Tancerz ognia w grupie MC Fire, członek teatru improwizowanego Golf III, żongler, konferansjer i student Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera. Marcin Lipski od urodzenia mieszka w Lublinie. Tutaj niejednokrotnie opuszczał swoją strefę komfortu po to, by spełniać swoje marzenia. Dziś realizuje jeden ze swoich głównych celów – chce zostać aktorem, ale to tylko jeden z kilku jego ambitnych planów na życie.

Skąd czerpiesz energię i motywację do tego, by realizować swoje pasje i dawać
z siebie 100 procent?

ML: Kiedy byłem młodszy rodzice bardzo chcieli we mnie zaszczepić ciekawość życia, dlatego uczestniczyłem w kółkach zainteresowań. Jako nastolatek już sam zapisywałem się na różne zajęcia. Bardzo dużą motywacją jest dla mnie także młodsza siostra, dla której zacząłem robić bardzo dużo rzeczy, jak na przykład uprawianie iluzji. Chciałem spędzać z nią więcej czasu i czymś jej zaimponować. A jakieś 2 lata temu zadałem sobie pytanie, co chciałbym w życiu robić. Dość długo się zastanawiałem, a potem stwierdziłem, że chcę robić duże, jeszcze nie sprecyzowane rzeczy. To jest coś, co jest moim motorem napędowym.

Wiem, że jesteś między innymi żonglerem, tancerzem ognia, konferansjerem, improwizatorem i chcesz zostać zawodowym aktorem. Która pasja była pierwsza?

ML: Na pewno teatr. Jest pielęgnowany u mnie od około 10-12 lat. Od najmniejszych kółek teatralnych po Teatr Panopticum, Akademię Teatralno-Wokalną Jerzego Turowicza, aż po dwie szkoły aktorskie. Teatr był od zawsze i mam nadzieję, że będzie zawsze. To jest dziedzina, która bardzo wkracza w inne sfery, a ja bardzo chcę je razem łączyć.

Mimo młodego wieku masz spore doświadczenie jako prowadzący wielu wydarzeń. Jesteś także frontmanem grupy tancerzy ognia MC Fire. Lubisz być showmanem?

ML: Nazwa grupy powstała od pierwszych liter imion jej członków – od Marcina, Maćka i Cyryla. MC oznacza też Master of Ceremony, czyli mistrza ceremonii, konferansjera. Wcześniej w Polsce były robione tylko i wyłącznie pokazy ognia. Kiedyś oglądając YouTube’a zobaczyłem, że za granicą robi się „freak shows”, czyli występy komediowe na ulicy i to niekoniecznie z ogniem. Stwierdziłem, że to na pewno da się połączyć i stąd pomysł na to, żeby angażować publikę w pokazy albo robić dookoła totalnie cyrkowe rzeczy. To się sprawdza, bawi i śmieszy widzów.

Fot. Aleksandra Pietrzak

Ile lat trenujesz żonglerkę?

ML: 8 lat, a nawet trochę dłużej. Żonglerka jest bardzo szeroko rozumianą dziedziną. Można żonglować wszystkim – piłkami, maczugami lub obręczami. Są też inne rekwizyty, jak flowerstick czy diabolo. Dowolne trzy przedmioty wystarczą. Uważam, że mamy jedno życie. Pytanie – jak z niego skorzystamy? Mam wrażenie, że za dużo żyjemy przyszłością, a za mało żyjemy w teraźniejszości. Teraz mogę skorzystać z tego, że jestem młody. Mogę pozwolić sobie na to, żeby występować na ulicy. To jest moment, kiedy mam możliwość próbowania, a niepróbowanie jest błędem. Hamujemy się przez strach, przez to, że nam nie wypada lub przez to, co ludzie powiedzą. Z perspektywy życia nie ma to jednak znaczenia. Moim zdaniem, trzeba czerpać z niego pełnymi garściami i wtedy można powiedzieć, że się żyje, a nie przeżywa. Oczywiście zawsze trzeba robić chłodną kalkulację, czy może coś się opłaca, lecz czasami może się nie opłacać, a będzie warto.

Kiedy pojawiło się zainteresowanie tańcem ognia?

ML: Żonglowałem wiele lat i w pewnym momencie zobaczyłem, że ludzie mają sprzęt, który podpalają. Moje pierwsze fireshow było tylko i wyłącznie dla rodziców, w sylwestra. Miałem wtedy kij od szczotki oraz dżins zamoczony w parafinie, przymocowany śrubami i tym machałem. A potem pojawili się inni znajomi, którzy zajmowali się tańcem z ogniem. Powiedziałem im, że fajnie byłoby zrobić coś razem. Oni mnie trochę poduczyli warsztatu, a ja prowadziłem im pokazy i tak się dogadaliśmy. W pewnym momencie odłączyłem się od nich i sam stworzyłem grupę MC Fire.

Fot. Miłosz Karski

Czy jest coś, czego tak naprawdę widzowie nie wiedzą o sztuce tańca z ogniem?

