Charyzmatyczny wokalista z głosem, którego nie da się zapomnieć. Jednoznacznie kojarzony z Lublinem i z największymi przebojami Budki Suflera. W tym roku Krzysztof Cugowski świętuje 50-lecie pracy scenicznej. Nadal ma po brzegi wypełniony kalendarz, a na jego jubileuszowe koncerty z Zespołem Mistrzów przychodzą tłumy. Jak sam mówi, cieszy się z życia, nowych wyzwań i nawet gdyby mógł, niewiele by zmienił.

Pamięta Pan moment, kiedy mały albo młody Krzyś odkrył, że potrafi dobrze śpiewać?

KC: Chodząc do szkoły muzycznej, miałem obowiązkowe zajęcia z chóru. Ale nie pamiętam, żebym w tym czasie miał jakieś wielkie parcie na śpiewanie. Byłem raczej recytatorem. W szkole podstawowej i średniej byłem specjalistą od wierszy rewolucyjnych, Majakowski, Broniewski, tylko poważny repertuar.

Wygląda więc na to, że wszystko rzeczywiście rozpoczęło się 50 lat temu.

KC: W 1969 roku zaczęli do mnie przychodzić moi dwaj koledzy Krzysio Brozi i Janusz Pędzisz. Grali ze sobą, ale nie mieli miejsca na próby. Niestety ich sąsiedzi byli mniej wyrozumiali i zaprawieni w bojach niż moi. Na początku to była tylko zabawa. Po jakimś czasie zaczęliśmy nagrywać te nasze pierwsze próby na magnetofon. Nie miał jednak kto śpiewać, więc z konieczności ja zacząłem. W końcu do kompletu znaleźliśmy sobie perkusistę Jacka Grüna. Przy czym próby z perkusją zakończyły się w moim domu po pierwszej. Tego instrumentu sąsiedzi już nie wytrzymali (śmiech).

Zanim Budka Suflera, bo już wtedy taką zespół nosił nazwę, wkroczyła na wielkie sceny, podbiła Lublin.

KC: Z kolegami z pierwszego składu graliśmy w studenckim klubie Arkus i rzeczywiście byliśmy już znani w mieście jako zespół grający muzykę bluesowo-rockową. Z kilku powodów ta pierwsza Budka zakończyła działalność w 1970 roku. Jesienią spotkałem Romka Lipko. Grał wtedy w Milejowie. Postanowiliśmy połączyć siły, ale pod nazwą mojego zespołu. Nadal to wszystko było jednak rozrywką i powoli zaczynało zbliżać się ku końcowi.

Gdyby nie pewien znany cover, to moglibyśmy nigdy Budki Suflera nie poznać. Jak doszło do nagrania „Snu o dolinie”?

KC: Graliśmy wtedy jakieś zabawy za parę złotych, które starczały na papierosy i flaszkę. Zaczęło robić się krucho, myśleliśmy żeby dać sobie spokój. Wtedy Jurek Janiszewski, młody radiowiec, który bardzo nam pomagał, poprosił nas, żebyśmy nagrali cover utworu Billa Whithersa „Ain’t no sunshine”. Puścił nam go, ale nikomu z nas się nie spodobał. W końcu nas jednak uprosił. Na początku lutego, zaraz po całonocnej studniówce, przewieźliśmy sprzęt do radia i nagraliśmy „Sen o dolinie”. Jurek zawiózł nagranie do Warszawy, ale oczywiście z „Jedynki” go wyrzucili. Zaczęła nas w końcu grać Rozgłośnia Harcerska, potem „Trójka”, no i poszło.

Kilka miesięcy później w sklepach pojawiła się pierwsza płyta Budki i natychmiast z nich zniknęła. Podobno kolejki po nią ciągnęły się niemal kilometrami.

KC: Jeszcze wtedy wszystko z Romkiem robiliśmy razem. Do pierwszej płyty byliśmy gotowi dwa lata przed jej nagraniem. Natomiast nie umieliśmy tego materiału dobrze opracować i zaaranżować. „Sen o dolinie” był wyzwoleniem naszej energii. Natomiast sama płyta „Cień wielkiej góry” była tak oczekiwana, że ludzie stali po nią całą noc. Pełny nakład, czyli 60 tys. egzemplarzy, sprzedał się w jeden dzień.

Jaki okres bądź okresy z działalności Budki wspomina pan najlepiej?

KC: Oczywiście początek, bo wtedy wszystko było nowe. My, chłopaki z prowincji, nagle przeżywaliśmy wielki przypływ popularności. Później druga płyta „Przechodniem byłem między wami”, która koncepcyjnie i wykonawczo była naszym kolejnym wielkim krokiem. Bardzo dobrym czasem był także przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Wtedy prawie rok byliśmy w Stanach i tam powstała „Cisza”. W naszym dorobku to jedna z najważniejszy płyt. Jest dobra, bo jest inna, słychać w niej naszą Amerykę.

Z jakimi zespołami Budka najchętniej spotykała się na trasie?

KC: W latach 70. z zespołem „Arabeska” ze Słupska, ale to była grupa taneczna złożona z młodych pań (śmiech). Na scenę byliśmy wprowadzani przez starsze zespoły. Bardzo pomagali nam, również sprzętowo, Niebiesko-Czarni. Widzieli w nas potencjał, a to były czasy, kiedy nie mieliśmy na czym grać i nie było nas stać na sprowadzenie czegokolwiek z zagranicy. Z innymi zespołami spotykaliśmy się głównie w Opolu, ze Skaldami, Czesławem Niemenem, który pomagał nam przy nagrywaniu pierwszej płyty.

