O ileż piękniejsza i zdrowsza byłaby nasza planeta, gdyby z całej jej powierzchni zniknęły setki ton plastikowych butelek, reklamówek-jednorazówek, puszek i całej masy innych odpadów. Niewykonalne? Nic bardziej mylnego – od indywidualnych wyborów zależy czy śmieci pozostaną pod naszą kontrolą czy wymkną się spod niej niepostrzeżenie. Tego uczy zero waste.

O zero waste usłyszałam po raz pierwszy jakieś dwa, trzy lata temu. I od razu poczułam, że założenia tej pozornie nowoczesnej ideologii to wypisz wymaluj moje podejście do życia. Miłość do natury, dbanie o jej zasoby, czystość i uporządkowanie otoczenia, a przede wszystkim unikanie śmieci – te i wiele innych pobudek od najmłodszych lat kształtowało moją konsumencką świadomość. A jednak wcześniej nawet nie przeszło mi przez myśl, że bez śmieci można obejść się całkowicie, inwestując tylko nieco czasu we wdrażanie nowych, nazwijmy je „logistycznych rozwiązań”.

Jaśnie oświecona filozofia zero waste

Myli się ten, kto uważa, że zero waste (z angielskiego „zero marnowania”, „zero śmieci”) to „kolejny propagandowy pomysł ekoterrorystów”. Zero waste to cały rozbudowany i bardzo uporządkowany styl życia, którego głównym celem jest jak najmniejsze generowanie odpadów, unikanie produktów niepoddających się recyklingowi bądź bezpiecznej dla środowiska utylizacji, wreszcie minimalizm we wszystkich sferach życia. Umówmy się – do niezbędnych nie należy trzeci zestaw sztućców, sięgająca sufitu sterta plastikowych lunchboxów czy zapas dziesięciu drogeryjnych toników, jeśli jesteśmy w stanie zrobić jeden własny na bazie naturalnych i sprawdzonych produktów.

Symbolem zero waste stały się wykorzystywane wielokrotnie woreczki i reklamówki, nawet te najcieńsze i najbardziej podatne na szybkie zniszczenie oraz torby wykonane z trwałych, recyklingowalnych materiałów, które w razie awarii uda się zszyć i uprać. Filozofia zero waste opiera się na 5 filarach zwanych eRek: refuse (odmawiaj), reduce (ograniczaj), reuse (używaj ponownie), recycle (segreguj i przetwarzaj) i rot (kompostuj).

Przestrzeganie zasad nie należy do najłatwiejszych, szczególnie w Polsce, gdzie rządzi niezwykle odporna na wszelkie działania i zaklęcia magia plastiku. Ale nie niewykonalne, o czym przekonałam samą siebie i wielu opornych na argumenty przeciwników rzeczywiście dobrej zmiany.

Resztki do ponownego użycia

Na wątek zero waste trafiłam przypadkiem. Postanowiłam przekonać się czy ze skórki marchewki i pietruszki można przyrządzić jakieś (może nie nazbyt wykwintne) danie. Trudno jest opisać moje zdziwienie, kiedy po wpisaniu frazy w wyszukiwarce internetowej okazało się, że dobrze wyszorowane obierki mogą posłużyć za bazę bulionu, zwykle wyrzucana nać marchewki przyda się do domowego pesto, a skórka z ogórka nawodni zmęczoną skórę i zmniejszy worki pod oczami. Jedynym (ale jakże pożądanym przeze mnie!) skutkiem ubocznym był… brak odpadów, które poza kompostem nie rozłożą się tak idealnie, jakby się mogło wydawać.

W świadomości Polaków zakorzeniło się przekonanie, że kuchenne resztki rozłożą się gdziekolwiek. Stąd masa ogryzków pod parkowymi ławkami, krwistoczerwone buraczki wysypane pod krzaczkiem i zżute orbitki, które raz po raz przyklejają się do podeszew butów i tak wędrują po świecie. Owszem, po dłuższym czasie niezjedzone przez zwierzęta resztki ulegną rozkładowi, ale nie nastąpi to tak szybko, jak w kompostowniku, który możemy umiejscowić nawet na balkonie. Jednak najlepszym sposobem na uniknięcie kuchennych odpadów jest wykorzystywanie możliwie całych roślin w procesie gotowania. Przepisów na osobliwe dania nie brakuje. A jeśli w Twojej lodówce zalegają produkty, których data ważności nie została przekroczona, a wiesz, że już ich nie zjesz – podziel się z tymi, których nie stać na jedzenie. W końcu jedno z przykazań zero waste brzmi NIE MARNOWAĆ!

Bawełna kontra plastik

Jeszcze kilkanaście lat temu kosze na śmieci wykładane były gazetami, mleko sprzedawano w zwrotnych, szklanych butelkach, a zakupy nosiło się w wiklinowych koszykach albo niezniszczalnych bawełnianych torbach. Dziś wszechobecny plastik wprowadza swoją kontrolę i ludzie, niczym zaprogramowani, pakują w jednorazowe woreczki niemal wszystko – od kiści bananów po hermetycznie zamknięte kubeczki jogurtów, tylko po to, by po powrocie do domu zbędne folie wyrzucić do kosza.

Fot. Ewelina Krzykała

Mnie też zdarza się zapomnieć o zabraniu bawełnianej torby. W takich sytuacjach w te pędy biegnę po puste pudełko, których pełno na sklepowych półkach, wypycham zakupami kieszenie, a jeszcze częściej torebkę. Nie noszę Louis Vuitton ani Furli, ale nawet gdybym była dumną posiadaczką ich modeli, z pewnością w chwili kryzysu bez wahania zapełniłabym je pomidorami, jabłkami, a nawet puszką fasolki. Choć wiem, że niektórzy uznaliby to za świadomą profanację.