ML: Przede wszystkim wszystko, czego uczyliśmy się przez 8 lat, wpływa na to jak dziś wyglądają pokazy MC Fire. To nie jest tak, że wziąłem sobie maczugi i zacząłem nimi żonglować. Przechodziłem też przez inne rekwizyty ze względu na to, że maczugi są naprawdę trudnymi akcesoriami. Potem dopiero doszedł ogień – setki prób, setki poparzeń
i ogromna odpowiedzialność za bezpieczeństwo. Są rzeczy, których nie przewidzimy, jak pijani ludzi w trakcie pokazu, którzy tworzą niebezpieczeństwo dla nas jako artystów. W momencie, kiedy widzimy, że ktoś taki przeszkadza nam w występie, przerywamy go. Problemem jest też zmienny wiatr, przy którym nie możemy robić niektórych sztuczek jak plucie ogniem, bo w ogóle one nie wychodzą i są ryzykowne. Musimy również wcześniej pomyśleć o odpowiednim sposobie namoczenia sprzętu oraz przestrzeni, którą tworzymy, żeby było bezpiecznie. Oprócz tego musimy mieć w stu procentach naturalne ubrania, bo te nienaturalne materiały się topią i pozostawiają blizny na ciele. Przede wszystkim jednak liczy się bezpieczeństwo dla widza – to jest nadrzędna zasada naszych pokazów. Niebezpieczeństwo istnieje głównie dla nas jako artystów, a nie robilibyśmy pokazu w momencie, kiedy nawet w najmniejszym stopniu byłby zagrożony inny człowiek. Jeśli nie ma komfortu bezpieczeństwa, nie występujemy.

Można powiedzieć, że wypadkową wszystkich twoich pasji jest aktorstwo, ponieważ poszedłeś do szkoły teatralnej. Najpierw byłeś w Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie, a teraz uczęszczasz do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera.

ML: Akademii nie ukończyłem, studiowałem tam rok i po tym czasie zdawałem jeszcze raz, tym razem do Łodzi i się dostałem. W Krakowie poznałem świetnych ludzi, wspaniałych pedagogów, ale to nie było to. W szkole aktorskiej pracuje się na emocjach i trzeba mieć przy tym komfort psychiczny. Na tym polega zawód aktora, żeby uczucia w teatrze albo w filmie były prawdziwe. Ludzie po maturze nie powinni więc dostawać się tam od razu ze względu na to, że zmieniamy tok nauczania z normowanych do totalnie nienormowanych godzin pracy. Akademia teatralna przygotowuje do pracowania w teatrze albo na planie i już wtedy narzuca tryb pracy. Dla mnie jako osoby od razu po liceum w tamtym czasie był to bardzo duży szok, bo to nie jest szkoła, w której zalicza się egzaminy. To jest szkoła artystyczna, która rządzi się swoimi prawami, więc trzeba ich przestrzegać i bardzo szybko się ich nauczyć w momencie wchodzenia do niej. Te zasady w bardzo dużym stopniu bazują na dojrzałym podejściu do życia, zaangażowaniu i odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za całą grupę. Uważam, że wtedy nie byłem gotowy, że to była ogromna lekcja życia i że to nie było miejsce dla mnie. Te wypadkowe zmotywowały mnie do tego, żeby zdawać do Łodzi.

Golf III/ Fot. Miłosz Karski

Studia aktorskie pochłaniają wiele czasu i energii. Czy masz w takim razie chwilę dla siebie?

ML: Faktycznie łódzka filmówka pochłania bardzo dużo czasu. Nie licząc zajęć, jakie mamy planowo, sami spotykamy się ze sobą na drugie tyle dnia. Bardzo często jest tak, że kończymy ćwiczenia i zostajemy jeszcze dodatkowe 5-6 godzin na własne próby. Dodatkowo mamy bardzo dużo przedmiotów, w ramach których trzeba przećwiczyć sceny albo całą grupą, albo w dwójkach. Jestem jednak zdania, że jesteśmy w stanie znaleźć czas na wszystko. Za 2 lata będę chciał zdawać na reżyserię, dlatego już w tej chwili stawiam pierwsze kroki w roli reżysera, tworząc własne krótkie metraże filmowe. W trakcie szkoły aktorskiej byłem w stanie zrobić własne 4 krótkie formy. To, co tworzę, nie jest upubliczniane z wielu względów, ponieważ swoje filmy traktuję jako eksperyment doświadczalny, w którym sam siebie stawiam w roli reżysera. Uważam, że aktor mimo wszystko ma za mało władzy. Dlatego połączenie aktorstwa oraz reżyserii pozwala się spełnić i dopełnić rolę aktora. W momencie, kiedy dajemy mu wolną rękę, nie ma nic piękniejszego.

Zdradzisz nam jakąś ciekawą anegdotę związaną z twoimi studiami? Który wykładowca przypadł Ci najbardziej do gustu?

