Mariusz Kozik z Lublina to znany na całym świecie twórca okładek do gier komputerowych, ilustracji do książek. Współpracuje z wytwórniami filmowymi, a najlepsze firmy tworzące gry komputerowe wręcz się o niego biją. Najmniej rozpoznawalny jest.. w Polsce.

Czym się pan zajmuje?

MK: Z wykształcenia jestem artystą malarzem. Ukończyłem wrocławską Akademię Sztuk Pięknych. Swego czasu zajmowałem się sztuką współczesną, do momentu, aż okazało się, że już nie mogę tak dużo dokładać z własnej kieszeni. Musiałem znaleźć inną receptę na życie.

Artysta zawsze biedny…

MK: Jest w tym dużo prawdy. Zakładając, że artysta para się sztuką, która nie do każdego dociera, sztuką hermetyczną. Kiedy zmieniłem swój sposób wypowiedzi na przyswajalny dla zwykłego człowieka, zacząłem otrzymywać propozycje współpracy od wydawnictw, później od firm tworzących gry komputerowe. W ostatnim czasie otrzymuję oferty współpracy od wytwórni filmowych. Praca musi być na wysokim poziomie, atrakcyjna dla większości społeczeństwa oraz czytelna. Im bardziej dopracowany, dopieszczony detal, niosący ze sobą energię i wiarygodność, tym bardziej praca podoba się odbiorcy.

Biją się o pana firmy z całego świata?

MK: Nie narzekam na brak obowiązków. Jeśli chodzi o gry komputerowe, czy wykonanie okładek do książek, oferty pracy otrzymuję niemal codziennie. Tego jest tak dużo, że tracę kontrolę, nie jestem w stanie nawet wszystkim odpowiedzieć. Tych, co nie otrzymali ode mnie odpowiedzi, mam właśnie okazję przeprosić. Zgłaszają się firmy przede wszystkim z zagranicy. Niestety w Polsce jestem prawdopodobnie najmniej rozpoznawalny. Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Francja, Japonia, Włochy – tam moje prace ukazują się najczęściej. Popularność odczuwam wówczas, gdy moja ilustracja pojawia się na okładce jakiegoś prestiżowego magazynu lub gdy udzielam wywiadu do jakiegoś dobrego magazynu. Niestety dziś częściej zyskuje się popularność głównie poprzez media społecznościowe. Wielu moich kolegów-artystów, grafików taką drogą stara się rozwijać, zyskiwać popularność, prowadzić public relations. Staram się tego unikać. Choć często myślę, że popełniam błąd nie angażując się aktywniej w obszarze social media. Mógłbym, przecież poszerzać tym sposobem rzeszę miłośników mojego malarstwa i wówczas, może bardziej rozsądnie dobierać zlecenia.

Z kim pan teraz współpracuje?

MK: W tej chwili głównie z Creative Assembly. Jest to brytyjska firma, która 18 lat temu wprowadziła na rynek gier komputerowych serię strategiczną czasu rzeczywistego o nazwie Total War, …Shogun, Rome, Medieval, Warhammer etc. Z CA zacząłem współpracować około 8 lat temu. Nadal tworzę dla nich ilustracje na pudełka gier, key arts na bilbordy itp. Obecnie współpracuję też z inną brytyjsko-amerykańską firmą Firefly Studios, znaną dobrze z kultowej gry strategicznej o tytule Stronghold (Twierdza).

Wykonuje pan też ilustracje do książek?

MK: Kiedyś dostałem propozycję, abym udzielił kilka licencji na wykorzystanie moich ilustracji do podręczników historii szkoły podstawowej, klasy IV i V. Kilka moich prac można tam odszukać. Zatem zdarza się, że coś trafi do wnętrza książki, bądź do podręcznika. Jednak specjalnie nie zajmuję się tego typu działaniem. Tworzę głównie obrazy przeznaczone na pudełka gier, okładki, plakaty reklamujące.

Tworzy pan wyłącznie ilustracje o tematyce batalistycznej?

MK: Głównie tak. Zajmuję się scenami batalistycznymi, historią. Historia jest moją pasją i tutaj trzeba szukać korzeni moich realizacji. Nawet w momencie, gdy uprawiałem sztukę współczesną, to posiłkowałem się niejednokrotnie archetypami, mitami, głównie poszukując wartości w historii. Cięgle muszę poszerzać, pielęgnować i rozwijać, swoją wiedzę, zwłaszcza jeśli dotykam konkretnych historycznych wydarzeń, np. ilustrując konkretnego wojownika z konkretnego miejsca i czasu. Historia ma tak wielką rozciągłość, że człowiek nie jest w stanie opanować jej całości. Staram się jak najbardziej wiernie odwzorowywać wydarzenia, sceny, postacie, więc do każdej pracy muszę się oddzielnie przygotowywać.

Od kiedy pan się tym zajmuje?

