Strażnicy miejscy na ogół nie budzą sympatii mieszkańców Lublina. Ale to oni dbają o porządek na lubelskich ulicach. Kiedy śnieg przykryje lubelskie ulice, to oni kontrolują, czy właściciele odśnieżyli chodniki. Dbają o bezpieczeństwo bezdomnych. To oni pomogą nam, kiedy ktoś zastawi naszą bramę wjazdową lub gdy sąsiad pali w piecu śmieciami. Podpatrzyliśmy, jak wygląda typowy dzień strażnika miejskiego w Lublinie.

Zaczynamy patrol z lubelską Strażą Miejską o godzinie 9. Po chwili mamy pierwszą interwencję. Błękitna skoda stoi na zakazie przy jednej z osiedlowych uliczek. – W przypadku takich uliczek musimy dokładnie sprawdzać czy są one własnością miasta, czy w ogóle możemy tu interweniować – wyjaśnia Krzysztof Sawa, jeden ze strażników z naszego patrolu. – Kierowca jak wróci do auta, to zobaczy za wycieraczką informację o złamaniu przepisów i prośbę o zgłoszenie się do siedziby straży miejskiej.

Informacja nie oznacza od razu mandatu. – Kierowca musi zgłosić się do nas i wyjaśnić, dlaczego tak postąpił. Może się skończyć jedynie na pouczeniu – podkreśla Krzysztof.

– Trzeba pamiętać, że kwoty mandatów mamy też określone widełkami, które ustalamy właśnie po rozmowie z kierowcą – dodaje jego kolega Łukasz Dzido. Kończymy pierwszą interwencję.

Foto informacja

Spokoju raczej dziś nie zaznamy. Wsiadamy do auta i od razu mamy kolejne zgłoszenie. Jedziemy do samochodu z założoną wieczór wcześniej blokadą. Biały mercedes z charakterystyczną podkową na grillu był spoza Lublina.

– Kierowca zaparkował w strefie zamieszkania, w której można zostawić samochód tylko w wyznaczonych miejscach, znaki zakazu nie są tu wymagane – mówi Krzysztof.

Kierowca ma szczęście. Otrzymuje tylko pouczenie. Zdjęcie blokady zajęło strażnikom 20 sekund, a kierowca na nasz przyjazd czekał 15 minut.

Obalamy mity!

Za zdjęcie blokady kierowca nie ponosi żadnych kosztów. – Blokada to nasze narzędzie pracy. Kierowca, którego samochód będzie miał taką blokadę, płaci tylko mandat za popełnione wykroczenie – wyjaśniają strażnicy.

– Zdarza się, że samochód z blokadą stoi tydzień, albo i dłużej, wtedy dochodzą również koszty związane z dalszym postępowaniem – dodaje Łukasz.

Kolejnym naszym zadaniem jest skontrolowanie terenu przy jednej ze szkół podstawowych.

– Zazwyczaj dyrekcja szkoły pisze do nas taki list, w którym prosi o regularne przyjazdy i sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku – mówi strażnik. – Najczęściej jest to podyktowane zgłoszeniem problemów stwarzanych przez dzieci lub mieszkańców, którzy nie umieją się odpowiednio zachować.

Walka ze śniegiem

W dzień, który spędzamy ze strażnikami, od samego rana kierowcy w Lublinie zmagają się z obfitymi opadami śniegu. To do straży miejskiej kierujemy zgłoszenia o nieodśnieżonych chodnikach, przystankach i ulicach. Strażnicy Krzysztof i Łukasz podczas patrolowania południowej części miasta informują centralę, z którymi ulicami jest problem. Były to m. in. ulice Muzyczna, Smoluchowskiego i Inżynierska.

Jedziemy sprawdzić miejsce, w którym często można spotkać bezdomnych. – Mamy stałe miejsca, w których przebywają i te kontrolujemy w pierwszej kolejności. Możemy tylko sprawdzić, czy takie osoby tu są, czy żyją. Zachęcamy je do przeniesienia się do noclegowni. Często są to osoby z problemami alkoholowymi. Mają oni wolną wolę i my nie możemy ich do niczego zmusić – wyjaśnia Łukasz.

Na miejscu spotykamy pana Stanisława. Mieszka w metalowej budce, w której śpi z całym swoim dobytkiem. Po spotkaniu z nami postanawia udać się na ciepły posiłek na ul. Zieloną.

Jak zostać strażnikiem

Łukasz zaczął pracować w Straży Miejskiej w 2017 roku. – Akurat wtedy ogłosili nabór. Pomyślałem, że nic nie szkodzi spróbować. Przeszedłem test sprawnościowy, test wiedzy i rozmowę kwalifikacyjną – wyjaśnia.

Dla Krzyśka ważna była misja. Chciał utrzymywać w mieście porządek. – Złożyłem też dokumenty do policji, jednak z powodów rodzinnych nie mogłem pozwolić sobie wtedy na wyjazd na półroczną szkołę, więc szybko musiałem się wycofać – wyjaśnia strażnik. – Ale to jest właśnie to, co chciałem robić, pracować z ludźmi, pilnować porządku, mieć na wszystko oko, pomagać – dodaje.

Pierwszy mandat

Podczas naszego patrolu nie obyło się jednak bez mandatu. Jedziemy i widzimy czarne auto na przejściu dla pieszych. Wprawdzie pogoda uniemożliwia zobaczenie na jezdni białych pasów.

