W Polsce jest gospodarka, jest sport, jest tania rozrywka, a sztuka jest na miejscu dwudziestym pierwszym. Promowanie disco polo to zabójstwo kultury – mówi Tymon Tymański. W szczerej rozmowie opowiedział nam o fascynacji muzyką Grzegorza Ciechowskiego i Republiki, o komunie i polityce, która go przeraża.

Dominika Polonis: Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś Grzegorza Ciechowskiego?

Tymon Tymański: Kiedy miałem kilkanaście lat usłyszałem w radiu Kombinat. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem coś, co mnie zaniepokoiło. To była dziwna muzyka, taka drażniąca i miała poetycki przekaz. Potem na jakiś czas zapomniałem o Republice, aż do momentu kiedy pojechałem na obóz karate. Kolega miał nagrania Republiki z Jarocina. Wtedy moja miłość do zespołu wybuchła ze zdwojoną siłą. Pisałem sobie na spodniach hasło: Republika i wszędzie szukałem informacji o tym zespole. Moi koledzy, którzy byli starsi o rok, czy dwa, nie znali nowej fali i uważali, że prawdziwy punk to jest Dezerter, a prawdziwa fala to jest Brygada Kryzys. Bo ta muzyka nie rozbrzmiewała w radiu.

Koledzy nadal się o to spierają?

– Wszystkie spory teraz cichną, ale temat był dość złożony. Republika zaczynała od rocka progresywnego. Ciechowski wiedział, że to bardzo wzmocni przekaz. To był taki zabieg artystyczny, bo on wiedział, że pozbywa się koloru. Dosłownie i w przenośni. Przy ich dosyć skromnej instrumentalistyce, to dało piorunujący efekt. Republika miała świetne piosenki. Brygada oczywiście też miała świetne piosenki, ale różnica między nimi jest taka, że Republika została i była w radiu, bo miała utwory, które były bardzo chwytliwe. Kiedyś porównałem Republikę do Beatlesów. Może to jest trochę przesadzone, ale Republika miała hity jeden za drugim. Była numerem jeden, oczywiście w Polsce. Poza tym to był zespół, który miał styl. Każdy numer był z innej bajki, ale bajka była jedna – republikańska! (śmiech)

Czym się jeszcze charakteryzowała Republika?

– Ciechowski miał pomysł. Miał jakąś wizję, rodzaj magnesu. To był rodzaj takiej magicznej bajki i za to kocham Republikę. Jak Ciechowski poszedł „robić pop”, to miałem trochę do niego żalu o to, bo on nie pasował do popu. To nie był Sting. Ani wokalnie, ani muzycznie. Ja też nie mam warunków, żeby grać pop. Od tego są ludzie typu Hyży. Całe szczęście, Ciechowski po paru latach znowu zgadał się z zespołem, ale te płyty nie są dobre. One są takie zwykłe, rockowe.

Zabrakło tematu?

– Ciechowski pisał o polityce. Wtedy polityka, jak wiadomo, dotyczyła komunizmu i tej całej zakazanej sfery. Szarości, gnębienia, represji i beznadziejnej codzienności w komunizmie. Wtedy nawet erotyka była czymś szokującym. Dzisiaj wszyscy śpiewają o seksie i to spowodowało, że ta poezja znikła. Dlatego te dwie pierwsze po powrocie płyty mi się nie podobały. Zabrakło tego elementu magicznego. Zabrakło wroga. Artysta lubi mieć wroga. Wtedy ich muzyka zaczęła dryfować w kierunku elektroniki. To był moment, kiedy poznałem się z Grześkiem. Jemu się wówczas bardzo podobała płyta 100 lat Undergroundu zespołu Kury. Chciał zrobić coś podobnego. Stąd właśnie pomysł, żeby Republikę pośmiertnie w takim nurcie umieścić.

Jak polscy artyści traktują dzisiaj Republikę?

– Chcą ją upopowić albo urockowić. Stwarzają różne wersje utworów, ale zapominają o bardzo ważnej rzeczy. Republika to była kapela no falowa. Ona wygrała Festiwal Poza Kontrolą w roku 81. Ja tego nie tykam jako ktoś, kto wziął sobie na warsztat kapelę, żeby zrobić karaoke, a jako fan Republiki. Jako ktoś, kto na tym wzrósł i się nauczył pisać teksty. Zresztą miałem okazję mu to powiedzieć. Miesiąc przed śmiercią miałem z nim imprezę do rana i powiedziałem mu: Grzesiek ja się na twojej muzyce wychowałem. Znam te wszystkie teksty na pamięć. Grzesiek był tym wyraźnie poruszony. Powiedział mi: Stary, nie wiedziałem, że taki jajcarz słucha Republiki! Był wzruszony na maksa!

