Damian Lange i Adam Miller to założyciele i liderzy zespołu Romantycy Lekkich Obyczajów powstałego w Olsztynie. W ostatnim czasie wydali swoją trzecią płytę, na którą kazali czekać fanom ponad 4 lata. O najnowszym albumie, inspiracjach i klubie Graffiti rozmawialiśmy z zespołem podczas jednego z koncertów w Lublinie.

W kwietniu wydaliście Waszą 3 płytę zatytułowaną Neoromantyzm. Czerpiecie coś z tego nurtu?

Damian Lange: Czy czerpiemy z prawdziwego neoromantyzmu? Ta nazwa nie ma nic wspólnego z okresem, który był nazwany neoromantyzmem, czyli Młodej Polski. Natomiast jeśli szukać mianownika wspólnego to jest to na pewno zastanawianie się nad sensem życia, na byciem takim lekkoduchem, który właściwie najchętniej codziennie zastanawiałby się nad tym, kogo dziś kocham. O tym właśnie jest ta muzyka.

To najważniejsza rzecz, nad jaką powinien zastanawiać się człowiek?

D.L.: Ludziom zawsze jest za mało miłości, nawet jak tej miłości jest dużo. I nigdy nie jest tak, że nie może być jej więcej. Dobrze jest przypominać wszystkim, że w życiu należy się kochać i szanować. Ale przede wszystkim kochać.

Nad czym jeszcze się zastanawiacie?

Adam Miller: No w tym momencie właśnie, jak doprowadzić własny organizm do dyspozycji na dzisiejszy koncert, bo z tego co się orientujemy będzie troszkę sympatycznych ludzi, więc ja się zastanawiam nad tym, co jest tu i teraz! (śmiech) A jeśli pytasz o całe życie to ja raczej, chociaż może zabrzmi to dziwnie albo nieodpowiedzialnie, żyję z dnia na dzień, więc zastanawiam się co zjeść, kiedy się ogarnąć, jak dobrze przepracować dzień. I ewentualnie….

D.L.: …Gdzie tam będę jeszcze spał! (śmiech)

Słuchając tej płyty miałam wrażenie, że macie taki styl, który jest trudny do podrobienia przez innych muzyków. Też macie tego świadomość?

D.L.: Cieszy nas to, że tak mówisz i jeśli ludzie dostrzegają w tym coś wyjątkowego albo nietypowego to bardzo nas to cieszy, bo w pewnym sensie o to też nam chodziło. Natomiast nie staraliśmy się wymyślić tego szczególnie mocno. Po prostu tak nam wyszło. Tak jak było przy pierwszej płycie, tak jest i dziś.

Siłą Waszych piosenek są przede wszystkim teksty. Skąd inspiracje?

A.M.: O tym to można napisać rozprawkę albo co najmniej maturę z tego! (śmiech) A inspiracja? Po prostu jesteś. Jedni się dłużej zastanawiają właśnie nad sensem istnienia, drudzy nad sensem istnienia i powiedzmy dobrami materialnymi, a inni jeszcze inaczej. I to jest bardzo skomplikowane. Więc jak wrzucisz to wszystko do wora, wymieszasz, to jak ci matka natura dała możliwość te słowa jakoś połączyć, to powstaje tekst. Ale niekiedy inspiracją jest po prostu chęć napisania piosenki. A piosenka musi mieć tekst! (śmiech)

W tekstach czuć też dużą wrażliwość.

A.M.: Tak, są poruszające. Zawsze mówiłem, że to nie jest tak, że każdy tekst jest wyciągnięty z czeluści duszy, ale głównie opierają się na wrażliwości. Są szczere, tylko czasami nie dotyczą samego autora. Chociaż w moim przypadku dużo jest takich osobistych fragmentów.

Jak wspominacie współpracę z Grabażem?

A.M.: Szybko i intensywnie. (śmiech)

D.L.: To jest profesjonalista. Profesjonalista w każdym calu.

A.M.: W sumie przy tej współpracy widzieliśmy się może trzy godziny. Jak nie mniej. Czyli godzinka na nagranie wokalu, dwie godzinki na nagranie teledysku (śmiech)! Co innego jak nasza współpraca kiedyś polegała na wspólnym koncertowaniu. To się widzieliśmy dłużej, łącznie z hotelami po nocach! (śmiech)

A chcielibyście jeszcze kiedyś podjąć z nim współpracę?