ML: W Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie był taki profesor, który nazywał się Jacek Tomasik. Pracował jako nauczyciel tańca i fenomenem było to, że on nie mógł chodzić, więc uczył nas tańczyć z krzesła. Pokazywał wszystko siedząc, a wszyscy go rozumieli. W trakcie zajęć nie było żadnych pytań i panowała totalna cisza. Kiedy pan Tomasik wstał, wiadomo było, że ktoś ma już przegwizdane. Zajęcia były też fenomenalne dlatego, że zawsze witaliśmy się i żegnaliśmy tańcem. To było jakby inne doświadczanie kultury i ogromna dawka prawdziwej kindersztuby. Przepięknie było w tym uczestniczyć.

Grupa improwizacji teatralnej Golf III, którą współtworzysz powstała w tym roku. Ile razy już występowaliście?

ML: Na razie graliśmy m.in. w Centrum Kultury i CSK. Oprócz tego improwizowaliśmy w Łodzi i raz graliśmy w Warszawie. Założyliśmy naszą grupę w kwietniu. Wbrew pozorom
w trakcie roku akademickiego łatwiej było nam razem ćwiczyć, bo mieszkaliśmy razem.

MC Fire/ Fot. Miłosz Karski

Jaki jest główny cel waszych występów?

ML: Uważam, że to jest odskocznia. Bo to jest nasze i takie jak my chcemy. Poza tym same próby sprawiają nam ogromną frajdę. Możemy się razem spotkać, a po całym ciężkim dniu siadamy sobie we trzech i zaczynamy improwizować. Takie bawienie się formą teatralną jest dla nas przecudowne, mocno kojące, bardzo odmóżdżające i pozwala nam odpocząć emocjonalnie. Tak jak mówiłem, szkoła aktorska jest oparta na emocjach, więc bardzo trudno jest się nam wyłączyć po bardzo emocjonalnych scenach i próbach. W szkole teatralnej jesteśmy przecież cały czas z tymi samymi ludźmi, jak gdyby zamknięci w klatce.

Jak oddzielić swoje osobiste emocje od tych uwalnianych w filmie lub teatrze?

ML: To są te same emocje. Często bardzo źle pojmujemy rolę aktora, bo chodzi o to, żeby być, a nie grać. Wkładamy całych siebie albo przynajmniej jakąś swoją część w daną postać
i nic nie udajemy, bo to by było sztuczne i odtwórcze, a ludzie nie chodziliby do teatru.
W każdym bohaterze jest pierwiastek nas, ale to mimo wszystko nadal jesteśmy my. Czasami faktycznie zostają więc pozostałości tych emocji, które przeżywamy, kiedy gramy jakieś role.

Co byś poradził młodym ludziom, którzy szukają jeszcze swojej życiowej drogi?

ML: Róbcie! Chłodna kalkulacja jest zawsze mile widziana, ale myślę, że trzeba próbować i coś robić, bo nikt nie przeżyje życia za nas. Bardzo bałem się pokazów ulicznych, bo co powiedzą inni ludzie? Że pracuje na ulicy? A potem stwierdziłem – i co z tego? Kocham to robić i spełniam się w tym. Okazało się, że nikt nie ma do mnie żadnych zażaleń. Powiem więcej – w trakcie moich występów ludzie z wielką chęcią się ze mną witają. Moi znajomi i rodzina bardzo często zostają też na moich pokazach i wrzucają coś do kapelusza, więc ta sztuka jest doceniana. Czasami trzeba się zastanowić oraz popatrzeć na to z innej strony. Co faktycznie stracę, próbując? Ograniczenia siedzą tylko w głowie.

Jak myślisz, czy w Lublinie łatwo jest spełniać marzenia?

ML: Myślę, że tak. Ja w ogóle jestem zachwycony, że się tu urodziłem. W Lublinie jest bardzo dużo okazji, wiele szans i to jest bardzo dobre miejsce na spróbowanie się. W naszym mieście trochę łatwiej jest się przebić niż na przykład w Warszawie. Kraków czy Warszawa to są ogromne miasta, które mogą przytłoczyć, a Lublin nie jest też jakimś małym miasteczkiem bez perspektyw. Myślę, że to jest dobre miejsce, żeby próbować, a nawet żeby tu zostać. Uważam, że tutaj naprawdę da się stworzyć i rozwinąć firmę. Widzę to na przykładzie grupy MC Fire. Występujemy nie tylko na ulicy, ale i na weselach, czy pokazach firmowych. Uważam, że pod takim względem Lublin jest naprawdę świetny.

Jakie masz plany po ukończeniu szkoły aktorskiej? Wolałbyś grać w teatrze, czy
w filmach i serialach? A może chciałbyś to jakoś połączyć?

ML: Prawda jest taka, że teatr jest najczystszą formą aktorstwa ze względu na to, że jest tu i teraz, trochę jak improwizacja, bo nie mamy dubli. Mało aktorów żyje tylko z grania w sztukach teatralnych, więc faktycznie serial czy film jest stałym źródłem dochodu. Teatr jest takim marzeniem, które niestety nie jest związane za bardzo z pieniędzmi. Na razie mam cele na następny rok. Są związane ze szkołą i kolejnymi produkcjami. Niestety, choć bardzo bym chciał to przez to, że aktorstwo jest bardzo niepewnym zawodem, trudno mi wybiegać w przyszłość. W każdej chwili mogę dostać jakąś rolę i wszystko może się zmienić.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o