Kaja Mianowana to niezwykle utalentowana, młoda aktorka i wokalistka, która pochodzi z Lublina. Na co dzień występuje w Teatrze Muzycznym ROMA. Jest znana m.in. z roli w musicalu „Upiór w operze”. Mimo że obecnie mieszka w Warszawie, do Lublina zawsze chętnie wraca. – Moim zdaniem warto byłoby otworzyć Lublin na Polskę. To dobrze zrobiłoby poziomowi artystycznemu w tym regionie – uważa Kaja.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sceną?

– Muzyka była ze mną zawsze, ale scena nie zawsze była dla mnie przyjaznym miejscem. Nie znosiłam egzaminów w szkole muzycznej. Wtedy grałam na instrumentach. Pamiętam jak zjadała mnie trema. Dopiero później odkryłam, że wolę śpiewać. Dla przychylnej publiczności tym bardziej. I tak zaczęłam jeździć na konkursy. Długo nie pojeździłam, bo już jako nastolatka zaczęłam pracować w teatrze.

Co uważasz za przełom w Twojej karierze?

– Przełomem był casting do „Upiora w operze” w Teatrze Muzycznym ROMA. To był mój pierwszy casting w życiu. Aż trudno uwierzyć, że udało mi się wtedy zdobyć główną rolę. Miałam 17 lat i kompletnie nie byłam gotowa na tak wielkie obciążenie. Dużym nakładem pracy i wieloma wyrzeczeniami przebyłam tę drogę i gram tę rolę do dziś. Kolejne wznowienie „Upiora” już w kwietniu w Operze i Filharmonii Podlaskiej.

Jak czujesz się na scenie?

– Kocham scenę. Uwielbiam kontakt z publicznością i ten magiczny świat, który tworzą aktorzy, scenografie i kostiumy. Skłamałabym jednak mówiąc, że zawsze jest cudownie. Mnie również zdarzają się ciężkie dni. Musical składa się ze śpiewu i tańca. Jest to fizyczna praca i bardzo często ciało jest zmęczone. Nie zawsze chce dać z siebie tyle energii, ile wymaga sztuka. Profesjonalizm polega jednak na tym, by w odpowiednim monecie znaleźć motywację do działania.

Dlaczego wybrałaś musicale?

– Uważam, że raczej to musical wybrał mnie. Kiedy wygrałam casting do „Upiora” nie byłam pewna, czy zostanę w musicalu. Poszłam na Uniwersytet Muzyczny w Warszawie, by uczyć się śpiewu operowego. Okazało się jednak, że w musicalu lepiej się sprawdzam i tak już zostało. Przynajmniej na razie.

Jaką rolę w twoim życiu odgrywa muzyka?

– Jest ważna, nie wyobrażam sobie bez niej świata. Ale są też inne rzeczy, którym poświęcam uwagę. Moje życie nie kręci się tylko wokół sztuki. Kocham podróże, jedzenie, języki obce. Od lat interesuję się psychologią. Moja biblioteka domowa to w zasadzie głównie pozycje z tej dziedziny.

W jakim kierunku chcesz się dalej rozwijać?

– Chcę robić możliwie najlepiej to, co robię teraz. Uważam, że inwestycja w siebie zawsze się zwraca, dlatego nadal staram się chodzić na lekcje i ćwiczyć głos. Zamierzam w najbliższej przyszłości wydać płytę i może ruszyć trochę poza Polskę. Bardzo kręci mnie muzyka filmowa. Zobaczymy. Ostatnie dwa lata były dla mnie trochę czasem odpoczynku, którego bardzo potrzebowałam. To też uważam za rozwój.

Władasz kilkoma językami, co udowadniasz na scenie podczas śpiewanych utworach. Czy to z pasji, czy był to wymóg zdobywania kolejnych ról?

– I z pasji, i z wymogów repertuaru, który śpiewam. Faktycznie zawsze miałam do tego głowę i ucho. Lubiłam się uczyć języków obcych i szybko wchodziły mi do głowy. Nie chodzę na kursy językowe, ale staram się nimi otaczać na co dzień. Czytam artykuły, oglądam filmy w oryginalnych wersjach językowych. Zawsze tłumaczę teksty, które śpiewam i uczę się ich na pamięć. Na razie mówię w czterech językach, ale śpiewałam już w piętnastu. Nie każdy z tych, w których mówię jest na świetnym poziomie, ale wszystkie cztery przynajmniej na poziomie komunikatywnym. Do zwykłej codziennej rozmowy i śpiewania wystarczy.

