Krzysztof Cugowski już wkrótce zaprezentuje nam swoje nowe, dwupłytowe wydawnictwo „50/70. Moje najważniejsze”, które jest podsumowaniem 50-lecia pracy artystycznej wokalisty oraz prezentem dla fanów z okazji 70. urodzin artysty. W sieci już możemy posłuchać „Demonów Wojny”, czyli utworu, który zapowiada i promuje kolejny album artysty.

W dobie koronawirusa, gdy cały świat się zatrzymał, artystom tworzy się łatwiej?

– (śmiech) Tworzyć można, oczywiście! Z tym nie ma problemu, natomiast nie koncertujemy od ponad miesiąca i nie wiadomo, kiedy to wróci. Obecnie nagrywa się w mniejszym gronie, więc to się udaje. Ale czy jest łatwiej? Przede wszystkim jest to sytuacja dla wszystkich nowa i nikt nie wie, jak to się rozwinie.

Utwór promujący pana jubileuszowy album to „Demony Wojny”. Są w nim słowa: „Przeciwko sobie budujemy te historie, przeciwko sobie podnosimy teraz głos”. To idealny czas na jego premierę.

– Nie było w tym premedytacji. Ten utwór nie jest stworzony po to, by podkreślić obecną sytuację, ponieważ ta piosenka ma około 20 lat (śmiech). Ale okazuje się, że szukaliśmy czegoś, co będzie adekwatne do czasów, w których żyjemy i taką znaleźliśmy. Wszystkie te słowa są aktualne w dzisiejszej dobie.

Każdy z nas przed czymś ucieka, czegoś się boi, ma swoje demony. Jak możemy z nimi walczyć?

– Myślę, że niestety z własnymi demonami to nikt nam nie pomoże. Sami musimy się z nimi zmierzyć i starać się je pokonać, co wcale nie jest proste. Nie znam uniwersalnego sposobu, ale mogę powiedzieć, jak sam staram się z nimi walczyć. Najważniejszy jest spokój poza miejscem pracy. Jeżeli człowiek ma sposób zarobkowania taki, który bardzo podnosi adrenalinę, to należy się wyciszać. W normalnej sytuacji moja praca jest dość ekscytująca i niespokojna, więc w momencie gdy mam chwilę spokoju, to staram się nie bywać w skupiskach ludzi i to nie tylko w obecnej sytuacji. Ta przymusowa kwarantanna, jaką mamy teraz, właściwie niewiele zmienia w moim codziennym życiu. W momencie, gdy nie jeżdżę na koncerty, nie nagrywam, to jestem w domu i staram się z niego nie wychodzić. Dlatego może łatwiej mi to spokojnie przejść.

Dlaczego ten utwór jest taki ważny w pana dorobku?

– Cała płyta to zbiór piosenek z różnego okresu. Piosenką, która otwiera płytę jest „Blues George’a Maxella”. To pierwsza piosenka, którą nagrałem z kolegami z Budki Suflera w marcu 1970 roku. Zresztą oryginał jest w taśmotece lubelskiego radia. To jest piosenka sprzed 50 lat. Oczywiście została nagrana na nowo w zupełnie innej aranżacji, ale dla mnie to jest taka podróż sentymentalna. Cała ta płyta jest czymś takim. To są rzeczy z różnych okresów mojego życia zawodowego. One są różne stylistycznie, ale ta płyta miała być przekrojowa. Z kolegami z Zespołu Mistrzów nagraliśmy je w jednorodnej aranżacji, bardzo oszczędnej aranżacji.

Pierwsza część wydawnictwa składa się z rejestracji koncertu zagranego w Radiu Lublin. Jak pan wspomina ten koncert?

