Na rogu ulicy Fryderyka Chopina 12 znajdziemy charakterystyczne drzwi. Nad nimi znajduje się napis – „Zegarmistrz. Rok zał. 1959”. Na prawo od wejścia widnieje natomiast charakterystyczny jasnożółty szyld z kultowym zegarem „Murzynkiem”, który ze swojej młodości pamiętają jeszcze ci starsi mieszkańcy Lublina. To tutaj od 61 lat istnieje zakład zegarmistrzowski, który obecnie prowadzi Tomasz Kaczmarek, syn nieżyjącego już mistrza Jana Kaczmarka. Od 1992 roku kontynuując rodzinną tradycję, samodzielnie zajmuje się naprawą i renowacją zegarków.

Jakie były początki zakładu zegarmistrzowskiego, który został otwarty 61 lat temu?

Na ten pomysł wpadli oczywiście moi rodzice. Tata uczył się zawodu zegarmistrza
w Szczecinie w połowie lat 50. ubiegłego wieku i tam poznał mamę. Ona pochodziła właśnie
z Lubelszczyzny, ale pracowała w Szczecinie i zaproponowała mu otwarcie zakładu zegarmistrzowskiego w Lublinie. Osiedlili się tutaj i tata już jako wyuczony zegarmistrz razem z mamą otworzyli to miejsce.

Czy pana mama też zajmowała się zegarmistrzostwem?

Mama nie naprawiała zegarków, bo nie było takiej konieczności, ale zajmowała się całą strategią zakładu, czyli dbała o to, żeby na stanie były paski, bransoletki i cały towar, który jest potrzebny do funkcjonowania zakładu zegarmistrzowskiego.

Pana rodzice zapełnili jakąś niszę rynkową?

Tak, bo to był rok 1959. Chociaż akurat w Lublinie nie był to pierwszy zakład zegarmistrzowski. Najpierw zegarmistrz pojawił się na ulicy Królewskiej, a drugie takie miejsce powstało później na ulicy Lubartowskiej. Z opowieści rodziców wiem jednak, że były problemy z otwarciem naszego zakładu. To były czasy głębokiej komuny, więc rzucali im jakieś kłody pod nogi, ale finalnie zegarmistrz został otwarty tutaj i jak widać, istnieje do dziś. To tradycja rodzinna, ponieważ jestem synem byłych właścicieli tego miejsca i teraz ja je prowadzę.

Jaka jest historia kamienicy, w której się znajdujemy?

Budynek został wybudowany w 1913 roku. W tym miejscu, gdzie mieści się w tej chwili zakład zegarmistrzowski, w okresie międzywojennym był sklep kolonialny, zresztą wiele lat temu było mi dane poznać jego byłego właściciela. W latach 70. jednak zmarł i ten lokal zaraz po wojnie został zamknięty. Nie wiem, co było tego przyczyną. Później tak jak mówiłem, rodzice otworzyli tutaj zakład zegarmistrzowski.

Kto wpadł na pomysł stworzenia słynnego zegara „Murzynka” znajdującego się przed zakładem?

To jest pomysł mojego taty. Wcześniej napęd „Murzynka” był trochę inny, bo mechaniczny. Znajdował się w zakładzie i przechodził do zegara, który był zawieszony na ulicy poprzez grubą ścianę półtorametrowej grubości. Skąd pomysł na „Murzynka” z mrugającymi oczami? Do końca tego nie zgłębiłem, ale niewątpliwie był on dużą atrakcją. Podobno nawet „Gazeta Lubuska” rozpisywała się na temat naszego zakładu ze względu na ten zegar. Była też klientka, która mówiła, że jako mała dziewczynka przechodziła obok zakładu zegarmistrzowskiego z rodzicami i nigdy nie chciała odejść, bo musiała się napatrzeć na „Murzynka”, który mruga oczami. Przez szereg lat jednak nimi nie mrugał, bo była awaria mechanizmu zegara, ale od 6 lat już działa, bo go zoperowałem.

Fot. Artur Dołba

Czy jako dziecko i nastolatek podglądał pan tatę przy pracy?

Wychowywałem się w otoczeniu zegarków i zegarów, więc miałem do czynienia z tymi mechanizmami zegarowymi. Poza tym mam podobno zdolności manualne i w pewnym momencie stało się to moją pasją oraz trochę sposobem na życie. Wykształcenie mam jednak inne – jestem mechanikiem samochodowym, ale zrobiłem również kiedyś uprawienia mistrzowskie, aby pracować jako zegarmistrz.

Kiedy samodzielnie otworzył pan zakład zegarmistrzowski jako następca pana rodziców?

