Przemek Buksiński, Marcin Wąsowski, Łukasz Szymanek, Mirek Urban i Michał Łysiak – to oni tworzą improwizacyjną grupę znaną jako Poławiacze Pereł. Już od wielu lat swoimi występami uświetniają nie tylko miejskie imprezy, ale do łez rozbawiają publiczność na swoich spektaklach.

Na czym polega forma „W nowym kinie”, którą ostatnio zaprezentowaliście?

PB: Polega na spotkaniu się dwóch bardzo fajnych dziedzin kultury: filmu i teatru. Jedna z drugiej wynika i się uzupełnia. To dla nas nie jest nowa formuła, bo praktykujemy ją blisko pięć lat, ale już od dawna w Lublinie w niej nie występowaliśmy.

ŁS: Najprościej mówiąc, to połączenie filmu i improwizacji. Organizatorzy szukają dla nas jakiegoś niezależnego filmu krótkometrażowego, którego na pewno nie widzieliśmy. Dają nam wcześniej tylko zdjęcia głównych bohaterów i tylko z tym możemy się zapoznać, żeby dobrać jakieś rekwizyty. Dopiero widownia wskazuje, który z nas gra jaką postać. Potem puszczany jest ten krótkometrażowy film, kiedy widzimy zarys postaci, jest stop i gramy wtedy część improwizowaną.

Łatwo Wam wcielać się w takie postaci?

ŁS: Na pewno ciekawie i eksperymentalnie. Czasami też ryzykownie. Po to też jest improwizacja, żeby się z tym zmierzyć.

PB: Nie ukrywamy, że poprzeczka z Kina Projekt jest zawieszona bardzo wysoko. I to nas bardzo pozytywnie zaskakuje.

Jakie filmy lubicie prywatnie?

ŁS: Powiem pierwszy! (śmiech) Uwielbiam komedie Barei, jak np. serial Alternatywy 4. Obecnie mieszkam na osiedlu, gdzie go kręcono.

MW: Ostatnio Marvela bardzo lubię. Dobre, poczciwe, amerykańskie filmy. Są dobrzy bohaterowie. To znaczy niektórzy są też źli! (śmiech)

MŁ: Przez ostatnie parę lat nadrabiam zaległości w science-fiction z lat 60. i 80. ubiegłego wieku. Jeszcze mam dużo do obejrzenia.

MU: Cenię każdy dobry film, który jest dobrą historią i dobrą opowieścią.

MW: Czyli Mirek ogląda Klan! (śmiech)

MU: Nie! Jednak wolę te krótsze! (śmiech)

PB: Mam to szczęście, że lubię też seriale, np. obejrzałem „Czarnobyl”, bo dość blisko tego miejsca mieszkałem. Lubię też kino francuskie oraz polskie kino ostatnich lat.

Do którego bohatera filmowego jest wam najbliżej?

MW: Nam wszystkim? Bracia Daltonowie! (śmiech)

PB: A kto jest Lucky Luckiem?

ŁSZ: No Łukasz jest jeden! (śmiech)

MU: Ja z bajek zawsze kochałem krecika. Obserwując go teraz, myślę, że czasami mam takie zachowania.

Macie jeszcze takie obawy, że nie będziecie w stanie sprostać oczekiwaniom publiczności?

PB: Mamy nawet taką nadzieję!

ŁSZ: Zawsze jest jakaś niewiadoma, która nas mobilizuje to grania impro.

PB: Zaskakujące są pytania albo zadania, które się powtarzają. To też jest chyba sposób prowadzących wieczór, żeby tak kreatywnie podejść publiczność, żeby dała sugestie, o której nie słyszeliśmy albo powinniśmy szerzej myśleć i zaskoczyć widza w interpretowaniu.

MŁ: Improwizacja zakłada taki układ z widzem, że widz będzie dawał takie zadania, którym my nie będziemy w stanie sprostać. My się też na to zgadzamy, chociaż to jest też nie raz duże wyzwanie. Ciekawie się to ogląda, jak my się zmagamy z tym.

Jaka najśmieszniejsza sytuacja przydarzyła Wam się na scenie?

MŁ: Kiedyś przewróciłem się na premierze.

PB: Śmieszną sytuacją było to, że któryś z was usłyszał co innego, drugi co innego, ale scena trwała dalej i się świetnie dogadywaliście. (śmiech)

MU: Tak było! Zagraliście kilka minut, ale w tej historii było coś dziwnego. Jeden z nich usłyszał, że było to sanatorium, a drugi, że sala tortur. Dlatego może była taka świetna! (śmiech)

PB: Zaskakujące jest to, że my tak naprawdę sami siebie zaskakujemy. I to jest zabawne! Czasami tego nie wyczujesz i śmiejesz się w sobie. Ale najważniejsze, żeby nie śmiać się bardziej niż publiczność,

ŁSZ: No widzisz, a ja dzisiaj tak miałem. Śmiałem się z tego, co się dzieje, mimo że byłem na scenie. Łatwo nas rozśmieszyć.

Macie swoje ulubione miejsce do improwizacji w Lublinie?

MW: Chcemy grać w różnych miejscach, żeby czuć inną atmosferę.

PB: Ale czasem fajnie jest zagrać w stałym miejscu. Eksperymentowaliśmy m.in. z Domem Złotnika.

MU: Mieliśmy kilka takich przypadków, że eksperymentowaliśmy z miejscem, które zaraz zamknęli! (śmiech)

Co lubicie w Lublinie najbardziej?

ŁSZ: Lubię przyjeżdżać do Lublina, bo lubię obserwować, jak miasto się zmienia. Fajnie jest też wypić kawkę na Starym Mieście.

MW: Pewnych rzeczy żałuję. Jak przyjechałem tutaj 12 lat temu, to autobusy wyglądały jak skansen MPK, a teraz się odmłodziły. Wtedy było w nich coś bardzo urzekającego, bo nigdzie indziej tego nie można było doświadczyć. Na szczęście, Stare Miasto dalej pozostaje dzikie i to jest piękne.

PB: Jak mam wolny dzień, lubię przechadzać się późnym wieczorem po ulicach Chopina, Dolnej Panny Marii i po tych wszystkich zakamarkach. To są miejsca, które bardzo często przypominają Wenecję, trochę Korfu i trochę Ateny. Takie malutkie przestrzenie i tam można spotkać różnych ludzi. Chyba to lubię najbardziej w naszym Lublinie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o