić. Zagadałam do kierowniczki wagonu, która z dumą oświadczyła, że ona ma taki prysznic. Wiedziałam już co to oznacza. Miałam na ten cel przygotowane banknoty 5 euro i taki banknot wręczyłam, co oznaczało, że mogłam skorzystać z prysznica. Sam prysznic okazał się gumową rurką, ale leciała ciepła woda, to było najważniejsze – relacjonuje pisarka. – Chyba nigdy w życiu tak mnie nie cieszył prysznic, jak ta ciepła wąska strużka za te 5 euro. To był najdroższy prysznic w moim życiu i bardzo krótko trwał. Ale i tak było to zachwycające uczucie. Na koniec okazało się, że mam tylko mikroskopijny ręczniczek, którym szybko się wycierałam, bo mój duży ręcznik przepadł wraz z bagażem głównym.

Nowe wyzwanie

Po tej pierwszej wyprawie Maja zmienia fryzurę i zaplata mnóstwo maleńkich warkoczyków w jednej z lubelskich pracowni. Podczas kolejnych podróży będzie jej zdecydowanie wygodniej. Na Syberię pojechała jeszcze 2 razy, zawsze jesienią. Każda podróż trwała średnio 2 tygodnie.

Linia transsyberyjska ma rozwidlenia i można podróżować na różne sposoby. Albo się jedzie z Moskwy do Władywostoku, albo na wysokości Ułan Ude zbacza się na południe, przez Ułan Bator do Pekinu. Tę drogę wybrała podczas trzeciej wyprawy – przez Mongolię do Chin. Jest to geograficznie i pod względem pejzaży najbardziej atrakcyjna trasa. Tym razem pojechała razem z mężem i dziećmi.

Ostatnio sprawdziła, że środkami komunikacji publicznej można z Lublina dojechać nie tylko na Syberię, ale do Tybetu. To właśnie w Pekinie trzeba przesiąść się na kolej tybetańską, najwyżej położoną kolej świata. 90 proc. tej trakcji przebiega na poziomie 4000 m n.p.m. i powyżej. Stacja Tanggula znajdująca się na wysokości 5068 m n.p.m. jest najwyżej położoną stacją kolejową na świecie. Niesamowite wyzwanie konstrukcyjne i technologiczne, bo to w końcu najwyższe góry świata.

– Taki mam teraz pomysł, żeby pojechać tą koleją. Z Lublina do Tybetu. I o tym napisać książkę – uśmiecha się tajemniczo.

MAJA WOLNY

Pisarka, kuratorka, autorka wystaw i scenariuszy teatralnych. Autorka powieści „Kara” (2009), „Dom tysiąca nocy”(2010), „Czarne Liście” (2016), „Księgobójca” (2017). Jej ostatnia książka „Powrót z Północy” (2018) powstała w wyniku 3 podróży autorki na Syberię.

Zdjęcia: Sebastian Doraczyński oraz archiwum prywatne Mai Wolny

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o