– Nie ukrywam, że nie były to łatwe warunki ze względu na miejsce. W tak zwanym dużym studiu radia było ponad 400 osób, dlatego scena była dosyć skromna i byliśmy na niej bardzo stłoczeni. Do tego musieliśmy postawić takie przezroczyste ekrany po to, żeby te instrumenty odseparować od siebie. Technicznie sytuacja była skomplikowana, ale okazało się, że wszystko da się zrobić. Płyta koncertowa jest takim przekrojem tego, co grywamy na koncertach, więc dla nas to był taki normalny koncert, który gramy dla publiczności. Najpierw jest na żywo transmisja w radio, a potem wychodzi z tego jeszcze płyta z koncertu. Dla mnie jako dla człowieka, który z Radiem Lublin jest związany 50 lat, bo wtedy nagrywaliśmy „Blues George’a Maxella”, to był szok! Wtedy pierwszy raz byłem w radiu, a zaprosił nas na nagrania Jurek Janiszewski. Niestety z tamtego składu żyje jeszcze tylko jeden kolega, Janusz Pędzisz, a trzech pozostałych przeszło już na lepszą stronę. Byliśmy bardzo młodzi, bo trzech z nas miało po 20 lat, a jeden 18, więc to było dla nas wielkie przeżycie. Właściwie radio traktuję jak pewnego rodzaju miejsce pracy, pomimo że nigdy tam przecież nie pracowałem.

Tam też jest studio im. Budki Suflera, które wiąże się z wieloma osobami, m.in. ze wspomnianym już nieżyjącym Jerzym Janiszewskim, który odkrył Budkę.

– Jurek miał niewyobrażalnie wielki wkład w to, że ten zespół zaistniał w 1974 roku. Wtedy też nagraliśmy piosenkę „Sen o Dolinie” i to była piosenka, którą on wybrał. Poprosił Adama Sikorskiego, żeby napisał tekst i Jurek nas do jej nagrania namówił. Byliśmy wtedy w zupełnie innym miejscu i podobały nam się inne rzeczy, ale jemu udało się nas namówić i to zrobiliśmy, bo byliśmy bardzo z Jurkiem związani jako zespół. Okazało się, że miał rację! Zaczynam tym „Snem o Dolinie” wszystkie koncerty. Tak było zawsze. Tak mi po prostu pozostało, bo to jest utwór od którego się wszystko zaczęło. To jeden z kilku moich ulubionych utworów! (śmiech)

Można powiedzieć, że jego pierwszy wers „Znowu w życiu mi nie wyszło” stał się już nie tylko fragmentem utworu, ale kultowym powiedzeniem.

– Tak. Wydaje się, że są to stwierdzenia banalne, ale jak się nad nimi zastanowimy to się okazuje, że są tak podniosłe w swojej prostocie, ważne i głębokie, że człowiek stwierdza, że są po prostu prawdziwe! (śmiech)

Wybrał pan na ten album te najważniejsze, ulubione. A są jakieś, których pan nie lubi?

– Jak każdy. Oprócz tego, że jestem wykonawcą, to jestem słuchaczem. Jestem też zbieraczem płyt od ponad 50 lat i to jest normalne, że człowiek ma do pewnych piosenek sentyment, do niektórych ma obojętny stosunek, a inne są takie, choć jest ich niewiele, których się nie lubi. To jest rzecz naturalna i każdy podobnie podchodzi do wszystkich piosenek. Do własnych także.

Co pan najmilej wspomina ze swojego dorobku?

– Koncertów zagrałem kilka tysięcy. Nawet trudno powiedzieć ile. Oczywiście były koncerty bardzo ważne, wielkie, na których było po kilkaset tysięcy ludzi. Zagraliśmy dwa takie koncerty, ale graliśmy również w innych bardzo istotnych miejscach dla muzyki światowej. Myślę, że najważniejszą rzeczą w tym wszystkim są spotkania z ludźmi, ze słuchaczami, z odbiorcami, którzy przychodzą, rozmawiają. Myślę, że jednak stały kontakt z ludźmi jest dla mnie rzeczą najistotniejszą. To wszystko, co robimy, robimy dla innych. To jest nasza publiczność, robimy to dla nich i oni są najważniejsi.

Fot. Jacek Poremba/ Materiały prasowe artysty

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o