MK: Początki upatruję w momencie, kiedy zacząłem stawiać pierwsze kreski. Gdy w pewnym stopniu odbierałem świadomie bodźce ze świata. Jak niemal każdy chłopiec 5-6-letni interesowałem się militariami i batalistyką. Na początku jak wiadomo dziecinnie. Wtedy jeszcze nie było zawodu grafika, ilustratora, tak szeroko rozwiniętego i popularnego jak dziś. To były przecież czasy komuny, lata 70. W kraju pojawiały się oczywiście pierwsze komiksy: „Kapitan Żbik”, „Tytus Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela, „Kajko i Kokosz” Janusza Christy, potem pojawił się Grzegorz Rosiński ze swoją słynną serią „Thorgal”. Fascynowały mnie te rysunki i ja też bardzo chciałem rysować tak, jak ci mistrzowie.

Malarstwo całkowicie pan już porzucił?

MK: Ze sztuką współczesną pożegnałem się, ale mam nadzieję, nie na dobre. W dalszym ciągu staram się malować „abstrakcyjne przestrzenie” i nie tylko w swojej wyobraźni. Bardzo chciałbym powrócić do mojej wcześniejszej formy wypowiedzi. Do pracy na płótnie, operując realnym pędzlem, materią. Poruszać się we własnym świecie mitu, historii, archetypów. Zajmowało mnie nie tylko malarstwo, ale też „obiekt”, „instalacja”. To był dla mnie ważny kawałek życia.

Jak wygląda pana praca?

MK: Do każdej pracy muszę się solidnie przygotowywać, przede wszystkim merytorycznie. Jeśli jest to scena znanej bitwy, czytam możliwie dużo na temat. Najtrafniejszym wyborem są dzienniki postaci, które brały udział w danym wydarzeniu. Potem przystępuję do pierwszej wizualizacji. Mam własny sposób teleportacji w czasie i miejscu. Zamykam oczy i wyobrażam sobie scenę opisywanych zajść. Staram się wniknąć i uczestniczyć w danym wydarzeniu. To istotne, bo jeśli ktoś poczuje, pokocha pewne zdarzenia historyczne, to zupełnie inaczej podchodzi do pracy. Trzeba się w to zaangażować całkowicie, bez dystansu.

Lubi pan to, co robi?

MK: Powinienem odpowiedzieć, że lubię. Proszę mi jednak wierzyć, że jeśli nie utrzymuje się pewnego dystansu emocjonalnego, nie trzyma się równowagi pomiędzy pracą a życiem codziennym, rodziną, odpoczynkiem, to w końcu przychodzi zmęczenie. Musi być utrzymany balans pomiędzy tymi wartościami. W momencie, gdy za bardzo angażuję się w pracę, zaczyna mnie ona przytłaczać.

Czyli za dużo pan pracuje.

MK: Można tak powiedzieć, ostatnimi czasy trochę przesadzam. Ale często jest tak, że życie na nas pewne postawy wymusza i często trudno jest od tego uciec. Sztuką jest osiągnięcie harmonii pomiędzy dwoma światami: zawodowym i prywatnym. Nie każdemu się dziś to udaje.

Panu chyba trudno te dwa światy oddzielić, bo pracuje pan z domu.

MK: Jest to bardzo trudne, bo nie jest łatwo ciągnąć pracę zawodową w połączeniu z codziennymi problemami domowymi. To wymaga stalowych nerwów i dużego poświęcenia. Bardzo często pracuję w nocy, kiedy cała rodzina śpi. Tylko wtedy zaznaję spokoju i mogę się wyciszyć koncentrując jedynie na malowaniu. Niestety lata lecą, nie mam więc już też tej wydajności, co kiedyś. Gdy miałem dwadzieścia parę lat, oczywiście łatwiej było pokonywać własne słabości, mniej dotkliwie odczuwałem konsekwencje tytanicznej pracy i te tzw. „zarwane” noce. Upadałem, podnosiłem się, otrzepywałem i szedłem dalej. Dziś, tuż przed pięćdziesiątką, organizm zaczyna protestować, jak u każdego.

Co daje największą satysfakcję?

MK: Jest taki moment w procesie twórczym, w którym mogę śmiało powiedzieć „stop”, bo nic więcej zrobić nie potrafię. Z tym, że zaczynam przekraczać tę barierę i mam coraz większe wymagania w stosunku do samego siebie. Jeśli widzę, że można zrobić więcej, to niestety to robię. A często jest tak, że klient, który zamówił pracę, bądź zwykła osoba, nie widzi zmian w obrazie. Wtedy jestem trochę rozczarowany. Jest we mnie takie pragnienie osiągnięcia perfekcji, sięgnięcie ideału i to mnie gubi. Świadomość, że coś mogę jeszcze zrobić, uzyskać więcej, staje się u mnie formą autodestrukcji. Wmawiam sobie, że przecież jeszcze potrafię zrobić to lepiej i przeskoczyć samego siebie. Kiedyś udawało się pracować i szesnaście godzin na dobę. Teraz, jeśli zdarzy się taka sytuacja, odchorowuję to szaleństwo. Ogromną satysfakcję dają mi atrakcje towarzyszące mojej pasji. Taką odskocznią były moje wyjazdy na tzw. „rekonstrukcje historyczne”, turnieje rycerskie, często inscenizacje bitew np. pod Waterloo. Od dwóch, może trzech lat jeżdżę na turnieje łucznicze, w których biorę udział. Tam naprawdę wypoczywam, ładuję akumulatory. Łucznictwo tradycyjne stało się moją wielką pasją, gdy dołączyłem do Lubelskiej Grupy Łuczniczej z siedzibą i torami łuczniczymi nieopodal mego miejsca zamieszkania.