Z wiekiem człowiek robi się bardziej sentymentalny?

– Nie nazwałbym tego tak. Raczej to jest hołd, który uznałem, że warto oddać. Ta muzyka świetnie wybrzmiewa. To raczej kwestia mojej uczciwości, że oddaję hołd komuś, kto obudził mnie do życia poetyckiego i pisania tekstów rockowych. Czuję się bardziej, jak ktoś, kto kłania się mojemu dawnemu idolowi, mentorowi, a robię to też bez kompleksów, bo wiem, gdzie ta muzyka ma siłę, a gdzie kuleje. Robię tak, żeby to zrobić jeszcze piękniej i bardziej współcześnie, żeby ona dalej miała siłę.

Teksty Republiki są bardzo polityczne. Są aktualne?

– Niestety, śpiewając piosenki Republiki, czuję, że prawie każda piosenka jest o czymś, co dzisiaj wybrzmiewa, tak samo aktualnie jak wtedy. To jest straszne. Myślę, że wielcy artyści mają to do siebie. Dzisiaj, jak się czyta Ciechowskiego, to jego teksty mają taki niepokojący sens. Kombinat to może być nawet historia człowieka pracującego w korporacji. Śpiewając Białą Flagę mam poczucie, że trochę się zamyśliłem nad tym, co stało się z moimi kolegami, którzy siedzą w TVP i nagle się pogubili. Myślę, że teksty wybitne są ponadczasowe i można je do każdych czasów przypasować.

Interesuje Cię polityka?

– Nie jestem fanem sztuki politycznej, ale chcąc nie chcąc zacząłem pisać teksty polityczne. Oświata polska jest totalnie w dupie, muzyka jest w dupie, nie uczymy grać na instrumentach. W Finlandii są takie podręczniki, które opisują muzykę na poziomie wysokim i opisują harmonijkę funkcyjną Beatlesów. Są do tego nuty i ludzie uczą się tego grać w ogniskach. W Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Jest gospodarka, jest sport, jest tania rozrywka, a sztuka jest na miejscu dwudziestym pierwszym. Jeżeli ktoś przykłada się do tego, żeby promować disco polo, to jest to zabójstwo kultury. Obiecali, że pomogą wszystkim, a nie tylko tym, których jest więcej. Gdyby Morawiecki stworzył na przykład fabrykę samochodów elektrycznych i dał ludziom pracę, to bym go podziwiał. Rozdawanie kasy z Unii Europejskiej wszystkim, którzy są w większości, jest totalnym idiotyzmem.

Denerwuje Cię obecna sytuacja?

– To jest przerażające i przypomina ten bełkot oraz programy z lat 80. Będę o tym śpiewał, mówił, aż to się rozpadnie. Myślę, że Ciechowski powiedziałby to samo. Artyści jego pokroju zawsze byli wyczuleni na wolność. Pamiętam taką sytuację, że wychodzę z kina z nową dziewczyną po premierze „Domu Złego” Smarzowskiego. Wyszedłem po seansie z bólem brzucha, a moja dziewczyna mówi, że jej ojciec żył w komunie i nie było tak źle. Prawda jest taka, że jeśli czyjeś oczekiwania były takie, żeby wypić wódkę, przeczekać do pierwszego i dostać wypłatę, to było ok. Ale jak się włączało telewizję, to się widziało coś strasznego. Rzygałaś tym. Bałaś się tego. Nienawidziłaś tego. Wychowałem się w komunie, a kiedy jechałem na Zachód i mówiłem, że jestem z Polski, to słyszałem np. „Współczuje ci, bo jesteś świnią. To znaczy nie Ty! (śmiech) Ale jesteś świnią z rzeźni i widziałem, że stoicie w tym gównie”. Wrażliwego człowieka codziennie bolało ciało i dusza, bo wstydził się tego kraju. Na co dzień się wstydził i dziwił, jak Polacy mogli dać się tak zmanipulować.

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o