Enej to polsko-ukraiński zespół, który w Lublinie jest stałym gościem. Na samych Juwenaliach zagrał osiem razy, jednak nasze miasto odwiedza nawet trzy razy w roku. Piotr „Lolek” Sołoducha oraz Mirek „Mynio” Ortyński podzielili się z nami przepisem na radość życia, opowiedzieli o swoich przygodach związanych z Lublinem, a także o magii lubelskiej publiczności.

Jak smakuje życie?

Piotr „Lolek” Sołoducha: (śmiech)

Mirek „Mynio” Ortynski: (śmiech) Każdemu smakuje inaczej, ale trzymamy kciuki, żeby wszystkim smakowało jak najlepiej! Nam smakuje dobrze. Czasem jest pod górkę, czasem z górki, ale ogólnie nie można narzekać. Oby zdrowie było i oby dużo siły było, a reszta zależy już od naszej pracy.

W Waszych utworach jest dużo afirmacji życia. Można powiedzieć, że po tylu latach na scenie to Wasz główny cel?

P.S.: Trudno to określić. Chyba nikt z nas nie zastanawia się, co jest naszym jakimś głównym celem. Zespół Enej dąży do tego, by dawać trochę rozrywki, trochę uśmiechu i namawiać ludzi do dobrej zabawy. Również do tego, aby się jednoczyć. Robimy wszystko to, co robimy najlepiej i przekazujemy wszystkim to, co nam gra w duszy i w sercu. Jesteśmy zawsze odbierani bardzo pozytywnie. Od wielu lat koncertujemy i publiczność z nami jest. Dzisiaj, jesteśmy w Lublinie już chyba po raz ósmy i nie możemy się nigdy doczekać, żeby wejść na tę scenę i znowu przekazywać Wam to, co potrafimy najlepiej, czyli muzykę!

Jak nie narzekać i cieszyć się życiem?

M.O.: Uśmiech jest najlepszym remedium na wszystkie życiowe gorączki! Nawet jak nie da się szczerze uśmiechnąć, to gdy człowiek się zmusi, popatrzy w lustro i się uśmiechnie to na pewno będzie łatwiej.

Jesteście jedną z bardzo niewielu grup w naszym kraju, która jest popularna, medialna, a jednocześnie posiada własną niezależność artystyczną. Jak uchronić tę niezależność przed showbiznesem?

P.S.: Szczerość to jest coś, co jest dzisiaj bardzo cenne. I to jest taka cecha, którą doceniają właśnie słuchacze i publiczność, stąd my jesteśmy – nie idąc tu w żadną pychę – jednym z niewielu zespołów, który potrafi łączyć tak dobrze dwie sceny. Dwie strony – muzyczną od kolorowych gazet po koncerty juwenaliowe i po przystanek Woodstock. Trzeba robić swoje, być wytrwałym i nie zmieniać się o sto osiemdziesiąt stopni pod wpływem trendów, które istnieją w danym roku lub w danym nurcie. My nawet jakbyśmy chcieliśmy zmienić jakiś nurt, zmienić cokolwiek wbrew sobie to uważam, że nam by to nie wyszło. (śmiech)

Zawsze do Lublina wracacie z wielką przyjemnością. Macie jakąś historię związaną z Lublinem?

M.O.: O, tak! (śmiech) To był jeden z naszych pierwszych występów….

P.S.: Pierwszy!

M.O.: Graliśmy tutaj kilka ładnych lat temu, a po nas miał zagrać zespół T.Love. Wtedy byliśmy supportem. Gramy, gramy, a mi w gitarze basowej struna pękła. W trakcie piosenki! Nie miałem zapasowej. Może trwało to z trzy, pięć sekund, a ja patrzę i ktoś do mnie podbiega, zdejmuję moją starą gitarę i nakłada na mnie zupełnie nową, którą pierwszy raz w życiu widzę, a to się okazuję, że to technik z T.Love’u, który błyskawicznie zareagował i nam pomógł.

Pamiętam jak kiedyś wspomnieliście w naszej rozmowie, że zostaliście zaproszeni na juwenaliowy koncert, ale nie zagraliście go, tylko przenieśliście imprezę ze studentami do Kazika.

P.S.: Tak jest! (śmiech)

M.O.: Taaaak! (śmiech)

P.S.: To jest zacna historia. Przyjechaliśmy na próbę, kawał drogi, bo z Olsztyna. Zespół młody, zwarty i chętny do tego, by zagrać koncert, a tutaj było jakieś nieporozumienie między zespołami Dżem i Kult. Próby się obsuwały nawet cztery godziny, więc oczywiście nie było miejsca, żebyśmy zagrali. Wtedy padła propozycja, że na zakończenie koncertów my się przeniesiemy do Kazika (Klub Studencki Kazik – przyp. red.), a była już ok. 2 w nocy. No i pytają się, czy my gramy? No oczywiście, że gramy! Więc był after i przedłużenie koncertów w Kaziku, stąd mamy dożywotnie wejście do tego klubu! (śmiech) Szykujemy się, żeby znowu odwiedzić ten klub, bo mamy mnóstwo pozytywnych emocji związanych ze studentami w Lublinie.

Chętnie opowiadacie również o swoich zagranicznych koncertach. Czy zdarza Wam się spotykać Polaków na swoich koncertach za granicą?

M.O.: Oczywiście, że tak! Przede wszystkim jak jedziemy za granicę, to gramy dla Polonii. Bardzo dużo ich przychodzi. Nie tylko Polaków, bo zespół jest dwunarodowościowy i gramy też w języku ukraińskim, dlatego znani jesteśmy też w kręgach ukraińskiej sceny muzycznej. Nam właśnie to chodzi, by łączyć nie tylko w Polsce, ale i w każdym zakątku świata, w Europie, gdzie tylko jesteśmy. Bardzo nas cieszy widok, jak Polacy z Ukraińcami się jednoczą.

Już kilkanaście lat dajecie muzyczną energię swoim fanom. Czy po tylu latach na scenie czujecie, że spełniliście swoje muzyczne marzenia, czy dalej do nich dążycie?

P.S.: Na ten temat to ja mam zawsze taką bardzo trafną sentencję, że gdybyśmy czuli, że jesteśmy spełnieni to moglibyśmy chyba zamykać zespół. Jesteśmy pełni werwy, pełni chęci koncertowania i wiary w to, co robimy. Jeszcze sporo przed nami. Sporo jest w naszych głowach planów. Wychodzimy nadal na scenę z ogromną radością, z ogromną chęcią. I chyba to jest też siła zespołu, który liczy osiem osób i składa się z zespołu przyjaciół, którzy potrafią dogadać się tak dobrze na scenie, jak i poza nią. Życzcie nam tego, by to trwało przez wiele lat!

Fot. Jakub Małysz (2)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o