Już jako dziecko często mówiła, że chce pojechać do Afryki. Z czasem stało się to jej największym marzeniem. Kiedy dotarła na Czarny Ląd, nieraz pękało jej serce. Ale pokochała Kenię i tamtejszych ludzi. – Zobaczyłam cierpienie, ale też niesamowitą miłość do drugiego człowieka – wyznaje Ilona Proch z Lublina, która wyjechała jako wolontariuszka do Kenii.

– Kiedy koleżanka powiedziała mi o organizowanym naborze wolontariuszy do Projektu AfricaMed, długo nie zastanawiałam się nad decyzją i dołączyłam do nich. Wspólne spotkania, nauka języka Suahili, poznawanie tradycji i kultury panującej w Afryce sprawiło, że moje marzenie stało się realne. Oczywiście to wszystko trwało. Ponad dwa lata przygotowywałam się do wyjazdu zanim się udało i wyruszyłam wraz z dwiema pozostałymi wolontariuszkami do Kenii – opowiada Ilona Proch, która na co dzień mieszka w Lublinie.

Początek podróży

W marcu ubiegłego roku trzy wolontariuszki Fundacji AfricaMed wyruszyły w podróż. – Czułam wtedy ogromną ekscytację i do samego końca nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Znalazłyśmy się w miejscowości Chuka, która znajduje się około 4 godziny drogi od Nairobi, stolicy Kenii – wspomina Ilona. – Na miejscu miałyśmy bardzo dużo obowiązków do wypełnienia. Wyjazd wiązał się z szeregiem punktów do zrealizowania na miejscu. We trzy chciałyśmy zdziałać w ciągu pobytu w Chuce jak najwięcej.

Od razu po przyjeździe do Chuki wolontariuszki spotkały się z podopiecznymi ośrodka dla niepełnosprawnych dzieci Small Home w Chuce.

– Marysia jest lekarzem i to ona je badała. Cały czas Aneta, która jest psychologiem i ja pomagałyśmy jej. Tworzyłyśmy dokumentację medyczną każdego dziecka, rozmawiałyśmy z nimi. Podczas badań chłopców, Marysia wykryła przepuklinę u kilku podopiecznych. Zabrałyśmy ich na dalsze badania do szpitala w Nkubu, następnie opłaciłyśmy całą hospitalizację i przeprowadzenie operacji – relacjonuje Ilona.

Duchowa przemiana

W Afryce nasza rozmówczyni nieraz miała okazję sprawdzić swoją wiedzę farmaceutyczną.

– Wspólnie z Marią ustalałyśmy leczenie dla dzieci, kupowałyśmy potrzebne lekarstwa. Niestety dostęp do opieki medycznej jest dla nich bardzo trudny i dla większości z nich jedynym lekarzem, którego znają jest Marysia – ubolewa wolontariuszka. – Czułam się tam naprawdę potrzebna i widziałam, że są wdzięczni za to, co dla nich robimy.

I jak mówi, pewnie gdyby pojechała tam jako zwykły turysta, nie miałaby możliwości dostrzec tego świata w sposób, w jaki odbierała go jako wolontariuszka.

– Zdecydowanie podobało mi się tamto miejsce. Kenijczycy, z którymi spędzałyśmy czas mają ogromne serca i sprawili, że czułyśmy się tam bardzo potrzebne i kochane. Bardzo mocno duchowo się umocniłam. Człowiek po takim wyjeździe zupełnie inaczej patrzy na swoje życie – podkreśla Ilona. – Zaczęłam doceniać to co mam, cieszyć się z możliwości jakie daje mi życie. Każda najmniejsza radość teraz jest dla mnie ogromną radością i daje impulsy do działań.

Trudne warunki

Small Home jest ośrodkiem dla niepełnosprawnych dzieci. Są to dzieci z rodzin, które nie mają możliwości dowozić ich do szkół i wysyłają je właśnie w takie miejsce, gdzie dzieci będą miały zapewnioną opiekę i dostęp do szkolnictwa.

– Byłam przerażona jak znalazłyśmy się w ich domu. Na początku nie mogłam pogodzić się z tym, co widzę i bałam się, że zacznę płakać. Mieszkają w strasznych warunkach, nie mają podstawowych rzeczy jak chociażby moskitiery nad łóżkiem, prześcieradeł. Niektórzy chłopcy mieli podarte buty tak mocno, że prawie cała stopa z nich wychodziła – nie kryje emocji kobieta.

Dzięki pomocy wielu osób z Polski wolontariuszom udało się zebrać dużą sumę pieniędzy poprzez jeden z portali. Każde dziecko otrzymało paczkę, w której znalazły się najpotrzebniejsze artykuły.