– Kierowców obowiązują jednak również znaki pionowe – podkreśla Krzysztof.

Kiedy panowie wypisują tzw. informację, podbiega do nas kobieta. – Panowie, ja już odjeżdżam, na chwilkę stanęłam – krzyczy z daleka. Niestety, tym razem bez mandatu się nie obyło. Strażnicy okazali jednak wyrozumiałość dając najniższy z możliwych wymiar kary – 100 zł.

Dowiadujemy się, że najwięcej mandatów strażnicy rozdają przy szpitalach. – Miejsc do parkowania jest tam mało, a chętnych ciągle przybywa. Ludzie na potęgę zgłaszają tam nieprawidłowe parkowanie, a my nie możemy nie reagować – mówi Krzysiek. – Często słyszymy, że nie mamy co robić tylko mandaty dawać, a my sobie pracy nie szukamy, dostarczają nam ją sami mieszkańcy – dodaje.

Potrzebna blokada

Godzina 11. Jedziemy na kolejne zgłoszenie. Auto stoi w miejscu zakazu. W takiej sytuacji konieczne będzie użycie blokady. Kierowca nagle pojawia się przy samochodzie. Po rozmowie ze strażnikiem, ma szczęście i otrzymuje jedynie pouczenie.

– Staramy się pouczać, edukować mieszkańców. Na ogół dajemy tyle samo pouczeń, co mandatów. Niestety, często kierowcy nic sobie nie robią z naszych rad, a wtedy mogą być pewni, ze przy kolejnym wykroczeniu otrzymają od nas mandat – mówi strażnik.

Eko straż

Do głównych zadań strażników należy też sprawdzanie, czym mieszkańcy palą w piecach. Jeżeli ktoś zgłosi ciemny dym muszą oni wszystko dokładnie sprawdzić.

– Niewielki dym, palone węglem, byliśmy tu już wielokrotnie – słychać przez radio.

– Zgłoś, że to konflikt sąsiadów – słyszmy informację innego patrolu.

Często tak bywa, że sąsiedzi na siebie donoszą. – Żyją jak Kargul z Pawlakiem, często jednak zarzuty okazują się być nieprawdziwe – wyjaśnia Krzysiek. – Sprawdzamy wtedy, co taka osoba ma obecnie w piecu. Jeżeli coś znajdziemy, mamy podstawę do wystawienia mandatu. W przypadku, gdy nie zostaniemy wpuszczeni do domu, wracamy z ochroną środowiska – dodaje.

132 do bazy. Jesteście wolni?”

Kolejne zgłoszenie otrzymujemy chwilę po godz. 12. – Pomożecie odpalić samochód na Wojciechowskiej?

Jedziemy. W zimie w przypadku problemów z akumulatorem, strażnicy miejscy chętnie udzielają pomocy. Kiedy docieramy na miejsce, patrol pomaga odpalić czarnego peugeota.

Kiedy wychodzę z samochodu nagrać „akcję ratunkową”, syn krzyczy do ojca, który wezwał po pomoc strażników: – Tato, uśmiechnij się! Będziesz w telewizji.

Wywołało to uśmiech nie tylko na naszych twarzach. Takie reakcje było widać też u przechodniów. Akcja zakończona sukcesem. „Peugeocik” odpalony.

Strażnik jak strażak

– Ostatnio inny patrol miał w nocy zgłoszenie. Kot wskoczył na drzewo, nie mógł zejść i głośno miauczał – opowiada Krzysiek. – W tej pracy trzeba być kreatywnym. Zamiast użyć drabiny wykorzystali dalmierz. To takie urządzenie z czerwoną diodą, którego używamy do mierzenia odległości. Chłopaki postanowili pomachać czerwonym laserem zachęcając kota do zejścia. Zwierzakowi również się to bardzo spodobało – śmieje się.

Zwierzętami w mieście najczęściej zajmuje się Eko Patrol. Jednak, gdy oni są zajęci, do akcji wkracza patrol straży miejskiej.

– Ostatnio byłem przy wypadku, w którym ucierpiał łoś. Ważył około 600 kg. Tego samego dnia uczestniczyłem też w interwencji, w której ktoś potrącił borsuka – wspomina Łukasz. – Nie jest to łatwe zadanie, żeby usunąć tak duże zwierze z drogi. Często potrzebujemy znacznie większego samochodu i podnośnika – dodaje.

Niezależnie od tego, czy zwierzę jest żywe czy martwe, strażnicy przewożą je do lecznicy na badania. – Gdy jest ciepło często zdarza nam się wozić ptaki do lecznicy. Kiedy na przykład coś sobie uszkodzą, wypadną z gniazda – mówi Krzysiek.

Po co nam straż

Mój czterogodzinny patrol ze strażnikami okazał się owocny: sprawdzone 4 miejsca z bezdomnymi, 1 mandat, 2 pouczenia, 1 odpalone auto i 1 zdjęta blokada.

– Nasi dyżurni to mogliby dużo opowiedzieć – kiwa głową Krzysiek.

Poza głoszeniami o zakłóceniu ciszy, które straż miejska dostaje spoza granic miasta, pojawiają się też prośby o pomoc w wypełnieniu różnych wniosków.

– Była też pani, która zadzwoniła z prośbą o znalezienie ojca szczeniaków jej suczki – dodaje ze śmiechem strażnik.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o