Łukasz Jemioła to wokalista i gitarzysta. Specjalizuje się w piosenkach retro i nurcie americana. O płycie, muzycznych marzeniach, wpływie Boba Dylana i Jana Kondraka oraz o swoim Lublinie opowiedział w rozmowie z Dominiką Polonis.

Jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych lubelskich artystów, więc nie mogę o to nie zapytać. Z czym Ci się kojarzy Lublin?

– No teraz to już z moim domem, ponieważ jestem tu na stałe. Mieszkam w Lublinie od czternastu lat. To drugie, po mojej rodzinnej Limanowej, miejsce, z którym jestem na stałe związany. Kojarzy mi się z miejscem pracy, z miejscem, gdzie poznałem moją żonę, miejscem, gdzie mieszkamy wszyscy razem, gdzie mam po prostu rodzinę w tej chwili. A zaczęło się od niczego, bo jak tu przyjechałem to znałem dwie osoby!

Wydajesz płytę. Co na niej usłyszmy?

– Na płycie „Retro na żywo” jak sama nazwa wskazuje usłyszmy muzykę retro, czyli muzykę XX-lecia międzywojennego. Myślę, że dosyć klasycznie zaaranżowaną, ale w takim stylu, którego wydaje mi się, że trochę brakuje na polskim rynku muzycznym, czyli w stylu swingowym. Nie z takim przytupem muzyki bardziej tradycyjnej, bardziej podwórkowej, tylko z takim sznytem bardziej swingowym. Czyli to jest to, co Polskę trochę ominęło przez wybuch II wojny światowej. A my staramy się do tego wracać.

Jak wyglądały prace nad tą płytą?

– Graliśmy mnóstwo koncertów. Sam gram koncerty od ponad dziesięciu lat, a zespół do mnie dołączył na trzy lata przed nagraniem płyty. Z kilkudziesięciu piosenek, które przez te kilkanaście lat grałem wybrałem dwanaście, a właściwie trzynaście, tylko jedna nie weszła na płytę. I zagraliśmy koncert. Więc praca była bardzo przyjemna, bo po prostu zagraliśmy koncert, który był rejestrowany. I nie tylko w wersji audio na płycie, ale również w wersji video. Sukcesywnie można ten koncert oglądać w internecie.

Harmonijka, gitara, wokal – można powiedzieć, że jesteś typem człowieka- orkiestry?

– Taaak! Na harmonijce nie gram, ale udaję trąbkę, używam standboxu, używam techniki fingerpicking, która pozwala mi na uzależnienie, na prowadzenie dwóch linii melodycznych jednocześnie na gitarze. Zawsze fascynowało mnie robienie czegoś z niczego, dlatego też lubię żonglerkę, że z trzech piłek można zrobić mnóstwo tricków. Lubię technikę fingerpicking, lubię one man band, lubię kiedy jedna osoba robi wiele rzeczy. Lubię to. To jest taka dodatkowa magia w muzyce, którą bardzo lubię.

Jakbyś miał tak wyjaśnić laikowi, czym jest technika fingerpicking?

– Chodzi o to, żeby prawym kciukiem prawej ręki starać się na stole stukać raz wyżej raz niżej. A pozostałymi palcami w międzyczasie robić coś. Takie uniezależnienie kciuka od pozostałych palców w grze na gitarze daje fantastyczne możliwości imitacji dwóch instrumentów jednocześnie. Wymyślili to właściwie grajkowie bandżo, biali osadnicy w Stanach Zjednoczonych i szybko podpatrzyli to Afroamerykanie, niewolnicy, których nie było stać na bandżo. Nie czuli się z tym instrumentem za pan brat. Natomiast zaczęli to przetransportowywać na gitarę i doprowadzili do perfekcji. Takich nagrań jest dużo. Uwielbiam je. W ogóle lubię, jak ktoś coś umie. Nie lubię kiedy na piedestale stawia się osoby, które materiał mają dopracowany w studio i w ogóle ktoś za nich zrobił robotę. Lubię słuchać kogoś, kiedy mam poczucie, że ten ktoś naprawdę coś potrafi. Zachęcam każdego, kto już się znudził graniem akordowym na gitarze, żeby spróbował fingerpicking, bo rozwija wyobraźnię muzyczną i sprawia, że gitara staje się trochę nowym instrumentem.

A co w Lublinie z nurtem americana?

– Jak się czuje ten nurt? Dobrze. Na przykład Monika Kowalczyk, młoda pieśniarka, autorka tekstów, myślę, że też jest osadzona w tym klimacie. W takim właśnie americana, to znaczy takiej dziewczyny z gitarą, która pisze i śpiewa. Jest Zbyszek Kowalczyk, który gra na gitarze i śpiewa. Jest kilka takich osób uzdolnionych w Lublinie. Naszym wspólnym problemem jest to, że aktualnie na nasze nieszczęście na topie jest muzyka disco i bylejaczysko, więc dlatego jest nam trochę pod górę. Ale z drugiej strony to dobrze, bo zazwyczaj gramy dla ludzi, którzy wiedzą po co przychodzą na nasze koncerty. I to jest fajne. Myślę, że taka muzyka miałaby się dużo lepiej w latach 70. Ale teraz też nie ma na co narzekać!

