Kolorowe litery na Noc Kultury, podświetlone gwiazdki na święta Bożego Narodzenia, anioły na Starym Mieście – między innymi takimi instalacjami zasłynął artysta Jarosław Koziara, lublinianin z wyboru. W szczerym wywiadzie opowiedział nam o swoich początkach, cenzurze w sztuce i stresującym zawodzie artysty.

Kim by pan został, gdyby nie został pan artystą?

JK: Miałem propozycję zostania pszczelarzem. To dość ciekawy zawód, mam nawet odpowiednie korzenie, bo mój ojciec jest pszczelarzem. Ale zostałem artystą z wyboru i bardzo dobrze czuje się w tej roli i nie jestem w stanie zawrócić.

To stresujący zawód?

JK: Zależy jaki podrozdział tego działania się wybiera, bo jak ktoś maluje obrazy czy rzeźbi w domowym zaciszu, to nie musi to być stresujące. Ale jak już się pracuje w przestrzeni publicznej, to człowiek się stresuje, czy dostanie pozwolenie czy nie, czy komuś na łeb to nie spadnie, czy wichura tego nie zdemontuje. Nie ukrywam, że jest to stresujące zajęcie.

Jak się zaczęła pana kariera?

JK: Jak uczyłem się w technikum pszczelarskim, trzeba było wykonywać różne scenografie na półmetki, studniówki i inne imprezy tego typu. Brałem w tym udział, co poskutkowało tym, że ktoś mi uświadomił, że można studiować coś innego niż pszczelarstwo. Tak to się zaczęło. To działa jak domino po prostu. Zrobienie jednej rzeczy spowodowało następną. I tak dalej leci do tej pory.

Ma pan swoją ulubioną instalację?

JK: To się zmienia. Zazwyczaj pracuję nad czymś kilka miesięcy, później wypuszczam w świat i cieszę się przez moment, a później przystępuję do następnego działania. Ale ta ostatnia, którą sobie powiesiłem koło domu (białe literki – przyp.red.) na Olejnej, sprawia mi dużo radości. Jest tak sprytnie zainstalowana, że dzięki temu ma głębię. Jak wschodzi tam słońce, to dzieją się niebywałe rzeczy. To sprawia, że jest żywa i ciągle się zmienia.

Nad czym teraz pan pracuje?

JK: Chciałbym chwilę po prostu odpocząć i poświęcić przynajmniej dwa tygodnie rodzinie, dzieciom, bo ten pracoholizm jest już trochę patologiczny! I nie wiem, jak długo tak się jeszcze da. (śmiech) Jedna sytuacja zahacza o drugą, jest dużo pracy i problemów, dlatego przez chwilę chciałbym o tym nie myśleć.

Śmiało możemy stwierdzić, że Lublin inspiruje artystów, ale czy miał pan taki moment w swoim życiu, gdy chciał pan na stałe opuścić Lublin?

JK: To zainteresowanie kulturą Lublina nie jest stosunkowo długie. Ma mniej więcej naście lat, a ja mieszkam w tym mieście już ponad 30 lat. Miałem takie momenty, że chciałem stąd wyjeżdżać, ale utknąłem i zostałem.

Łatwo się przebić w takiej niełatwej sztuce jak plastyka i stać się rozpoznawalnym?

JK: Nie sądzę, żeby było trudno, bo wystarczy tylko ciężko pracować i mieć pomysły oraz determinację. Są spore możliwości. Nawet to, że istnieje taka impreza jak Noc Kultury, która ma formułę otwartą i zaprasza do współpracy wielu młodych artystów i daje im platformę do pokazywania się oraz pieniądze na realizację. Jak ktoś coś zrobi niezwykłego, to przyjdą inni, którzy poproszą go o więcej. Niektórzy pewnie myślą, że ja coś robię, bo mam jakieś znajomości, a to tylko dlatego, że robię dobre rzeczy. I cały czas sam siebie chcę jeszcze przeskakiwać. Mi to sprawia radochę! I chce mi się to robić bez względu na to, czy ktoś mi na to pozwoli, czy nie.

Kogo pan ceni z lubelskich artystów?

JK: To niebezpieczne pytanie! (śmiech) Żyję w pewnym środowisku i jak powiem, że tego np. cenię, to pojawi się pytanie, a dlaczego nie innego akurat? Mam kolegów, przyjaciół i jeśli miałbym tak od razu odpowiedzieć, to na pierwszym miejscu będzie Robert Kuśmirowski. On ma w sobie podobną do mnie determinację działania. Robi to w skali międzynarodowej, ale to jest praca 24 godziny na dobę. Jest też Kamil Stańczak, znakomity malarz i nie tylko. Mógłbym tak wymieniać po kolei, bo nie jest źle w środowisku lubelskim. Najważniejsze, że wielu artystów szuka swojej indywidualnej drogi.

