Mietek Jurecki to multiinstrumentalista, kompozytor i aranżer, członek władz ZAiKS, organizator festiwalu Solo Życia. Z artystą rozmawialiśmy o pierwszych koncertach Budki Suflera, o pobycie w wojsku, o słynnej Jolce, rajstopach żony, ale również o …sex, drugs & rock’n’roll.

W swojej karierze miał pan również incydent z krótkim pobytem w wojsku. Jak do tego doszło?

– Za szybko skończyłem studia, bo miałem do wyboru albo zdawać egzaminy podczas sesji albo jechać na koncerty. I to niestety do Lublina, bo ja pochodzę z Wrocławia. Więc wybrałem te koncerty w Lublinie. Wróciłem do dziekanatu, a tam usłyszałem, że uratuje mnie tylko zaświadczenie lekarskie. Tłumaczyłem, że przecież nikogo nie chcę oszukiwać, grałem koncerty, a egzaminy zaraz przecież zdam. Ale nie! Chciała papiery. Ta informacja trafiła do Wojskowej Komendy Uzupełnień i dostałem bilet do wojska. Dali mi na pół roku spokój, tylko dlatego, że grałem z kolegą, którego ojciec był pułkownikiem wojska. I zasugerowali, by w międzyczasie chodzić do lekarza. Tak się ucieszyłem, że nie poszedłem. No i potem drugi raz dostałem bilet, ale niestety już nie grałem z tym kolegą, którego ojciec był pułkownikiem! (śmiech) w dodatku spóźniłem się tydzień, więc zawieźli mnie pod eskortą na poborówkę. Ale ja się nie nadawałem zupełnie do wojska. Miałem po prostu te wszystkie kategorie w wojsku: A, B, C, D i E jeszcze nawet. Także udało mi się tę sytuację szybko załatwić. Wyszedłem dzień przed przysięgą! (śmiech)

Wojskowi również śpiewali jakieś hity?

– Oczywiście! (śmiech) Ale to są też takie hity, których najlepiej nie powtarzać, bo są trochę wulgarne. Są tam piosenki, o tak. Godzina szósta, minut tam piętnaście, kiedy pobudka zagrała… a potem jest już coraz gorzej! (śmiech)

Po tym pobycie trafił pan do zespołu Romuald i Roman. W tym zespole zrozumiał pan, na czym tak naprawdę polega przebojowa kompozycja?

– Dużo wcześniej grałem w takim zespole Nurt, jeszcze w 1975 roku. To był zespół, który nagrał płytę, co w tamtych czasach było prawie niemożliwe. A po wojsku to zespół się nazywał MSA 1111 i rok później wygraliśmy Jazz nad Odrą. Dostałem tam jeszcze nagrodę indywidualną, w sumie ileś tam nagród dostaliśmy. Ale później, jak wszyscy ci organizatorzy przeczytali, że wygraliśmy Jazz nad Odrą, czyli będziemy teraz grali jazz, to nas nie chcieli. Wygranie tego festiwalu to było nasze nieszczęście. Dopiero później dostałem propozycję grania w zespole Romuald i Roman. Część z tych muzyków potem grała z Haliną Frąckowiak, a ja z nimi. Tam się spotykaliśmy wtedy w hotelach z Budką Suflera. Oni wiedzieli, że jest jakiś taki zdolny basista, ja wiedziałem, że jest taki zespół. No i w 1981 roku zaproszono mnie tutaj. I przyjechałem wtedy drugi raz w życiu do Lublina.

Tutaj nasuwa się pytanie o pana charakterystyczne powiedzenie. Czy rzeczywiście „zagrać jest najłatwiej?”

– Jak się umie to zdecydowanie! Dzisiaj jest w ogóle trochę łatwiej, ale kiedyś zagrać było najłatwiej, ponieważ trudniej było dojechać do miejsca wykonania koncertu, znaleźć to miejsce. Dzisiaj jest GPS. Kiedyś po prostu pytaliśmy się jednej osoby to mówiła, że w prawo. Druga mówiła, że w lewo. Trzecia mówiła, że w ogóle źle. No po prostu to był horror. Poza tym po koncercie to jedynym możliwym lokalem, w którym można było cokolwiek zjeść był dworzec. Z ziemniakami puree, gdzie w brudnym fartuchu kobieta wrzucała to taką chochlą na dziurawą miskę. Ale dzięki temu, u lekarza ostatnio byłem w 1976 roku. Na komisji wojskowej właśnie. I od tej pory nie chodzę. Jak mnie coś zaboli, to znaczy, że jestem stary. I nikomu nie będę głowy zawracać! (śmiech) A wytresowany jestem na tych barach mlecznych, na tych stacjach kolejowych. Jak po tym świństwie, które zeżarłem nic mi nie było, to teraz już nie ma takiej możliwości! (śmiech)

Pamięta pan pierwszy koncert z Budką Suflera?

– Tak! Pamiętam, ponieważ ja oczywiście grałem dużo koncertów wcześniej, ale nie aż dla takiej publiczności. Nie było jeszcze wtedy słowa „fun” ale byli wielbiciele, tacy wielbiciele przez duże „w”. I to było gdzieś na Śląsku. Podnieśli kurtynę i jak wrzasnęli to ja myślałem, że coś się pali! Albo, że coś się stało! A to była taka reakcja na ten zespół! Ten koncert zapamiętałem z tego powodu.