D.L.: Nie! (śmiech)

Aż się boje zapytać dlaczego! Ta płyta spełniła Wasze oczekiwania? Czekaliśmy na nią kilka lat.

D.L.: Wypełniła na pewno taką przestrzeń, którą można nazwać albo marzeniem, albo ambicją, albo potrzebą eksperymentowania.

Czytacie recenzje i komentarze?

A.M.: No właśnie to bardzo ciekawe pytanie, bo ja na przykład w ogóle, a Damianowi się zdarza. To znaczy ja czasami mówię Damianowi, że coś tam przeczytałem.

D.L.: Ja czytam wszystko, ale to też wynika z tego, że ja jestem menagerem, producentem, grafikiem tego zespołu i muszę wiedzieć, co się dzieje. Mam taką potrzebę wewnętrzną. Żeby wiedzieć, jak ludzie oceniają coś, co właśnie zrobiłem.

A jaki najgłupszy komentarz przeczytaliście?

D.L.: W sumie nie powinno się czytać komentarzy, bo można popaść w jakieś różne dziwne stany. Albo euforii kiedy przeczytasz, że jesteś królem świata, albo depresji kiedy przeczytasz, że jesteś do dupy. Ale czasami nie możesz wytrzymać, no musisz wejść! Po pięciu dniach od premiery teledysku wejdziesz na tego YouTuba z taką nadzieją, że może jednak powiedzą: super. Chcesz tylko przeczytać jeden komentarz. Jeśli ten jeden komentarz będzie super, to już potem nie musisz czytać. Ale niestety zdarza się coraz częściej (śmiech), że pierwszy jest…

A.M.: Ale gówno!

D.L.: Nooo, albo bardziej! Im bardziej taki szczery, tym bardziej boli. Na przykład: jestem z Wami od początku, a coś takiego to jest poniżej pasa. To wtedy jest straszne!

A.M.: A ja chciałbym Ci powiedzieć, dlaczego ja nie czytam. Bo kiedyś właśnie, parę lat temu zajrzałem. I trafiłem na taki, pierwszy z brzegu, że jestem najgorszy, że w ogóle seplenię, źle śpiewam, nie umiem, źle gram. I ja to przeczytałem. I od tamtej pory już tego nie robię. (śmiech) Wolę po prostu robić to, co w miarę wychodzi mi i już!

A jak Wam się gra w Graffiti? To już kultowe miejsce w Lublinie, które często odwiedzacie.

D.L.: Z reguły wpadamy do Lublina, rozładowujemy sprzęt, robimy próbę dźwięku, potem chwilę odpoczywamy, stroimy się, gramy koncert i spadamy. Tak wygląda zawsze nasza wizyta w Lublinie. I ja chyba nawet nie wiem, gdzie jest Stare Miasto w tym mieście! Głupio się przyznać, ale turyści z nas słabi. Jesteśmy drugi raz w klubie Graffiti i lubimy tu wracać. Najfajniej się współpracuje z ludźmi, którzy mają jakąś może nie pasję, bo to głupio brzmi, ale z takim absolutnym przekonaniem uczestniczą w procesie tworzenia sceny muzycznej w Polsce. I facet, który prowadzi ten klub jest właśnie takim człowiekiem.

Na jakie koncerty osobiście lubicie chodzić?

D.L.: Nooo…..

Poza Waszymi!

D.L.: Bardzo rzadko chodzę na koncerty. Jeśli już, to zagraniczne. Raczej nie chodzę na takie topowe, komercyjne rzeczy typu Madonna, czy … Kings of Leon.

A.M.: Jeśli jesteśmy w takim trybie koncertowym, to nie. Bo nasze koncerty są też w weekendy. A gdy zdarza się wolny dzień, to raczej nie chodzę, bo jednak lubię, gdy głowa odpoczywa od tego hałasu.

Co chcielibyście na koniec powiedzieć naszym Czytelnikom?

D.L.: Chodźcie na koncerty polskich zespołów. Chodźcie na koncerty zespołów, które dodatkowo śpiewają po polsku. No i bądźcie dobrzy dla siebie nawzajem!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o