Czy to dobry pomysł, by polityka ingerowała w sztukę i ją oceniała?

JK: Ingerencja polityki w sztukę grozi propagandą. Propaganda to nie jest szerzenie wątpliwości, tylko to są zdania oznajmujące. Moje działania nigdy nie miały nic wspólnego z polityką. Szkoda mi, że roszady partyjne powodują unicestwienie pewnych inicjatyw i że wartością nadrzędną nie jest dobro wspólne, tylko dobro partyjne. Dla mnie to jest żenujące.

Odnosi się pan pewnie do sytuacji z CSK i zdemontowaniem pana instalacji pn. „Drzewo”?

JK: Współpracowałem z Centrum Spotkania Kultur, zanim jeszcze ta instytucja powstała na kilku poziomach. Realizowaliśmy jakieś przedsięwzięcie, o którym rozmawialiśmy przez pięć lat i nagle wchodzi człowiek, który o pewnych rzeczach ma umiarkowane pojęcie i on w zemście wyrzuca moją pracę, kpiąc sobie w tym momencie z podatników. Rzeźba powstała już do połowy, więc można było ją dokończyć i mieć ciekawy obiekt w środku, a można było ją wyrzucić i nie mieć nic w to miejsce.

Jak dowiedział się pan o tym, że instalacja została zdemontowana?

JK: Od ludzi tam pracujących. Człowiek, który jest pozbawiony pewnej klasy, nie próbuje się skontaktować z artystą. Mógł zapytać, co pan miał na myśli, o co w tym wszystkim chodzi, jak to się rozwinie. Ale łatwiej postąpić zgodnie z zasadą: nie rozumiem, to zniszczę.

Spotkał się pan z hejtem w sieci?

JK: Nie interesuję się opinią internetową. Opinia internetowa to jest pewien rodzaj patologii. To jest w pewnym sensie demokracja. Ludzie, którzy do tej pory nie mieli możliwości wypowiedzi, nagle zaczynają mówić. To, że nie rozumieją, co mówią i po co, to jest zupełnie inna historia. I cokolwiek by pani nie zrobiła w życiu i oddała się pod osąd opinii publicznej, to źle pani na tym wyjdzie, bo to jest miejsce, gdzie ludzie wrzucają wszystkie swoje frustracje. Nie mają potrzeby zachowania jakiejkolwiek obiektywności oceny. To jest przemielone przez frustrację i zły humor, przez to, że mi się źle w życiu dzieje. Obiektem, na który można od razu wylać pomyje, jest człowiek, który intensywnie funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Dlatego nie interesuje mnie opinia publiczna w internecie.

Co by pan zmienił we współczesnej sztuce?

JK: Liczę na otwartość ludzkich umysłów. Na to, że ludzie doświadczają, jedzą z różnych miseczek, jeżdżą po świecie, uczą się. Jeśli radny, który dwa lata temu był w teatrze, próbuje cenzurować spektakle, które się nadają, a które nie, to dla mnie to świadczy o tym, że ten człowiek siedzi w jakimś swoim zaścianku i nie obserwuje rzeczywistości szeroko. Myślę, że waży na boku swój kapitał polityczny. Wielokrotnie miałem do czynienia z hipokrytami, którzy prywatnie mieli inne zdanie, niż to prezentowane wyborcom.

W obecnych czasach artysta może czuć się wolny?

JK: Wolność człowiek ma w sobie. Gorzej jak zaczyna się autocenzurować. Ja nigdy nie miałem z tym problemów i raczej robię całe życie, co chcę. I mam nadzieję, że tak zostanie. Chociaż czasami to ograniczenie wzmaga kreatywność. Jak obserwuję np. działalność kabaretową, to myślę, że cenzura była bardzo przydatna, bo pozwalała przemycać wśród tych ludzi pewne niedopowiedzenia. Teraz mówi się po nazwiskach. Nie ma przestrzeni dla odbiorcy, dla jego inteligencji. Oczywiście nie pochwalam cenzury. Miałem z nią w życiu kontakt będąc jeszcze studentem. Załapałem się na ostatnie podrygi cenzora, robiąc wystawę rysunków satyrycznych w „Chatce Żaka”. Na tych rysunkach powiesiłem kartki „cenzura”, ale można było zajrzeć pod spód. (śmiech) Teraz mamy trochę innego rodzaju cenzurę. Ale myślę, że jeśli jest jakieś ograniczenie, to rolą artysty jest po prostu przebić tę granicę.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o