Którą z ról wspominasz najlepiej? Z którą się utożsamiasz?

– Nie utożsamiam się z żadną z ról, które grałam, ale w każdej z nich na pewno jest cząstka mnie. Tworząc postać, zawsze korzystam z tego, co spotkało mnie w życiu, kojarzę odgrywane sytuacje z emocjami w prawdziwym życiu. Tak powstaje rola. Ja to ja, a rola to rola. Moją historię tworzę ja, postać została już stworzona przez autora spektaklu. Raczej nie czuję, żeby któraś z ról bardzo przeniknęła do mojej osobowości, ale na pewno ubogaca mnie granie tych postaci i wyobrażanie sobie siebie w ich sytuacji.

Fot. Ralph Meyer/ Materiały artystki

Do występu na scenie potrzeba nie tylko talentu, ale i mnóstwo pracy włożonej w przygotowania. Jaka historia z prób najbardziej utkwiła Ci w pamięci?

– Jest takich mnóstwo. Zwykle są to śmieszne historie, bo zazwyczaj lubię się z zespołem, z którym pracuję i lubię się z ludźmi pośmiać. To ważne, by czuć się swobodnie podczas pracy nad spektaklem. Ale jest też czasem trudno. Np. kiedyś jako Cosette w „Les Miserables” musiałam odegrać scenę śmierci swojego ojca. Grając tę scenę korzystałam ze swoich dziecięcych doświadczeń związanych ze śmiercią mojego prawdziwego taty. Ćwiczyłam wtedy z Januszem Krucińskim, który grał mojego ojca, Jean Valjeana. Ja i Janusz długo nie mogliśmy się pozbierać psychicznie po tej próbie. Ja przeżywałam to przez dobre kilka dni. Innym razem miałam okazję pracować z bardzo agresywnym reżyserem. Strasznie przeklinał i ciągle krzyczał. Wprowadził tak nerwową atmosferę, że trudno było mówić o jakiejkolwiek produktywności w pracy. Spektakl też zszedł szybko. Została w nim zła energia.

Pochodzisz z Lublina. Obecnie z powodu pracy jednak już tu nie mieszkasz. Miałaś okazję występować na lubelskiej scenie? Co wtedy czujesz?

– Miałam okazję wystąpić kilka razy na scenie lubelskiego Teatru Muzycznego oraz z kilkoma z koncertami. Bardzo miłym zaskoczeniem był dla mnie koncert moich pieśni sefardyjskich w Bazylice Dominikanów we wrześniu tego roku, na którym publiczność dosłownie nie zmieściła się w kaplicy. To bardzo miłe, że tak liczne grono zechciało mnie posłuchać. Oczywiście uwielbiam lubelską publiczność. Zawsze dostawałam miłe słowa po swoich występach i zawsze widziałam kilka znajomych twarzy na widowni. Mimo tego, scena lubelska to dla mnie trudny temat. Mam wrażenie, że Lublin niechętnie przyjmuje ludzi „z zewnątrz”. Bardzo dużo projektów, w których miałam brać udział upadły lub w ostateczności nie zostałam do nich zaproszona mimo wcześniejszych rozmów na ten temat. Moim zdaniem warto byłoby odrobinę otworzyć Lublin na Polskę. To dobrze zrobiłoby poziomowi artystycznemu w tym regionie. I zmotywowałoby młodych ludzi do pozostania w tym mieście, bo ci zdolniejsi chcąc się rozwijać, muszą emigrować.

Kiedy widzowie będą mieli okazję znów cię zobaczyć i usłyszeć Tj śpiew?

– Prawie codziennie jest ku temu okazja. Średnio występuję ponad 20 razy w miesiącu. Na co dzień w Teatrze muzycznym ROMA. Teraz gramy tam „Pilotów”. W tym sezonie kończymy grać „Notre Dame de Paris” w Gdyni. Zostały jeszcze ostatnie bilety na listopadowe spektakle. W kwietniu wznawiamy „Upiora w Operze”. Zaśpiewam też kilka fajnych koncertów. Zawsze informuję o wszystkim na bieżąco w mediach społecznościowych, więc serdecznie zapraszam do ich śledzenia. Dzięki publiczności żyję, więc jest u mnie zawsze mile widziana.

Fot. Ralph Meyer/ Materiały artystki

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o