Po zakończeniu działalności Budki zapowiadał Pan, że znika, przynajmniej na trochę, ze sceny. Tymczasem okazało się, że Krzysztof Cugowski znowu rusza w trasę i to z synami.

KC: Umawialiśmy się na to od kilku lat. Wcześniej jednak nie było czasu, żeby razem pograć. Po zamknięciu rozdziału Budka Suflera postanowiliśmy do pomysłu wrócić. Nagraliśmy dwie płyty, koncertowaliśmy prawie trzy lata.

Ma Pan jakieś sceniczne doświadczenie, które szczególnie wryło się Panu w pamięć?

KC: Najważniejszym było chyba właśnie granie z dziećmi. Świetna sprawa, bardzo fajny epizod w moim życiu i ciesze się, że się wydarzył. Oni chyba też nie żałują (śmiech).

Podchodzi Pan z sentymentem do swoich utworów? Są wśród nich jakieś ulubione i niemile widziane na setliście koncertowej?

KC: Jasne, że tak. Wiadomo, że największy sentyment mam do „Snu o dolinie”, bo bez niego nic by nie było. To jest świetna kompozycja i światowy evergreen. Zresztą chociaż coverowali ją niemal wszyscy, bo i Michael Jackson, Mick Jagger, Joe Cocker, to my chyba byliśmy pierwsi. Oczywiście są rzeczy, które mi stylistycznie nie odpowiadają, bo ja jestem człowiekiem rock’n’rolla. Jak ktoś obserwuje czego teraz nie gram, to wie czego nie lubię (śmiech).

Od ponad roku towarzyszy Panu Zespół Mistrzów. Gracie razem mnóstwo koncertów, na które przychodzą ludzie w różnym wieku i dobrze się bawią. Jak Pan to robi, że potrafi muzycznie połączyć pokolenia?

KC: Zapewne nie chodzi o sam repertuar, bo gramy utwory stare i bardzo stare. Niektórych naszych słuchaczy pewnie nie było jeszcze na świecie, kiedy powstawały. Mam wrażenie, że teraz przede wszystkim chodzi o jakość. Zespół Mistrzów, z którym teraz gram, składa się z wybitnych instrumentalistów. Ludzie mogą nie znać się na muzyce, mogą jej nie rozumieć, ale czują że to co słyszą jest zagrane na naprawdę wysokim poziomie.

Nie jest Pan również wokalistą, który przymila się do publiczności. Na koncertach nie mówi Pan, że kocha swoich słuchaczy.

KC: Ja nie jestem od opowiadania bajek, tylko od śpiewania. Wychodzimy na scenę i staramy się z kolegami zagrać jak najlepiej. Nie mam nic do muzyków, którzy w taki sposób czarują publiczność, ale nie uważam tego za konieczne. Ludzie przychodzą na koncerty, żeby posłuchać jak zespół gra i śpiewa i moim zdaniem najważniejsze, żeby zrobił to dobrze.

Jest Pan właśnie w jubileuszowej trasie pt. 50 lat na 100 proc., w kalendarzu pełno koncertów, a w planach także płyta z Zespołem Mistrzów. Czego mogą się po niej spodziewać słuchacze?

KC: Krążek będzie trochę kombinowany. Właściwie będzie to wydawnictwo dwupłytowe. Koncert live z największymi przebojami nagranymi w Radu Lublin już jest gotowy. Teraz trwają prace nad drugim krążkiem, studyjnym, ze specjalnie wybranymi utworami, które towarzyszyły mi podczas 50 lat pracy zawodowej, i do których mam szczególny sentyment. Na pewno znajdzie się na nim przearanżowany Blues Maxwella Georga, czyli pierwszy utwór, który kiedykolwiek nagrałem. Oprócz niego na płycie będzie również niespodzianka, premierowa piosenka, do której tekst napisał Andrzej Sikorowski. Nowego singla zagramy najprawdopodobniej 30 czerwca podczas jubileuszowego koncertu w opolskim amfiteatrze.

Ostatnio media obiegła wiadomość, że na scenę wraca Budka Suflera, ale bez Krzysztofa Cugowskiego. Pewnie nie raz już Pan komentował tę informację…

KC: Cóż, mogę tylko powiedzieć, że trochę przykre, że w taki sposób się to odbywa. Natomiast nie interesuję się głębiej tą sprawą. Mam swój zespół, bardzo dużą trasę koncertową, nagrywam płytę, to jest w tej chwili dla mnie najważniejsze.

Co jest największym życiowym sukcesem Krzysztofa Cugowskiego?

KC: Dożyłem w miarę spokojnie 50-lecia pracy scenicznej. Mam rodzinę, trzech synów, dwoje wnucząt, jest w porządku (śmiech). Nie mam w sobie żalu do życia, poczucia, że czegoś ważnego nie zrobiłem. Oczywiście, gdyby dało się cofnąć czas, pewnie zmodyfikowałbym jakieś drobne rzeczy, ale to nadal byłyby tylko niewielkie detale. Jedyne czego mi zabrakło, to chyba tego, że nie spróbowałem swoich sił za granicą. Tyle tylko, że wtedy, kiedy powinienem to zrobić, w naszej rzeczywistości akurat było to niemożliwe.

Czyli jest Pan człowiekiem spełnionym?

KC: Tak, życie daje mi dużo satysfakcji i powodów do radości. Chciałoby się rzec, że oby tak dalej.

(AK)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o