„Freddie Mercury i Michael Jackson to artyści, którzy odcisnęli wielkie piętno na mojej przeszłości i wychowaniu muzycznym” – mówi Aleksander Milwiw-Baron, bardziej znany jako Baron, który na co dzień gra w zespole Afromental. Jest gitarzystą, saksofonistą, kompozytorem, producentem muzycznym i multiinstrumentalistą. Widzom telewizyjnej Dwójki znany jest również z roli jurora w programie „The Voice of Poland”, w którym brał udział w kilku edycjach. O muzyce filmowej, światowej sławy artystach i lubelskiej publiczności rozmawialiśmy z Baronem podczas koncertu „Tribute to…” w Lublinie.

Tribute to… to wielkie wydarzenie. Jak się przygotowywaliście?

– Prace nad koncertem rozpoczęły się od razu po rozesłaniu maila z informacją, kto gra i co gra. Dalej trzeba było sobie przygotować te rzeczy w domu. Nauczyć się tekstów, akordów. Potem spotkaliśmy się na próbach z orkiestrą. Co było niewątpliwie fajnym wydarzeniem, prawie sto osób na scenie. Zrobiliśmy parę prób i wyszliśmy na scenę. Na początku w Spodku. To był nasz premierowy występ w Katowicach, drugi koncert był na Torwarze w Warszawie. Zagraliśmy już w Toruniu, w Warszawie, Poznaniu, no i dzisiaj w Lublinie. Przed nami Wrocław – finałowy koncert w tym sezonie.

Jak mógłbyś podsumować koncert w Lublinie?

– Chciałbym go podsumować moim ulubionym hasłem: Niczego nie pamiętam ale nigdy tego nie zapomnę, ale nie mogę, bo jestem absolutnie trzeźwy! (śmiech) Bardzo fajny koncert, bardzo przyjemna sala, ludzie aktywni, co jest fajne! Najgorzej jest jak artysta mówi wstańcie z krzeseł, a nikt nie wstaje. Natomiast publiczność lubelska od razu reagowała żywiołowo. Najważniejsza jest energia. Czuliśmy energię i mam nadzieję, że my też ją przekazaliśmy.

Zebrać tylu artystów razem, na jednej scenie to ogromne przedsięwzięcie.

– Wielkie przedsięwzięcie! Ja tylko się cieszyć mogę, że ktoś mnie do tego przedsięwzięcia zaprosił. Zawsze mówię, że scena to teatr. Trochę się tu czułem jak na wielkim spektaklu albo na musicalu, który nie ma scenariusza, ale ma te wszystkie piosenki, które każdy zna i kocha. Fajnie jest to wykonać i wystąpić u boku takich znakomitych artystów!

Utwór, który zagrałeś na gitarze tak naprawdę udowodnił, że to muzyka jest wielką siłą, a nie śpiewany tekst.

– Oooo, to bardzo ładne co mówisz! No bardzo mi miło, jeśli do takich doszłaś wniosków. Tak, wykonałem Human Nature mojego absolutnego króla muzycznego i wręcz idola człowieczeństwa i dobrego serca – Michaela Jacksona. Jak zobaczyłem, że mogę zagrać Human Nature w wersji Johna Mayer’a, którego też absolutnie szanuję, kocham i cenię no to powiedziałem: wooow! I need to do that. Także tutaj jestem.

A masz swój muzyczny autorytet?

– Z tych, których dzisiaj wspominaliśmy na scenie muzycznie absolutnie mam. Tak naprawdę wszystkich szanuję bardzo. Natomiast najwięcej miejsca w moim sercu zajmuje Michael Jackson, na którym się wychowałem. Każdą płytę znam na pamięć! I jest mi absolutnie bliski. Natomiast dwa dni temu byłem na filmie „Bohemian Rhapsody” w doborowym towarzystwie i powiem Ci, że jeszcze bardziej szanuję Freddiego Mercurego. Przepiękny film, który polecam wszystkim słuchaczom. Idźcie na „Bohemian Rhapsody” o zespole Queen, o Freddiem Mercurym, bo jest pokazany w bardzo zwyczajny i niezwyczajny sposób naraz. To człowiek, który zmaga się z codziennością. Ikona za życia i przede wszystkim świetny kawał dobrej muzyki w tym filmie jest. Także Freddie Mercury zajmuje u mnie drugie miejsce po Michaelu Jacksonie.

Wiele osób, niezależnie od pokolenia, też się wychowywało i nadal wychowuje na takiej muzyce.

– No tak! To moje pokolenie. Dzisiaj nawet z Tomsonem słuchaliśmy niewydanych wspólnych nagrań Freddiego Mercurego z Michaelem Jacksonem. Utwór „State of Schock”, który w końcu zaśpiewał Mick Jagger. I jeszcze mają parę innych utworów, których nikt jeszcze nigdy nie słyszał, oprócz tego co można było usłyszeć w przeciekach internetowych. No może taka miała być ich droga? Natomiast każdy, na pewno, odcisnął wielkie piętno, wielki znak na mojej przeszłości i wychowaniu muzycznym.

Te utwory, jakie wykonujecie podczas trasy „Tribute to…” usłyszymy również w wielu filmach. Co wzrusza w muzyce filmowej najbardziej?

– W muzyce filmowej najbardziej wzrusza mnie Hans Zimmer, czyli moja kolejna przygoda z muzyką orkiestrową. Miałem wielki zaszczyt dwa lata z rzędu występować z nim podczas jego trasy koncertowej, na koncertach w Polsce. I być częścią jego zespołu, jako jedyny Polak, więc też to było dla mnie takie patriotycznie wielkie wydarzenie. No i odpowiadając na Twoje pytanie, uważam, że ten człowiek doskonale wie, w jakie nuty zagrać i jaką atmosferę zbudować, i za jakie sznurki pociągnąć, żeby sprawić w sekundę, że się zaśmiejesz albo zapłaczesz. A na tym polegają emocje w filmie.

Czy jest jakieś miejsce ze świata filmowego, w którym chciałbyś zagrać koncert?

– Ale fajne pytanie! Wooow! Ale mogę powiedzieć, że na statku piratów z „Piratów z Karaibów”? (śmiech) Hmmm…. Ciekawe bardzo! No ja to jestem fanem wszystkiego, co się znajduje poza Ziemią i całej astronomii, więc może wybrałbym jakąś fajną scenę z „Gwiezdnych Wojen”, żeby Afromental mógł zagrać i pokazać, co ludzie potrafią w innej galaktyce!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o