Magdalena Marek to polska działaczka, polityk, a niegdyś studentka UMCS uwielbiająca imprezy studenckie i dalekie podróże. Debiutowała jako radna Lublina. Z posłanką rozmawialiśmy o kobiecej rywalizacji z Joanną Muchą, religii, podróżach i czasach studenckich.

Jak zaczęła się Pani przygoda z polityką? Weszła w nią Pani w bardzo młodym wieku?

– To prawda. Być może trudno w to uwierzyć, ale mam już ponad 12-letnie doświadczenie w życiu publicznym, a nadal jestem młodą osobą. To duży kapitał, zwłaszcza, że powierzony przez wyborców. Debiutowałam jako 23-latka, zostając radną Lublina, chociaż startowałam z odległej, 10. pozycji. Udało mi się pokonać doświadczonych samorządowców i działaczy środowiskowych. Niewielu polityków dawało mi szansę zwycięstwa, a jednak wyborcy mi zaufali. Rok później dzięki mieszkańcom Lublina i regionu zostałam parlamentarzystką i znów sytuacja się powtórzyła – odległa pozycja na liście i zaskakujący dla polityków wynik.

Młoda dziewczyna w Radzie Miasta, a następnie w Sejmie. Jak Pani to zrobiła?

– O tym zawsze decydują wyborcy, ja starałam się udowodnić, że warto na mnie postawić. Myślę, że na tym polu nie zawiodłam, o czym świadczą zarówno kolejne wyborcze werdykty, jak i liczne wyróżnienia, w tym tygodnika „Polityka” za najbardziej obiecujący debiut. Sądzę, że wynik wyborczy zależy od pracy i otwartości wobec ludzi. Od urodzenia mieszkam w Lublinie, zawsze byłam blisko ludzkich spraw, a funkcjonowanie w sferze publicznej pomogło mi uczynić działania jeszcze bardziej skutecznymi. Lublinianie to docenili.

Do niedawna nosiła Pani nazwisko Gąsior-Marek. Dzisiaj już tylko Marek. Z czego wynika ta zmiana?

– Powód jest prozaiczny, ale dla mnie osobiście bardzo ważny. Po 10 latach małżeństwa postanowiliśmy wraz z moim ukochanym mężem odnowić przysięgę ślubną. Choć nigdy nie afiszowaliśmy się z tym, jesteśmy ludźmi bardzo wierzącymi, stąd nasz wybór padł na Ziemię Świętą, a konkretnie Kanę Galilejską, czyli symboliczne miejsce cudu. Była to zatem nasza wspólna, przemyślana decyzja, która jeszcze bardziej umocniła nasz związek, wzajemny szacunek, a przede wszystkim miłość. Poza tym to przecież zupełnie normalne, bo miliony kobiet decydują się przyjąć nazwisko męża, a panieńskie zachować w sercu i pamięci.

Wiąże się z Panią pewna historia. Po tym jak wręczyła Pani kwiaty ministrowi Grabarczykowi otrzymała Pani pierwszy numer na liście wyborczej. Jak to było?

– Pierwszy numer na liście otrzymałam ze względu na aktywność i zaangażowanie w życie publiczne. A co do kwiatów, w mojej ocenie to był sympatyczny gest wobec kolegi, bo przecież mężczyźni także lubią je dostawać. Zaskoczona jestem, że wręczenie kwiatów spotkało się z tak dużym zainteresowaniem. Tym bardziej, że była to pewna tradycja i już wcześniej wręczane były kwiaty ministrom w podobnych sytuacjach. Ale jeśli w związku z tym ktoś zapamiętał mnie jako osobę z bukietem, to traktuję to z przymrużeniem oka. Każdy poseł ma swój znak rozpoznawczy, ja mam ich wiele, a kwiaty raczej dobrze się ludziom kojarzą. Przekonałam się o tym podczas ostatniej kampanii wyborczej, kiedy rozdawałam mieszkańcom małe bukieciki. Spotykałam się z przychylnym przyjęciem. Ludzie doceniali, że mam do siebie dystans.

Nie zyskała Pani jednak tym gestem przychylności posłanki Joanny Muchy. Rywalizowałyście ze sobą?

– Ja tego tak nie odbieram i jestem pewna, że Joanna również. W każdym zespole musi być element zdrowej rywalizacji. Ważne, by stanowić silny zespół, który zwycięża. Przed nami kolejne wybory, do których przystąpimy w szerokiej koalicji. Na liście znajdą się kandydaci oraz kandydatki reprezentujący różne środowiska, a naszym celem jest przekonanie Polaków, że zasłużyliśmy na kredyt zaufania. Elementy rywalizacji są niezbędne.

