Nie warto żyć przeszłością, natomiast zdecydowanie trzeba o niej pamiętać – mówi wokalista Michał Wiśniewski, lider zespołu Ich Troje. Do Lublina przyjechał z akustycznym koncertem w ramach trasy koncertowej „A niech gadają!”, który zagrał w Klubie30.

Spotykamy się podczas koncertu z trasy: A niech gadają. O czym mają gadać ludzie?

– O tym, że przepraszają za Ich Troje, że to w ogóle był obciach w polskiej muzyce, że Michał Wiśniewski miał 654 żony, że dzieciorób i tak dalej! (śmiech) A niech gadają. A my będziemy sobie żyć dalej!

Ludzie najpierw mówią, później myślą?

– No jestem najlepszym tego przykładem! Wielokrotnie się w ten sposób zachowywałem, wyciągałem z tego jakąś lekcję, więc ode mnie już takiego bezpośredniego komentarza w mediach społecznościowych nie doświadczysz. Czasami mi się coś wymsknie, ale bez przesady! (śmiech)

Skąd pomysł na akustyczną trasę? Ludzie z reguły przywiązują się do danego wykonania utworu i na koncertach chcieliby go usłyszeć w tej pierwotnej wersji.

– Wiesz co, nigdy nie grałem dla publiczności, tylko grałem dla siebie. I robię to nadal. Zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli teraz przychodzi te sto czy sto pięćdziesiąt osób na koncert akustyczny, to są to osoby, które chcą poobcować ze mną, a ja obcuję z nimi muzycznie. Rozmawiając i patrząc im w oczy. Bardzo często mamy pewną bliskość, której nie doświadczymy przy tych dużych koncertach takich, jak na przykład Juwenalia, które rządzą się tym prawem, że jesteś sto metrów od publiczności albo trzydzieści w zależności od tego, gdzie ustawią Ci barierki. (śmiech) I przez te światła w ogóle nie widzisz, kto stoi w pierwszym rzędzie.

Koncerty w klubach są priorytetem?

– Klubowe koncerty gramy czasami z Ich Troje. Byliśmy w Graffiti w Lublinie rok czy dwa lata temu, ale koncert akustyczny ma zupełnie inny klimat. To jest takie minimum, chociaż my też się chyba tego minimum do końca nie trzymamy, bo pozmienialiśmy trochę te wersje, więc czasami trudno rozpoznać piosenkę.

Najnowszy singiel zaczyna się od słów: „Czasami myślę o tym, co było”. Co zakłóca ci spokój?

– U mnie w ogóle nic nie zakłóca spokoju! (śmiech) Ja się ze wszystkim rozliczyłem, ze swoim życiem też się rozliczyłem. Zapłaciłem bardzo wysoką cenę i myślę, że nie raz przyjdzie mi jeszcze za coś zapłacić. Niedoskonałość człowieka bierze się głównie z tego, że uczymy się na własnych, a nie na cudzych błędach. Jak śpiewała Edith Piaf, niczego nie żałuję, natomiast pamiętać zawsze warto, bo zapomnieć się i tak nie da…

Jak nie wracać do przeszłości i żyć chwilą?

– Zawsze należy wracać do przeszłości. Nie cofać się, ale pamiętać, bo tylko to co zapamiętaliśmy jest tą nauką, którą z tego wyciągamy. Mógłbym podać tutaj kilkanaście takich przykładów, ale nie warto żyć przeszłością, natomiast zdecydowanie trzeba o niej pamiętać. Trochę to jest tak, że wybaczyć można wszystko, ale zapomnieć się nie da.

Człowiek z wiekiem robi się spokojniejszy?

– Ja dalej jestem cholerykiem (śmiech) Tylko po prostu tego nie okazuję tak często.

Masz jeszcze jakieś niespełnione marzenie?

– Taaak, w dalszym ciągu chciałbym zaśpiewać z Michałem Bajorem. I mam nadzieję, że to zrealizuję, bo się przyjaźnimy.