Naczelną zasadą robienia zakupów zgodnie z duchem zero waste jest pakowanie we własne pojemniki. To, co możemy wziąć luzem, lepiej wrzucić do jednej torby bez owijania w dodatkowe folie. A to, co wymaga zabezpieczenia (jak kiszone ogórki), albo gabaryty zmuszają do zapakowania (pieczarki, groch, kukurydza), pakujmy w swoje prywatne pojemniki, które zostaną przez sprzedawcę wytarowane. W supermarketach coraz częściej natkniemy się na stoiska z produktami, które możemy zważyć w domowych opakowaniach. Na targowiskach czy w dobrych, starych warzywniakach nie będzie z tym najmniejszego problemu. Niezwykle praktycznym akcesorium shoppingowym jest wytłaczanka na jajka, która wytrzyma kilkanaście wypraw po składniki na aromatyczną jajecznicę. A jeśli uważasz, że jej nie potrzebujesz – odnieś do osiedlowego zieleniaka. Właściciel zrobi z niej użytek.

Wiem, co jem i z czego jest mój krem

Świetnym sposobem na unikanie śmieci i resztek jest szeroko pojęta twórczość własna, rozumiana jako przygotowywanie wszystkiego w domu. Rzecz jasna z produktów „dozwolonych”. Hummus, pasty kanapkowe, dżemy, kiszonki, pieczywo, podobnie jak setki tysięcy innych produktów zapakowane są w często jednorazowe, plastikowe opakowania. Śledzik na raz? W plastiku. Sałatka mamusi? W plastikowym wiadereczku. Mini dżemik na dwie kanapeczki? Wyliczanka jak Wisła – długa i szeroka, końca nie widać.

Widać za to piętrzące się plastikowe odpady. Niekiedy możesz dokonać lepszego wyboru – plastik albo szkło, ewentualnie papierowa torebka. Jeśli jednak lubisz wyzwania, jesteś mistrzem kuchni albo zwyczajnie zależy Ci na ograniczeniu produkcji odpadów, gotuj sam, wykorzystując produkty niepakowane w folie. Z całą pewnością własne chipsy jarmużowe będą smaczniejsze niż te reklamowane w telewizji.

To samo tyczy się kosmetyków i detergentów do sprzątania. Może zamiast hektolitrów trującego dla środowiska (ale też dla ludzi!) środka do dezynfekcji toalet, zrobisz swój własny na bazie octu, sody oczyszczonej i odkażających olejków eterycznych? Wystarczy na dłużej, a jego przygotowanie potrwa całe 3 minuty. W domowym zaciszu jesteś w stanie wykonać wszystko: antyperspirant na oleju kokosowym, krem z zielonej herbaty, mydło w płynie o dowolnym zapachu. Poza tym gdyby popularne preparaty rzeczywiście działały jak zapewnia producent, nie musiałbyś biegać ze ściereczką po domu kilka razy w tygodniu…

Stare, ale jare!

Co pewien czas do łask wracają ledwo zapomniane spodnie dzwony, dżinsowe mini, a nawet meble z zamierzchłych czasów. Przemyśl, czy stary kawowy stolik, którego od dawna chcesz się pozbyć, jest ostatecznie spisany na straty, czy gdybyś poświęcił mu dzień-dwa, nie zyska zupełnie nowego blasku? W sklepach i marketach coraz częściej dostępne są preparaty do renowacji mebli, które nie mają negatywnego wpływu na środowisko. A przy tym wcale nie kosztują majątku. A kiedy już uda się stworzyć coś pięknego… Radość i duma z własnego poświęcenia i zapalczywości – bezcenne.

My, kobiety, uwielbiamy nowe fatałaszki, śledzimy dokonania projektantów, wykupujemy nowości, żeby olśnić na przyjęciu, zostawiając puste (i niestety plastikowe) butikowe wieszaki. A kiedy coś nam się znudzi, chcemy się tego jak najszybciej pozbyć. I na to są sposoby. Po pierwsze niechciane rzeczy możesz oddać bliskim – siostrze, mamie, koleżance, sąsiadce. Bardzo dobrym i szlachetnym pomysłem jest zawiezienie zbędnych ubrań do domu dziecka, domu samotnej matki, schroniska dla bezdomnych. Po drugie można spróbować je sprzedać za symboliczne kwoty. Na zadbane, niezniszczone rzeczy zawsze znajdą się amatorki. Trzecią opcją jest oddanie ich do recyklingu w wybranych sklepach odzieżowych i bieliźniarskich. Dzięki temu dostaniemy zniżkę na nowe zakupy, a zebrane przez butik ubrania trafią do ponownego przetworzenia. Wilk syty i owca cała. Dla miłośników robótek ręcznych pozostaje opcja czwarta – wykorzystanie wzorzystej bluzki do stworzenia obrazu, ciepłej bluzy na posłanie dla kota lub psa, włóczki ze sprutego swetra na zimową czapkę.

Po pierwsze recykling!

Na koniec rada dla wszystkich, zarówno tych, którzy unikają śmieci, jak i tych, którzy nie potrafią sobie odmówić wzięcia kolejnego woreczka: segregujcie i oddawajcie wasze odpady do recyklingu! Ponowne wykorzystanie znacząco ograniczy produkcje nowych przedmiotów, a natura odetchnie z ogromną ulgą.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o