Aleksandrę Zielińską, polską pisarkę, tak urzekła Boża Wola, niewielkie miasteczko na Lubelszczyźnie, że tam postanowiła umieścić akcję swojej powieści, zatytułowanej „Sorge”. O całej Lubelszczyźnie mówi, że jest piękna. Autorka w wywiadzie zdradza nam, jakie ma związki z naszym regionem, opowiada o emocjach, a także odsłania kulisy powstawania książki.

Czy ludzie chcą czytać smutne książki? „Sorge” jest wręcz depresyjna…

Myślę, że ludzie chcą czytać książki, które są angażujące w warstwie emocjonalnej na wiele sposobów, uruchamiają nie tylko wyłącznie jedno uczucie. I w ten sposób myślę też o „Sorge” – jeśli weźmiemy pod uwagę tematykę książki, a mianowicie przepracowywanie żałoby i zjawisko dziedziczonej traumy, to wydaje się, że mamy do czynienia z opowieścią nacechowaną jednoznacznie, ale podczas lektury czytelnik zauważy, że jest inaczej – zawarłam w powieści szereg innych tonów.

Pani często zdarza się śmiać? Mam wrażenie, że nie patrzy Pani na życie przez różowe okulary…

Oczywiście, że zdarza mi się śmiać. Myślę, że należy pamiętać o tym, że autorka i bohaterka książki nie są tymi samymi osobami. Zgadzam się, że moja wrażliwość rzeczywiście sprawia, że częściej sięgam po tematy trudne czy mało przyjemne, bo interesuje mnie ta szara strefa, o której nie lubimy za często mówić, ale z drugiej strony często zderzam poważne motywy z absurdem, czarnym humorem czy groteską. Różnorodność jest ważna. Sama znana jestem z pokręconego poczucia humoru, suchych żartów i specyficznego śmiechu.

Dlaczego wybrała Pani Lubelszczyznę na miejsce akcji dla swojej książki? Jaki jest Pani związek z Bożą Wolą, czyli Sorge?

Urzekła mnie nazwa tej miejscowości, a przede wszystkim jej znaczenie. Zaczęłam fantazjować, jak mogłaby wyglądać Boża Wola, będąca połączeniem innych miasteczek, jakie znam oraz zamkniętą, hermetyczną społecznością, która pozwoli przyjrzeć się mechanizmom budowania relacji w obliczu wydarzeń – jednak umówmy się – tragicznych. Natomiast na Lubelszczyźnie spędziłam mnóstwo czasu w trakcie wakacji w liceum i na studiach, dorabiałam sobie w pierwszej, sezonowej pracy. Dzisiaj ten okres wspominam z ogromnym sentymentem, Lubelszczyzna jest piękna.

Rzeczywiście wydarzyło się tam wielkie nieszczęście, jak książkowy „trzask”?

O ile mi wiadomo, nie, ale przyznam, że również go tam nie szukałam. Od początku wiedziałam, że chcę wykorzystać własny „trzask’. Niemniej jednak myślę, że niemal każda społeczność nosi w sobie drzazgi, o których niekoniecznie lubi się opowiadać albo wręcz przeciwnie – opowiada się aż nazbyt często, ale przebierając za legendy, bo w takiej formie są łatwiejsze do przepracowania. Bardzo interesują mnie tego typu historie, krążące po społecznościach i powieść „Sorge” tak naprawdę wyrosła z jednej z nich.

Zna Pani ludzi stamtąd? Mieszkańcy są tacy jak ci opisani w powieści? Są smutni, melancholijni, nie widzą świata poza Sorge?

Nigdy nie byłam w samej Bożej Woli, spędziłam dużo czasu w okolicznych miejscowościach, poczułam klimat regionu. Mieszkańcy mojego Sorge są kompletnie wymyśleni na potrzeby powieści. Jedynie historia dworku Czyżewskich została częściowo oparta o prawdziwe wydarzenia. Również topografia miasteczka pokrywa się mniej więcej z miejscowością, którą znam.

Wyciągnęłam wniosek z lektury. Żyjemy w czasach, kiedy niemodne, niepoprawne jest pokazywanie smutku, nieszczęścia, niepowodzenia. Te uczucia ukrywamy pod maską uśmiechu.

Chce Pani zwrócić uwagę, że smutek i cierpienie oraz okazywanie ich nie są niczym złym i istnieją równolegle do radości i szczęścia?

Oczywiście, negatywne uczucia nie są niczym złym, wręcz przeciwnie, są potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Niestety, mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach okazywanie uczuć – szczególnie tych niewygodnych – często jest traktowane jako oznaka słabości czy bezbronności, co znowu prowadzi do frustracji, kiedy próbujemy je tłumić. Uważam, że należy otwarcie mówić o tym, co dla nas trudne, własne doświadczenie nauczyło mnie, że nieznane rzeczy są przerażające, ale gdy szukamy ich struktury, przyczyny i celu, to dają się obłaskawić. Brzmi to wszystko bardzo prosto, wiadomo, że w praktyce mierzenie się ze sferą uczuć do prostych wcale nie należy, ale to nie znaczy, że nie warto próbować. Często dla mnie oswajanie trudnych emocji odbywa się właśnie przez sztukę. (jus)

Fot. Krystian Lipiec

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o