L.U.C., czyli Łukasz Rostkowski to polski raper, beatboxer, reżyser i producent muzyczny. Na co dzień jest związany z Wrocławiem. Na swoim koncie ma już 11 solowych albumów. O najnowszej płycie, kontaktach z aktorami Tomkiem Kotem i Kasią Figurą oraz gościach na Good L.U.C.K. rozmawialiśmy z artystą w naszym mieście podczas jednego z jego koncertów.

W jakim filmie tkwisz ostatnio?

– (śmiech) W filmie o zagubionej czasoprzestrzeni. Jakimś filmie o podróży międzyplanetarnej, w której zepsuł się radar. Bo już trochę nie wiem, gdzie jestem. Po prostu ostatni czas jest tak intensywny, że przyznam, że najlepiej to chyba oddaje wnętrze mojej walizki. Jest po prostu jak w pralce już! (śmiech) Generalnie jest to dobry film, tylko z intensywności się trochę pochorowałem. Ale tak naprawdę jestem cały czas w bardzo pięknym okresie życia, w którym mam chyba sporo szczęścia. O tym też ostatnio mówiłem na „Good L.U.C.K.” i taką energię chciałem wysyłać. Tylko jak się już ją wysyła kolejny tydzień z rzędu, to ciężko ją wykrzesać.

Czyli można powiedzieć, że skoro tyle dobrego się dzieje ostatnio w Twoim życiu to trochę życie traktujesz jak film?

– Absolutnie! Dla mnie jako fana w ogóle kina i tego, że bardzo lubię składać muzykę pod obrazy. Całe życie jest jak film! Doświadczyłem kilku takich sytuacji, które były bardzo filmowe, o czym mówię na tej płycie. Ale tak naprawdę mówimy o tym, że życie każdego z nas jest jak film. Dla jednych jest to bardziej horror, dla innych bardziej porno, a dla innych telenowela. Ale to są wszystko te same scenariusze, które przechodzimy tylko w różnych momentach. To był też klucz tego, co chciałem powiedzieć, bo wszyscy jesteśmy jakoś podzieleni. Dużo jest podziałów i wojen politycznych. Ale tak naprawdę właściwie jesteśmy wszyscy w tym samym. I to powinno nas raczej solidaryzować i łączyć.

Jak wyglądał proces produkcji nad „Good L.U.C.K.”?

– Zastanawiałem się jaką płytę zrobić, jeśli chodzi o solówkę. Stwierdziłem, że trzeba robić taką muzykę, jaką się kocha, a nie taką jaką wyznaczają trendy. I zrobiłem po prostu album z muzyką, która mi sprawiała ogromną przyjemność i bardzo wierzę, że ma właściwości lecznicze. To jest muzyka Esce, świetnego producenta z Łodzi. Gościa, który produkował bity już dla ekipy z Holandii, Nowego Yorku, ale jest wciąż jeszcze debiutantem. Są to chillowe bity oparte na samplach z lat 70. Chciałem powiedzieć o trudnych emocjach: samotności, rozstania, szukania miłości. I tak dobieraliśmy te bity, dopieszczałem, dobierałem do tego instrumenty, pisałem teksty, a później nadszedł etap najważniejszy i najtrudniejszy, czyli goście.

„Good L.U.C.K.” to taki nowy kierunek?

– Tak i nie. Traktuję ten album jako coś trochę nowego. Uprościłem dużo formę muzyczną, uprościłem też słowa, bo doszedłem w pewnym momencie do takiego już zagmatwania słownego i awangardy, że to przestało być czytelne. I okazuję się, że prosty tekst, ale metaforyczny napisać jest czasem ciężej niż ten trudny. Więc jest to trochę nowy kierunek. A Rebel Babel jako międzynarodowa orkiestra dęta, którą budujemy jest dla mnie projektem takim stricte do eksperymentów i do szaleństw.

Jak poznaliście się z Tomkiem Kotem?

– To było dosyć absurdalne, bo na gali PPA we Wrocławiu po prostu podszedłem podziękować za spektakl aktorom i nagle podszedł do mnie gość, który zaczął mówić, że w ogóle super płyta, że dzięki, że ekstra! Było mi miło, potraktowałem go jako kolejnego słuchacza, który gdzieś tam natknął się na moją muzykę i ją polubił. No i potem ktoś mi mówi, że to był Tomasz Kot! To dla mnie nie miało tak dużego znaczenia. Ważne było to, że okazało się, że moja muzyka wpłynęła mocno na jego życie. Zacząłem zgłębiać jego warsztat, stwierdziłem, że jest świetnym aktorem. I tak się zakumplowaliśmy. To trwało wiele lat, kiedy mówiliśmy, że coś trzeba zrobić. I w końcu to zrobiliśmy. Z czego się bardzo cieszymy, bo to była dla nas zabawa. Był fan!

Oprócz wspomnianego Tomka Kota, w ostatnim utworze wystąpiła również Kasia Figura. Jak doszło do tej współpracy?

– Kasię, poznałem lata temu na festiwalu gdzieś w Sopocie. Ale tak tylko w przelocie. A potem zaprosiłem ją po Kocie! I dzisiaj mamy pokłosie tego! (śmiech) Nieee, wiesz co, po prostu trochę ją znałem, wiedziałem, że kocha morze. A tam jest utwór o morzu, bardzo ważny. Bo morze pomagało mi wychodzić z jakiegoś depresyjnego stanu w życiu. I stwierdziłem, że byłoby cudownie, gdyby ona to zaśpiewała. I się zgodziła. No coś pięknego! W sumie, ci wszyscy ludzie, totalnie się zaangażowali. A wiadomo, że są bardzo zapracowanymi ludźmi. W ogóle ja mam dobry przelot z aktorami. Mam bliskość z nimi, ze względu też na to, że uczęszczałem do szkoły aktorskiej, studium aktorskiego. Ja rozumiem tych ludzi, ich wyobraźnię, ich wcielanie się w postaci. Szukanie w każdej małej sytuacji historii.

Fot. Mateusz Adamski

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o