Stało się to, kiedy tata otworzył swój niezależny zakład. Był to punkt na ulicy Pocztowej, który w tej chwili już nie należy do rodziny Kaczmarków. Nazwisko i szyld tam pozostały, ale nie ma to obecnie nic wspólnego z moimi rodzicami. Tata już niestety nie żyje, zmarł kilka miesięcy temu, więc pozostałem tylko ja i moja własna rodzina, którą założyłem. Przejąłem zakład zegarmistrzowski na ulicy Chopina w 1992 roku.

Nie miał pan wątpliwości co do przejęcia zakładu zegarmistrzowskiego?

Nie. Jeszcze będąc w szkole średniej zostałem rzucony przez rodziców na głęboką wodę i musiałem sam zarobić na własne potrzeby. W liceum dorabiałem sobie naprawiając zegarki i nie miałem z tym problemu.

Fot. Artur Dołba

Czy usługi zegarmistrzowskie nadal cieszą się taką popularnością jak kiedyś?

Powracają do łask zegarki mechaniczne, jeszcze radzieckie. Klienci przynoszą więc czasomierze, które stanowią pamiątkę rodzinną. Teraz jest moda właśnie na retro zegarki. Nie wspominając już o tych markowych, szwajcarskich jeszcze z początku ubiegłego wieku. Naprawiam wszystko, np. kieszonkowe czasomierze czy stare zegary podłogowe.

Niektórzy nadal fascynują się zegarkami. Co jest takiego wyjątkowego w ich mechanizmach?

Rozmawiam często z klientami zwłaszcza z tymi starszymi, że stare zegary mają właśnie swoją duszę. Są po prostu niezbędnymi elementami wyposażenia domu. Taki czasomierz żyje własnym życiem, bo jeśli go nakręcimy, to on sobie chodzi. Zresztą wiele osób twierdzi, że zegary są naprawdę powiązane w jakiś sposób z daną osobą, bo zatrzymują się w momencie jej śmierci. Może nie dzieje się tak w każdym przypadku, ale wielokrotnie. Klienci mi o tym mówią, a sam kiedyś straciłem brata i rzeczywiście zegar zatrzymał się o takiej porze, o jakiej zmarł. Później po uruchomieniu go, chodził następnych kilka tam lat, bez konieczności naprawy. To jest niewytłumaczalne.

Czy kiedyś trzeba było skończyć jakąś szkołę, żeby zostać zegarmistrzem?

W latach 80. i 90. z tego, co pamiętam we Wrocławiu i w Łodzi były specjalne szkoły zegarmistrzowsko-jubilerskie, gdzie szkolili się przyszli adepci tego zawodu. Generalnie jednak przyjęte było szkolenie się u mistrzów zegarmistrzostwa, których w Lublinie w tamtym okresie było jeszcze kilku. Teraz już po prostu z racji wieku nie działają. Pobierało się u nich dwuletnie nauki czeladnicze i później przystępowało się do egzaminu czeladniczego, a następnym krokiem było zdanie egzaminu mistrzowskiego. Tak się zdobywało uprawnienia i wiedzę do wykonywania tego zawodu. Teraz jest coraz mniej osób, które mogłyby przekazać komuś swoje doświadczenie i jakoś dzisiejsza młodzież nie jest tym już zainteresowana.

Zakłady zegarmistrzowskie przestały już powstawać?

Ten zawód wymiera i faktycznie jest coraz mniej tych zakładów, bo nie ma komu przekazać tej zegarmistrzowskiej wiedzy. Miałem jednak swego czasu taką propozycję od pewnego maturzysty, że chciałby się uczyć zegarmistrzostwa. Postawił mi jednak warunek, że może się uczyć tylko w soboty i niedziele, ponieważ przygotowuje się do matury. Niestety nie tędy droga, bo trzeba poznawać ten fach codziennie, tak jak w szkole. Pamiętam, jak mój tata wykształcił wielu uczniów, a oni przychodzili do zakładu każdego dnia na parę godzin, a oprócz tego pobierali naukę w szkole i tak przez 2 lata. Chyba, że ktoś był wybitnie zdolny i szybciej chłonął wiedzę, to wtedy był wcześniej dopuszczany do egzaminu, bo była taka możliwość.

Fot. Artur Dołba

Czy ktoś z pana rodziny przejmie zakład zegarmistrzowski?

Są takie plany. Mam synów, także musi mi wystarczyć czasu na ich naukę, jeśli będą zainteresowani zegarmistrzostwem. Chciałbym, żeby któryś z nich to przejął, ponieważ jest to jak gdyby tradycja rodzinna. Na razie jeszcze się edukują, ale myślę, że niedługo przyjdzie na to czas.

Ma pan jakieś plany na przyszłość związane ze swoją profesją?

Myślę, że już się spełniłem. W tym zawodzie człowiek się uczy całe życie i do samego końca. Uważam, że nikt kto jest w jakiś sposób skromny nie powie, że już posiadł całą wiedzę na temat zegarmistrzostwa. Każdy dzień przynosi jakieś niespodzianki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o