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że nie czujesz się dobrze w takim repertuarze poetycko-literackim, jednak pamiętam Twój cover piosenki „ona czuje we mnie piniądz”, który był utrzymany właśnie w takiej stylistyce i do łez rozbawił publiczność. To jaka jest prawda?

– Prawda jest taka, że ja nie czuję się związany z nurtem stricte poetyckim, bo uważam, że jest mega powtarzalny. Niczego tam nowego się nie odkrywa, a to mnie nie ciekawi. Natomiast wykorzystałem estetykę poezji śpiewanej do tego co mi się nie podoba, czyli do estetyki disco polo. Jakby z połączenia tych dwóch estetyk wychodzi coś z czego ludzie się śmieją, ale też wzbudza to refleksje. Co bardzo mnie cieszy, bo właściwie po to to robię. Natomiast gdybym tylko był takim lirycznym, balladowym pieśniarzem, to myślę, że byłoby to bardzo powtarzalne, miałkie i takie nijakie.

Długo też broniłeś się przed śpiewaniem po polsku, jednak Jan Kondrak przekonał Cię do śpiewania w ojczystym języku. Teraz już lepiej czujesz się w polskim repertuarze?

– Tak. To było mi bardzo potrzebne i teraz właściwie śpiewam już głównie po polsku. Przekonałem się do wielu piosenek. Przestałem być dzikusem zupełnym, którym byłem kiedyś. Teraz jestem dzikusem już tylko trochę! (śmiech) Czuje się dobrze śpiewając po polsku, a dawniej to było dla mnie coś dziwnego.

Czy można powiedzieć, że Jan Kondrak jest jedną z takich osób, dzięki którym natrafiłeś na ten miejski folk?

– Trochę tak. To znaczy to nie było tak, że to on mi to pokazał, natomiast dał mi taki impuls w głowie, że warto poszukać śpiewania jakiegoś repertuaru po polsku, który by mi odpowiadał. Bo ja w to nie wierzyłem. I uważałem, że jedyną muzyką godną słuchania jest blues przedwojenny. I ewentualnie Bob Dylan. I z takim nastawieniem żyłem sobie przez jakiś czas.

Jaki wpływ na Twoją twórczość miała muzyka Boba Dylana?

– Bardzo duży! Ogólnie pierwszy etap grania na gitarze to jest „Whisky moja żono”, czyli proste piosenki na prostych akordach. Natomiast Bob Dylan zaczął tworzyć mistycyzm z gitarą w rękach. Takiego Dylana do dzisiaj uwielbiam. Chociaż teraz już wiem, że to było zmyślone i dużo rzeczy było wyreżyserowanych przez niego samego. Dokonał bardzo udanej, ale jednak autokreacji. Natomiast te rzeczy, które napisał są niezwykłe. Ja się bardzo lubiłem wczytywać w te teksty i dużo się angielskiego dzięki temu nauczyłem. I uważam, że to jest ponadczasowe i mądre. I dobrze, że Dylan dostał Nobla, bo mu się to należało. I jaki miał na mnie wpływ? No właśnie to, żeby szukać. To, że drążę, że śpiewam disco polo w stylu poezji śpiewanej, improwizuję piosenki. Nie zadowalam się tym, co już umiem i nie jestem osadzony w jednym nurcie. I to jest to też po części wynik tego, że lubię Dylana. Człowieka, które mógł śpiewać wiejskie piosenki do końca życia, a z wiejskich piosenek zrobił po prostu mistycyzm gitarowy w pewnym sensie. Mówiąc wielkimi słowami.

Czy myślisz, że w Twoim życiu może nastąpić taka zmiana, kiedy przestaniesz być przekaźnikiem muzyki, a zaczniesz być nadajnikiem?

– Tak. Wczoraj napisałem pierwszą piosenkę od bardzo dawna! Może z tego będzie jakaś piosenka? I to nie jest piosenka o tym, żeby wstać wcześnie rano i nie leżeć pod kołdrą, tylko staram się powiedzieć w tej piosence o czymś ważnym. I sam jestem zaskoczony, że coś takiego zrobiłem.

Co jest Twoim muzycznym marzeniem?

– Nie mam marzeń, bo marzenia wynikają z głowy i tego, co się w tej głowie wymyśla. Natomiast marzenia powinny być czymś więcej niż własna głowa. I dlatego nie mam marzeń, bo nigdy nie marzyłem o tym, że będę zawodowo śpiewał! I że będę nagrywał płyty. A teraz to się dzieje. I jeden Bóg raczy tylko wiedzieć, co ja będę robił za dziesięć lat. Być może będę robił stoły, bo zawsze chciałem być stolarzem!

Fot. Piotr Jaruga

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o