Możemy określić Joannę Muchę jako taką trochę „artystkę” polityczną?

– Nie spotkałam się z takim określeniem, ale Joanna posiada rzeczywiście talenty artystyczne. Potrafi zagrać w przedstawieniu, wcielić się w rolę aktorską i zaśpiewać. Ja takich talentów nie posiadam. A czasami rzeczywiście mogłyby się przydać.

Co mogłaby Pani powiedzieć o projekcie pod nazwą: sprawa Polek?

– To projekt, w który współtworzę i w który jestem zaangażowana. Wraz z koleżankami parlamentarzystkami cyklicznie spotykamy się z Polkami w różnych zakątkach kraju, dyskutując o kluczowych problemach i starając się znaleźć najlepsze rozwiązania. Równość, świadomość oraz zdrowie to główne tematy spotkań. Warto być blisko kobiet. Na spotkaniach rozmawiamy o tym, czy urlopy rodzicielskie powinny być wydłużone, jak pomóc kobietom pogodzić wychowanie dzieci z karierą zawodową, jak usunąć dyskryminację płciową czy jak skutecznie wdrażać konwencję antyprzemocową.

Kobiety walczą teraz o swoje prawa? Ogranicza je strach czy raczej są otwarte?

– Świadomość kobiet i ich rola w życiu zawodowym zwiększa się z każdym rokiem, jednak w dalszym ciągu w codziennym życiu stykamy się z licznymi barierami i obszarami wykluczeń. Moją misją jest przełamywanie istniejących stereotypów. Nie brakuje przecież przykładów na to, że kobiety mogą osiągnąć wszystko do czego dążą, pod warunkiem że konsekwentnie to realizują i są otwarte na nowe wyzwania. Przełamanie bariery strachu jest na tym polu często kluczem do sukcesu.

Jak wspomina Pani swoją podroż do Jerozolimy?

– To niezapomniane przeżycie, które na stałe pozostanie w sercu i pamięci. Cudowny rejs po jeziorze Galilejskim, Ściana Płaczu, Góra Synaj czy Morze Martwe – te wspomnienia żyją w nas na co dzień. Tak naprawdę nie mieliśmy z małżonkiem prawdziwej podróży poślubnej, gdyż 10 lat temu po prostu nie było nas na to stać. Zdecydowaliśmy się zatem na jedną z najważniejszych podróży naszego życia, co dzięki lotnisku w Świdniku i bezpośredniemu połączeniu z Izraelem stało się łatwiejsze.

Co jeszcze chciałaby Pani zwiedzić?

– Wiele obowiązków w najbliższym czasie pewnie nie pozwoli mi na tak dalekie podróże, chociaż znalazłoby się kilka miejsc, które chciałabym zobaczyć. Jestem jednak zdania, że Polska, a także Lubelszczyzna, mają do zaoferowania mnóstwo nieodkrytych zakątków. Myślę, że ich poznawanie na własną rękę może być niezapomnianą przygodą.

Studiowała Pani na UMCS. Lubiła Pani chodzić na studenckie imprezy, na przykład Kozienalia?

– Oczywiście, że tak. Do dzisiaj wspominam ten czas bardzo ciepło. Szczególnie domówki i zorganizowane wyjazdy w gronie znajomych. To dzięki nim powstały najdłuższe i najtrwalsze przyjaźnie w moim życiu. Chętnie wspominam tamten okres. Angażowałam się w wiele przedsięwzięć. Założyłam Studencki Klub Dyskusyjny, działałam w Akademickim Kole Naukowym Ekonomistów, organizowałam targi banków na uczelni.

Pamięta Pani jakieś anegdoty związane ze studiami?

– Jako studentce studiów ekonomicznych UMCS przypadły mi w udziale dwa egzaminy i jedno zaliczenie z Krzysztofem Żukiem, obecnym prezydentem Lublina, a wówczas pracownikiem naukowym największej lubelskiej uczelni. Los chciał, że po kilku latach role się odwróciły i jako osoba aktywna w życiu publicznym, posłanka, działaczka Platformy Obywatelskiej, rekomendowałam Krzysztofa Żuka w strukturach partii w 2010 roku. To pokazuje jak nieprzewidywalna potrafi być nie tylko polityka, ale całe nasze życie zawodowe.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o