Pisarz, reżyser, dziennikarz i scenarzysta. Znany głównie dzięki wyreżyserowanym przez siebie filmom „Testosteron” czy „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Z Andrzejem Saramonowiczem rozmawialiśmy w Teatrze Starym w Lublinie. Spotkanie odbyło się w ramach cyklu „Bitwa o literaturę” i było poświęcone najnowszej książce twórcy.

Jest pan wielkim patriotą. Jak mógłby pan podsumować wybory samorządowe?

– O, zaskoczyła mnie pani! Z jednej strony wydaje mi się, że pokazuje to pewne pęknięcie w społeczeństwie polskim i rozwarstwienie, ponieważ większość dużych miast, wielkich miast zdecydowała się poprzeć coś, co nazwijmy dla uproszczenia „Polską obywatelską”, a większość mniejszych miejscowości, wsi wybrała Polskę PiS-u. To są dwa zupełnie różne modele myślenia o Polsce i o wspólnocie narodowej. To wpisuje się w taki bardzo ogólnoświatowy trend. Coraz silniejsze jest rozwarstwienie między mieszkańcami większych miast, którzy są dużo bardziej skłonni do pewnej otwartości, liberalizmu, myślenia wspólnotowego o wymiarze obywatelskim. I czegoś, co na potrzeby tej krótki wypowiedzi, musiałbym nazwać prowincją bez żadnego pejoratywnego rozumienia tego słowa. I to się dzieje nie tylko w Polsce. To się dzieje tak naprawdę w całej Europie prawdopodobnie, a nawet nieprawdopodobnie, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi. To jest jakaś tendencja ogólnoświatowa.

Powiedział pan w odniesieniu do swojej książki „Pokraj”, że „dla mnie pisowskie państwo nie jest Polską, jest jej karykaturą”. Podtrzymuje pan to zdanie?

– Mówiłem, że obecnie rządzący zawłaszczają takie pojęcia jak Polska i polskość próbując im nadać tylko jedno rozumienie – swoje. Moim zdaniem bardzo zawężające. I, że ten pomysł na „Pokraj”, na nazwanie dzisiejszego państwa politycznego stworzonego przez ludzi z PiS-u pokrajem miała za zadanie uchronienie słowa „Polska” przed takim rozumieniem, że jeżeli nie zgadzamy się z tą polityką to właśnie powinniśmy być niezadowoleni z Polski. Nie! Ponieważ to wcale nie musi być Polska. Tak jak PiS często mówi, że PRL nie był Polską, tak musi też przyjąć taką krytykę, że państwo, które tworzy nie szanuje instytucji, że łamie konstytucję, wyklucza znaczną część wspólnoty narodowej i odbiera znacznej części Polakom prawo do nazywania się Polakami. To w ogóle nie jest Polska. To się może nazywać różnie. Ja to nazywam „Pokraj”.

Co powinno stanowić fundament tzw. „dobrej zmiany”?

– Ja nie wiem co powinno stanowić fundament „dobrej zmiany”. Bo dobra zmiana jest to pojęcie polityczne. Zamulające. To jest hasło propagandowe, za którym, w moim przekonaniu, nie idzie żadna dobra zmiana. Oczywiście możemy powiedzieć sobie, że program pięćset plus przyniósł pewne dobre konsekwencje, ponieważ zmniejszył jakiś obszar biedy w Polsce. Miejmy nadzieję, że on w takim globalnym cyklu ekonomicznym nie okaże się kulą, która pociągnie całą naszą łódkę na dno, bo jest tak silna. Łódkę państwa. I mam nadzieję, że ten program nie spowoduje pewnym perturbacji gospodarczych czy ekonomicznych. Nie znam się na ekonomii, więc wierzę, że tak nie będzie. To jest na pewno jakaś pozytywna rzecz. Nie szczególnie znajduję inne.

Co pana najbardziej irytuje w kraju?