– Kupiłyśmy im również, dzięki środkom zebranym przez Fundację, sześć odpowiednio dopasowanych wózków inwalidzkich. Czułam się tam naprawdę potrzebna. Panie ze Small Home witały nas za każdym razem z niesamowitym blaskiem w oczach słowami „I love you! You are my Angel” – uśmiecha się wolontariuszka.

Wielka pomoc

Dzięki hojności darczyńców udało się zakupić sprzęt medyczny do Szpitala Misyjnego w Chuce.

– Podarowaliśmy im EKG, zestaw diagnostyczny, autoklaw do dezynfekcji oraz kilka drobniejszych sprzętów medycznych. Dofinansowaliśmy zakup dużej pralki szpitalnej. Dzięki temu wsparciu Fundacja AfricaMed pomogła uratować kilka istnień – podkreśla Ilona.

Dwa lata temu wolontariusze zakupili do tego szpitala inkubator. – Teraz siostra przełożona powiedziała nam, że dzięki niemu uratowano sześciu wcześniaków. Wszyscy, którzy wspierają nas przyczynili się do małego cudu, który dla tych dzieci i ich rodzin miał miejsce. To niesamowite, ile dobrego można zdziałać razem.

Jak zostać wolontariuszem

Czy łatwo zostać wolontariuszką? – Przygotowania do wyjazdu wymagają regularności. Wolontariusze muszą chodzić na spotkania Sobót Misyjnych u Sióstr Białych. Takie spotkania pomagają przygotować się duchowo do wyjazdu, ale również poznać kulturę i tradycje, które panują w Afryce. Tu również uczymy się języka, którego przyjdzie używać na Czarnym Lądzie – opowiada Ilona.

Do wyjazdu wolontariusze przygotowują się również uczęszczając na spotkania Fundacji AfricaMed. – Wiele osób było już na Czarnym Lądzie i dzieliło się swoim doświadczeniem z tymi, którzy chcą wyjechać. Żeby dostać zgodę na wyjazd musiałam również przejść przez rozmowy z Siostrą Anafridą, wspaniałą osobą, która chciała mnie poznać, zanim wyraziła zgodę na mój wyjazd. Podczas prywatnych spotkań siostra ocenia znajomość języka angielskiego, suahili oraz gotowość do wyjazdu – wspomina wolontariuszka z Lublina.

Chwile dla siebie

Takich chwil było niewiele. Zazwyczaj po całym dniu wypełnionym obowiązkami, wolontariuszki padały ze zmęczenia.

– Udało nam się po drodze zajechać do Parku Żyraf. Jadąc do szpitala mijałyśmy gromadę małp. Nawet zatrzymaliśmy się, żeby je nakarmić. Ale mnie przerażały. Zobaczyłam ogromne kły i szybko wróciłam do samochodu – śmieje się Ilona. – Widziałam też słonie w ich naturalnym środowisku. Dwa dorosłe i dwa młode.

W wolnych chwilach dziewczyny spacerowały po Chuce chcąc zobaczyć jak najwięcej. – Kenia jest przepiękna. Mnóstwo odcieni zieleni, wszędzie kwitnące rośliny. Co chwilę przebiegające przez drogę jaszczurki, przy każdej drodze pasące się koziołki. Takie widoki to tam codzienność. Dla mnie ta codzienność była niesamowita – uśmiecha się do wspomnień.

Powrót na Czarny Ląd?

– Zobaczyłam cierpienie, niesprawiedliwość i niesamowitą miłość do drugiego człowieka. W tym ośrodku na co dzień mieszka 21 chłopców, a opiekują się nimi 3 kobiety. Nie są to zwykłe kobiety. To chodzące po ziemi anioły. Dla mnie to są osoby święte za życia – podkreśla Ilona.

Wyjeżdżała z Afryki ze łzami w oczach. – W krótkim czasie zdołałam pokochać dzieci ze Small Home, ich opiekunki oraz całą Kenię! Człowiek zaczyna doceniać to, co posiada, jak ogromnym darem jest zdrowie, rodzina i przyjaciele! – wyznaje wolontariuszka.

Ten wyjazd nauczył ją, że zawsze trzeba wierzyć w drugiego człowieka i nieść pomoc w każdy możliwy sposób. – Dobro zawsze wraca z podwójną siłą. Myślę, że to nie koniec moich przygód z Czarnym Lądem – uśmiecha się tajemniczo.

Fot. Archiwum prywatne Ilony Proch

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o