Wy jako pierwsi w Polsce przed koncertami zasłanialiście całą scenę wielką płachtą z logo Ich Troje, wjeżdżałeś na scenę na linie…

– Nigdy nie wyważaliśmy otwartych drzwi i chyba właśnie jako pierwszy zespół pokazaliśmy, że to żaden obciach robić inscenizację na scenie. Nie jesteśmy typowym zespołem rockowym, chociaż w naszej muzyce jest dużo elementów rocka, ale bliżej nam do musicalu niż do kapeli rockowej. Nie jestem muzykiem, jestem naturszczykiem, w związku z czym wybrałem sobie taką musicalową drogę, w której inscenizacja utworów była dla mnie koniecznością. Jednym to wtedy przeszkadzało, bo nagle się okazało, że można zrobić coś więcej. Ale to przecież nie my wymyśliliśmy takie rzeczy. Na Zachodzie już dawno zrozumiano, że przy niektórych projektach warto wypełnić scenę. Graliśmy cały czas na żywo, 2,5 godzinne koncerty przepełnione rock’n’drollem, balladami, trochę popem i poezją śpiewaną, więc ciężko nam zarzucić, że próbowaliśmy to w jakiś sposób skomercjalizować. Realizowaliśmy w tym po prostu siebie.

Jak na tamte czasy to bardzo odważne posunięcie.

– No i fajnie! (śmiech) Przez to zmieniliśmy trochę ten rynek. Generalnie nawet na dużych imprezach, jak na przykład festiwale, nie było tancerzy na scenie, a my ich wprowadziliśmy. Teraz to ciężko byłoby sobie wyobrazić, że mogłoby ich nie być i żeby nie wspomagali artystów. Jeżeli jednak gramy piosenkę poetycką, to ciężko sobie wyobrazić, żeby ktoś do tego tańczył. Ciężko by było wyobrazić sobie, żeby na przykład Michał Bajor wspinał się po linie na scenę, albo po rampie, bo wtedy byśmy przestali w niego wierzyć i w to, co śpiewa. Natomiast my graliśmy zawsze fabularyzowany pop. No i jak się okazało – wtedy był to trafiony zatopiony! Obecnie idę z córką na Taco czy na Dawida i obserwuję fenomen dzisiejszych czasów. Jest to dla mnie zastanawiające, ale w pewien sposób się tłumaczy tym, co młodzież dzisiaj chce słuchać.

Ludziom brakuje dystansu?

– My w ogóle nie mamy do siebie dystansu! Obrażamy się nawet za to, że ktoś zatrąbi na ulicy. Wtedy każdy myśli, że mówisz do niego: z drogi! A trąbnąć na ulicy oznacza po prostu: uważaj. Ja mam do siebie dystans i zawsze go miałem. Może nawet czasami trochę był on wymuszony przez to, że byłem obrażany przez lata. Nabrałem do tego dystansu i przestałem się przejmować. Wszyscy wiedzą, w jakich warunkach nagrywałem „Filiżankę” i w jakich „A wszystko to, bo Ciebie kocham”, a w jakich dwie wspaniałe płyty z piosenką poetycką. Więc nie muszę się z niczego tłumaczyć.

Jak rozumiesz kicz?

– Pewnie należałoby zajrzeć na Wikipedię i sprawdzić, co jest dzisiaj definicją kiczu, bo to się pewnie zmienia. Dla niektórych zapewne Mozart był kiczem. Zapewne, bo to był zupełnie inny styl, a inni mogą za kicz uważać disco polo. A mnie się wydaje, że to jest coś, co jest absolutnie przesadzone i niepotrzebne. Ale wtedy trzeba zapytać, co można za takie uznać i według kogo takie to jest.

Jak patrzysz na swoje stylizacje sprzed kilkunastu lat?

– Stylizacje to jest efekt pokazania, że można wprowadzić ten element fabularyzowany na scenę. Do tego należy również kostium. Nagość jest kostiumem i strój księcia również jest kostiumem. To mnie zawsze dziwiło w tym kraju, że jeśli ktoś wyjdzie i powiesi męskie prącie na podświetlanym krzyżu to jest wielkim artystą, a ktoś kto wyjdzie na koncercie w cekinach to jest kiczem. Można było płynąć z prądem, żeby pisali fajnie. Ale czy o to chodzi? Nie. A niech gadają!

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o