Pracuje pan na każdym etapie tak samo intensywnie?

MK: Ruchem jednostajnie przyspieszonym. Naturalnie, im bliżej do deadline’u tym bardziej się sprężam. Dość często zarywam nawet weekendy. Jeden obraz batalistyczny może powstawać i trzy miesiące. Bowiem nie jest on jednowarstwową płaszczyzną. Większość moich prac posiada kilka płaszczyzn-warstw. Klientowi otwiera to sporo dróg prezentacji obrazu. Daje mu to możliwość wkomponowania logotypu, tytułu itp. w dowolne miejsce obrazu. Na przykład po przesunięciu postaci z pierwszego planu bardziej na prawo, czy lewo nie traci tego, co znajduje się za tymi postaciami. To dosyć trudna praca, gdyż malarz dąży do uzyskania przestrzeni na płaszczyźnie, a tutaj dochodzą jeszcze te warstwy. Często bywa, że po przemieszczeniu np. głównej postaci w danej scenie, wszystko się rozsypuje: logika oświetlenia, kolor i jego odbicia. Muszę być przygotowany tak, aby postać nie miała na stałe przypisanego miejsca w obrazie. Po jej przesunięciu względem rozbudowanego tła za nią musi ona pasować w każdym miejscu płaszczyzny obrazu. Nie mogę dopuścić do sytuacji, gdy postać po przesunięciu może wydawać się obca, jakby sztucznie wklejona w obraz.

Tworzy pan w Photoshopie?

MK: Raczej na tablecie graficznym, wspartym programem Photoshop w trybie malarskim. Staram się używać w nim pędzli symulujących rzeczywiste pociągnięcia realnym narzędziem. Niestety zleceniodawcy nie przepadają za gestem malarskim, czy fakturą. Dla nich istotny jest detal, mocny kolor. To taka ciekawa forma zachłanności przecząca zasadzie, im mniej, tym więcej. Odwołam się do znaków drogowych, w których chodzi o bardzo szybki przekaz, wyraźny, bezsprzeczny. Tak jest i w sztuce. Jeśli chcemy dotrzeć do odbiorcy, nie możemy nadbudowywać pewnych treści. Jeśli urozmaicamy, dodajemy rzeczy zbędne, wzbogacamy formę, obraz przestaje być dla nas czytelny.

Liczy pan swoje prace?

MK: Ojej! Kiedyś próbowałem, jakieś 20 lat temu. Podejrzewam, że to ilość rzędu dziesiątek tysięcy. Tylko, jakie to ma znaczenie?

Ma pan swoją ulubioną, przełomową, najciekawszą pracę?

MK: Każda praca jest w jakimś stopniu przełomowa. Staram się pracować nieszablonowo. Przy okazji każdej pracy odkrywam coś nowego, poszerzam warsztat.

Skąd się wziął pana pseudonim Lacedemon, czyli król Sparty?

MK: Od Lakonii. Miałem dość ciężki i burzliwy okres w moim życiu. To było po powrocie z Paryża, gdzie pracowałem dla pewnego artysty jako asystent. Wróciłem z Paryża goły i wesoły i stwierdziłem, że trzeba coś zmienić. A że historia towarzyszyła mojemu życiu bardzo mocno, pomyślałem, że muszę sobie narzucić spartański rygor, upodobnić się do Spartiaty, aby stanąć na nogi. Zacząłem się uczyć Photoshopa na tablecie, który dostałem od brata. Przez dwa lata, codziennie, od rana do nocy, nie wychodziłem z domu i uczyłem się tego programu. Niektórzy uważali, że wyjechałem za granicę, bo nie było mnie widać w środowisku, na wystawach. Po pewnym czasie zacząłem pojawiać się na portalach zagranicznych pod nickiem Lacedemon.

Jakie jest pana marzenie?

MK: Przydałby się odpoczynek. Codziennie sobie powtarzam, że dobrze byłoby pójść na dłuższy urlop, nieco się odświeżyć, oczyścić umysł, postrzelać w lesie z łuku, bo zaczynam dochodzić do fazy przepalenia. Bardzo się martwię, że malarstwo przestaje dawać mi taką radość, jak niegdyś.

(jus)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o