Nagrał dziesiątki przebojów, a jego płyty sprzedają się w milionowych nakładach. Popularny piosenkarz Zenon Martyniuk opowiedział nam o tym, dlaczego lubi występować w Lublinie, o fenomenie muzyki disco polo i o nietypowych prezentach od swoich fanów.

Powraca pan na Feliniadę w Lublinie już po raz dziesiąty?

– Tak, tutaj w Lublinie i w okolicach mamy bardzo wielu fanów. Przychodzą chętnie na koncerty, a nam się wtedy dobrze gra. Czujemy się świetnie, jak tłum śpiewa razem z nami.

Próbował pan lubelskich przysmaków, na przykład cebularza?

– Chyba jeszcze nie! (śmiech) Ale nie pamiętam. Być może! (śmiech)

Co się panu najbardziej podoba w Lublinie?

– Lublin to miasto z historią, macie ładne Stare Miasto. Mamy tu dużo znajomych, przyjaciół. Lubimy tutaj grać, czy to w klubach, czy na imprezach plenerowych.

Na jakim obecnie poziomie jest polska scena disco polo?

– Wydaje mi się, że ma się dobrze. My cały czas koncertujemy, dużo gramy. Cały czas tworzymy nowe piosenki i rozwijamy się. Szukamy nowych rozwiązań. Dzisiaj w Lublinie akurat występujemy inaczej niż do tej pory, bo z całym bandem. Sześć osób na scenie plus siódma, nasz akustyk. Także staramy się, żeby nasi fani posłuchali fajnego brzmienia.

Z czego wynika zapotrzebowanie na muzykę disco polo?

– To jest polska, prosta, fajna muzyka. Dobrze zaaranżowana, z dobrym tekstem. Przede wszystkim z chwytliwymi refrenami – łatwymi, ale nie banalnymi. Takimi, które da się powtórzyć, da się zaśpiewać. „Przez twe oczy zielone”, „Przekorny los”, „Kochana wierzę w miłość”, „Pragnienie miłości” – przez trzydzieści lat, bo w tym roku będziemy obchodzić jubileusz na rynku muzycznym, trochę tych utworów nam się uzbierało. Fani doskonale znają nasze utwory. Czasami pytamy ze sceny, jaką piosenkę chcą usłyszeć i zawsze ktoś nam podpowiada.

Jakieś plany na jubileuszowy rok?

– Już w ubiegłym roku rozpoczęliśmy trasę koncertową po Polsce, która cały czas trwa. 20 lipca gramy w Sopocie z Tomasem Andersem z zespołu Modern Talking. Będziemy też w Kołobrzegu, Międzyzdrojach, Rewalu, Koszalinie, Szczecinie. Na jesieni zagramy na Dolnym Śląsku, w Wałbrzychu. Można powiedzieć, że koncertujemy od Sopotu po Jasło. Od Białego Stoku po Gorzów Wielkopolski.

Do popularyzacji disco polo przyczyniła się włoska muzyka?

– W pewnym sensie tak. Sam wychowałem się na piosenkach z lat 80. ubiegłego wieku, bo jako dziesięciolatek oglądałem festiwale: w Sopocie, Opolu. Występowały gwiazdy: zespół Boney M., Modern Talking, Bad Boys Blue i wiele, wiele polskich gwiazd. Kiedyś, na samym początku graliśmy covery. Najczęściej były to utwory Oddziału Zamkniętego, zespołu Perfect, Lady Pank. Potem postawiliśmy na nasze utwory: taneczne, melodyjne, wpadające w ucho.

Początki by ciężkie?

– Było ciężko, bo wtedy nie mieliśmy sprzętu. W dalszym ciągu to dopracowujemy. Staramy się, żeby aranżacja była ciekawa, z fajnym beatem. No i jakoś to nam wychodzi. Skoro fanom się podoba, to nam też. (śmiech)

Zawsze miał pan bardziej sentymentalną, niż buntowniczą duszę?

– Na samym początku graliśmy covery różnych zespołów. To był bardzo zróżnicowany repertuar, dlatego w moich piosenkach słychać różne dźwięki. Od mocniejszego uderzenia, trochę rockowego, trochę ballad rockowych po cygańskie melodie, bo kiedyś grałem z prawdziwym Romem. Wszystko co powstaje, jest takie akcentowe! (śmiech) Każdy zespół ma swoje charakterystyczne brzmienie i to dobrze, kiedy słuchacz jest w stanie je rozpoznać po kilku pierwszych taktach. Do tego właśnie dążymy, żeby nasza muzyka była inna, żeby odróżniała się od innych i mam nadzieję, że nam to wychodzi.

Dostał pan kiedyś koronę jako król disco polo. To miłe? Często zdarzają się takie prezenty?

– Tak, bardzo miłe! (śmiech) Kiedyś taki mój kolega dziennikarz z Białegostoku zaczął puszczać moje piosenki w radio. Pamiętam, że bardzo podobała mu się piosenka „Laura” i „Dajcie mi gitarę” i nazwał mnie takim podlaskim królem. Król Podlasia, król disco polo. Od tego się zaczęło. Tych koron już kilka mi się uzbierało. To bardzo miłe. Ogromnie się cieszę, że fani mnie tak nazywają. (śmiech) Chociaż nie uważam się za króla, a jedynie za osobę, która coś w tej muzyce osiągnęła, która nagrała dziesiątki, a może nawet i setki płyt. Na początku jeszcze kaset.

Życie to są chwile, chwile”. Jak wspominać te dobre?

– „Życie to są chwile. Tak ulotne jak motyle…”. My raczej mamy bardzo miłe chwile. Może kilka gorszych w tej całej trzydziestoletniej karierze, by się znalazło, ale ogólnie to są bardzo miłe chwile!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o