Ile z kultowego hasła sex, drugs & rock‘n’droll było w Budce Suflera?

– Nie chciałbym może w szczegóły wchodzić. Ale było, wszystko było! (śmiech) Ja się świetnie zapowiadałem w każdej z tych dziedzin! Na szczęście udało mi się jakoś tego uniknąć. Poza tym zresztą ja od wielu lat pomagam młodym ludziom i pierwszą rzeczą, jaką im mówię to jest to, że sex, drugs & rock‘n’roll to jest hasło reklamowe! Tak naprawdę, jeżeli ktoś uważa, że musi zagrać po pijanemu to niech zagra i nagra to, a potem posłucha tego na trzeźwo. Efekt jest murowany. Także to są opowieści. Oczywiście jest banda tumanów, która nie ma po prostu innego wyjścia, bo nie umieją. Wstydzą się, tremę mają. Muszą sobie pomóc takimi środkami, które zmieniają świadomość. To wszystko na dłuższą metę nie popłaca. Zresztą są przykłady: Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Amy Winehouse i tak dalej… To są wszystko przykłady na to, że hasło to ładnie brzmi, ale z daleka. Do siebie nie należy tego brać.

Takie życie to marzenie każdego, początkującego rockmana?

– To zostało zrobione w celach marketingowych. Ja tego nie rozumiem. To znaczy trochę rozumiem, bo gdyby przychodzili tam trzeźwi, spokojni ludzie, na tę scenę wychodzili, to nie byłoby to takie interesujące. A tak ludzie, którzy czekają na czyjeś nieszczęście i patrzą czy się przewróci, czy nie. Czy jest na tyle pijany, że da radę ustać, czy tak niekoniecznie. To są atrakcje rodem z remizy strażackiej.

W 1982 roku powstała „Jolka”. Kim była ta Jolka?

– To Marek Dudkiewicz powinien powiedzieć, bo jest autorem tekstu. Oczywiście, można powiedzieć, że tekst jest obciachowy i bez sensu. Ale skoro nawet zagraliśmy to dla siedmiuset tysięcy osób na Przystanku Woodstock i ludzie, których nie było na świecie, jak ten utwór powstawał, śpiewali to. Chórem wielkim! To znaczy, że to ja się chyba nie znam… (śmiech) Ale, oczywiście to dało nam kolejny raz wielką popularność. Ale ten zespół akurat przez dziesięciolecia był na tyle popularny, że nie musiał zabiegać na siłę o coś takiego. To nie było jakieś celowe działanie. Po prostu Marek miał taką przygodę w życiu. Zresztą ten mąż tej Jolki podobno się chwali tym, że on jest w tym tekście. (śmiech) Nie wiem, może z tymi Arabami mu się podoba! (śmiech) Ale oczywiście my gramy dla ludzi. My nie gramy dla siebie. Dla siebie to ja mogę grać w domu. Spełniamy ludzkie marzenia.

Chciałabym zapytać również o pana oryginalny image. Kucyk, oryginalne stylizacje. A czy to prawda, że kiedyś przyszedł pan w rajstopach żony?

– Mam nawet takie zdjęcie. Jest u mnie na stronie do dzisiaj. Pożyczyłem rajstopy żony. Zresztą kiedyś w Paryżu raz zagrałem w czymś takim, ale Lipko powiedział, że „to nie jest Guns N’Roses i nigdy w życiu nie możesz już tak wyjść na scenę!” (śmiech) A w rajstopach żony mam zdjęcie na plakat, kiedy grałem takie koncerty, jak dzisiaj. Tylko jeszcze z innymi piosenkami troszkę. To był plakat koncertowy. W ŻADNYM mieście Polski tego nie powiesili! Dzisiaj pewnie już by się ktoś odważył, ale w tamtych czasach nikt się nie odważył tego plakatu powiesić. (śmiech) Bardzo ładny jest! No mam to jeszcze. Zresztą autor tego plakatu zrobił mi jeszcze takie zdjęcie, przelał na płótno, i to jest wielkości człowieka. I wisi u mnie w studio.

Skąd czerpie pan siłę na to wszystko?

– Wolę grać niż siedzieć w domu na fotelu bujanym, kaszleć i udawać, że jest fajnie. W naszej branży, funkcjonuje takie powiedzenie, że starość musi się wyszumieć! W związku z tym właśnie gramy, śpiewamy, robimy różne wesołe rzeczy. Po prostu jest to na pewno lepsze niż stękanie, że się nic nie da, że wszystko jest przeciwko nam. Że pieniędzy za mało. Od razu się żyć nie chce po czymś takim, po takich tekstach. Mnie takie rzeczy nie interesują, a poza tym kocham muzykę! I wszystkim zawsze mówię, że jeżeli ktoś się będzie zajmował muzyką w sposób szczery i uczciwy to muzyka potrafi się odwdzięczyć w nieprawdopodobny sposób! Ja jestem tego świadkiem i dowodem. Cieszę się bardzo, że mogę grać z największymi polskimi muzykami. Sam sobie mogę grać. Grać – przede wszystkim. Ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że muzyka jest moim hobby. A więc nie muszę zbierać jakiś znaczków, motyli czy czegoś, tylko nie dość, że realizuję swoje hobby to jeszcze mi za to płacą. No to co ja mogę jeszcze chcieć! (śmiech) Innego, lepszego? Jest świetnie, jestem zachwycony! Starość musi się wyszumieć! 🙂

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o