– Nie wiem, czy mnie coś irytuje w Polsce. Czasami sprawia mi kłopot pewne nie zrozumienie jakichś podstawowych reguł rządzących światem i relacjami ogólnoludzkimi. Tak mówiąc łagodnie, głupota mnie denerwuje. Głupota ludzi mnie denerwuje. Denerwuje mnie w Polsce, bo Polska mnie obchodzi. Pewno gdybym był Czechem, by mnie głupota znacznej liczby Czechów denerwowała. I we Francji – Francuzów. Głupota ludzka mnie denerwuje. Zwłaszcza jeżeli dochodzi do głosu i próbuje udawać mądrość. To jest denerwujące. Ale w Polsce… w Polsce dzisiejszej jako państwie na przykład nadmierny wpływ kościoła na życie społeczne. Uważam, że jest coś bardzo złego w czymś, co się nazywa sojuszem tronu i ołtarza. To jest rzecz niedobra.

Jak walczyć z tą głupotą, o której pan mówi?

– Z głupotą da się walczyć tylko w jeden sposób. Poprzez edukację, poprzez kształcenie. Poprzez system edukacyjny, który pozwala i daje szanse ludziom na to, by mogli wychodzić ze stanu niewiedzy do stanu jakiejś jasności. To jest proces często długoletni. Niestety, my tego procesu nie zaczynamy, a mam wrażenie, że następuje regres edukacyjny. System edukacyjny służy tworzeniu konsumentów w świecie kapitalistycznym. Na to została nałożona jeszcze pewna czapa ideologiczna. Ci sami konsumenci dostają taką nadbudowę pseudopatriotyczną. Obie te rzeczy bardzo odsuwają się od prawdy i od możliwości zrozumienia świata. Należałoby zmienić ten system edukacyjny na bardziej kreatywny. Na taki, który nie bardzo wierzy w techniczne i bardzo szczegółowe umiejętności i daje ogląd, pewną kulturę ogólną i kształcenie ogólne. Wydawałoby się, że to zbędne w dzisiejszym świecie, ale moim zdaniem niezbędne do funkcjonowania w świecie cywilizowanym. No tak to sobie wyobrażam. Tak, edukacja.

Włączył się pan do dyskusji o grzechach Kościoła, jaka rozpętała się po filmie “Kler”. Z czego to wynikało?

– Wie pani, ja się włączam w wiele dyskusji. Łącznie z tym, że się włączyłem w dyskusje na temat filmu „Kler”. Uważam, że film „Kler” jest bardzo ważny i potrzebny. Dotyczy potężnej instytucji, jaką jest kościół katolicki i pokazuje hipokryzję znacznej części duchowieństwa. Chyba o tym jest. To jest najistotniejsze. On się nie odnosi do wiary. On się odnosi do niewiary. Do zakłamania. On mówi, że nie tylko księża, ale też wierni ulegają jakiejś hipokryzji. Stają się daltonistami, stają się ślepi wręcz na pewne nieprawości czy niegodziwości popełniane przez duchownych. I że nie należy tego robić, ponieważ taka postawa jest niechrześcijańska. W gruncie rzeczy mówi o tym, że polski kler, w znaczniej części, nie przesądzam w jakiej, jest wspólnotą niechrześcijańską.

Czy to co dzieje się w kraju obecnie jest dobrym scenariuszem na film?

– Wszystko może być dobrym scenariuszem na film. Wszystko zależy od kreacji, od umiejętności widzenia świata przez autora, czy przez scenarzystę czy reżysera. Równie dobrze można siedzieć we własnym domu czy też ulec paraliżowi, tak jak twórca historii, która potem była kanwą scenariusza „Motyl i skafander”. A jednocześnie opisać coś bardzo istotnego. To w ogóle nie ma znaczenia, jakie są okoliczności. Często te okoliczności, to, że się dużo dzieje to często dla aktorów bywa kłopotliwe i nie umieją tego ogarnąć. No ale jest takie fińskie przysłowie: abyś żył w ciekawych czasach, i to jest przekleństwem. I być może to przekleństwo spadło też na nas.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o