Scenografie jego autorstwa budzą zachwyt. Ostatnio ta do „Snu o mieście” i anioły, które można zobaczyć nad deptakiem i Starym Miastem. Z ich twórcą – Jarosławem Koziarą rozmawiamy o Lublinie i pracy artysty w przestrzeni miejskiej.

Jaki zamysł Panu przyświecał przy projektowaniu scenografii do „Snu o mieście”?

Pewne sytuacje są tworem przypadku. W pierwszej kolejności istotne są względy techniczne i formalne, dopiero później estetyczne. „Sen o mieście” powstał jako wypadkowa pomysłów na to, jak Lublin ma zaistnieć we Wrocławiu, a koncepcja narodziła się na skutek pewnych niedogodności, jakie spotkały nas po drodze. We Wrocławiu zamknięcie ulicy, która nie jest kluczowa dla ruchu, jest bardzo problematyczne i nawet prezydent nie ma takiej mocy, żeby wstrzymać ruch samochodowy na czas montażu. Stoi tam biblioteka, nieużywana od kilkunastu lat. Jej administratorka okazała się betonową głową i nie istniały takie argumenty, które mogły ją przekonać do otwarcia okna i wypuszczenia przez nie lin. Trzeba było wymyślić plan B, którym były wieże, a jeśli pojawiły się wieże, to trzeba było je wydesignować. Ich konstrukcję trudno zgubić, a więc trzeba ją było wyeksponować. Stąd mój pomysł do odwołania się do estetyki Mondriana i form geometrycznych w rusztowaniach. Ponieważ my we Wrocławiu kojarzymy się jako przybysze ze Wschodu, ze Wschodem kojarzy się, jakby nie było, słońce, a kształt tamtej ulicy przypominał wnętrze katedry, to słońce miało stać się jej zwieńczeniem. Słońce jako coś, co daje energię, życie, światło. Jest przejawem bardzo pozytywnej, czystej energii. Można stać i wgapiać się w nie przez dwie godziny.

I nie razi.

Nie razi, a wręcz wciąga. Nie są to rzeczy specjalnie wykoncypowane, wydumane, tylko w jakimś sensie pragmatyczne.

Od praktyki do teorii?

Snuć sobie pewne wyobrażenia można długo, ale w pewnym momencie przychodzi realizacja, czyli koszty, przestrzenie, zapotrzebowanie. Od tego trzeba zacząć, na tym buduje się dramaturgię spektaklu: ktoś musi wyjść z jednej strony i przejść na drugą, wisieć na tej linie, a inny na tamtej, liny muszą być do czegoś przypięte. To jest konsekwencja zdarzeń.

W kontekście planowania – jak Pan ocenia współpracę miasta z artystami? Nie ma u nas „betonowych głów”, jak we Wrocławiu?

Jest o niebo lepiej. Może dlatego, że Lublin kiedyś postawił na kulturę jako priorytet i dobrze na tym wyszedł. Inaczej niż we Wrocławiu, u nas ludzie są bardzo otwarci na współpracę, dużo można zrobić, specjalnie się nie zastanawiając, czy to jest w ogóle możliwe. Inaczej rozłożone są akcenty. O ile we Wrocławiu akcent położony jest na lokalnych przedsiębiorców i to im się wychodzi naprzeciw, to w Lublinie jest odwrotnie. Dużo łatwiej organizuje się widowiska, nawet do momentu, kiedy osiągają formę karykatury, jak np. wyścig z przeszkodami rowerów górskich na Starym Mieście. Dla mnie to jest rodzaj grubszej paranoi i czegoś takiego nie powinno być w tym miejscu.

Czyli nie wszystkie projekty uznaje Pan za udane?

Nie wszystkie. Mieszkam na Starym Mieście i widzę, że jeden festiwal odpala drugi jak domino. Lublin jest dużym miastem, niemniej jednak 90 proc. wydarzeń skoncentrowanych jest w centrum. Arena Lublin bardzo długo w ciągu roku leży odłogiem, bo brakuje odważnych organizatorów, którzy porwą się na jakiś event czy koncert, który się sprzeda i zarobi na siebie.

Powiedział Pan, że Lublin kiedyś postawił na kulturę. Nie mogło to być aż tak dawno temu, patrząc chociażby na słynny „Teatr w budowie”, więc kiedy?

Podczas pierwszej Nocy Kultury, czyli 11 lat temu zrobiłem instalację na elewacji „Teatru w budowie”. Od tego momentu to uśpione zombie zaczęło podrygiwać. Jakiś czas potem pojawił się konkurs na projekt architektoniczny. Cieszę się, że mogłem tchnąć odrobinę życia w tego umarlaka. Myślę, że pierwsza Noc Kultury i późniejsze pomysły na to, jak partycypować w konkursie na Europejską Stolicę Kultury spowodowały eksplozję wielu zdarzeń. Mnie cieszy, że te rzeczy powstawały z nas, one były w pełni organiczne. Nie było tak, że ktoś organizuje sobie festiwal, nie mając pojęcia o tym, co robi. Wiele cyklicznych imprez wynikało z autentycznego zaangażowania ludzi i miłości do tego, co robią, a to zaowocowało bardzo konkretnymi wydarzeniami.

Lublin pretendował do miana Stolicy Kultury, co się niestety nie udało. Nazywa się za to teraz miastem inspiracji. Czy Lublin zasługuje na taki tytuł?

„Sprytek” od marketingu kombinuje do południa i wymyśla hasło – np. Miasto Inspiracji. Uzupełnić go treścią jest znacznie trudniej i jest to długotrwały proces. Myślę, że Lublinowi się to udało. Inne miasta nas podpatrują, podziwiają i nakręcają się energią i pomysłami, które wywodzą się stąd.

Sądzi Pan, że Lublin inspiruje inne miasta?

Myślę, że tak. Dużo się słyszy, że Lublin kwitnie i ludzie mają powód, żeby tutaj przyjechać i nie jest obciachem mieszkać w Lublinie. Wielu ludzi, których spotykam gdzieś w Polsce, mówi, że strasznie dużo się tu dzieje. Nie są to puste słowa. Miałem kiedyś ambicję oglądać wszystkie istotne wydarzenia. Teraz nie jestem w stanie, wiele rzeczy odbywa się równolegle.

Czy Lublin inspiruje lublinian?

Ludzie się realizują, mają swoje pomysły, inspirują siebie nawzajem. Stękanie, że ktoś mógłby coś zrobić, ale nie ma takiej możliwości, jest kłamliwe. Jeśli ktoś naprawdę chce tutaj zaistnieć, ma do tego wiele przestrzeni. Jeśli Warsztaty Kultury robią otwarty nabór na Noc Kultury, to są autentycznie otwarci na różne koncepcje, co stwarza możliwości wielu nieznanym artystom. Każdy może powiedzieć, że łatwiej jest tym już wylansowanym, ale to jest nieprawda – każdy ma szansę. Ile się energii włoży, tyle energii zwrotnej się dostanie.

Młoda osoba stoi u progu dorosłości i chce wybrać zawód. Polecałby Pan zastawianie artystą?

Nie wiem, czy artystą zostaje się z wyboru. Jest to rodzaj determinacji. Tak, jak nie zostaje się księdzem z wyrachowania. Można sobie pomyśleć „zostanę księdzem, będę miał pieniądze, paru kumpli”. Ale jeśli się nie ma tego powołania, czegoś, co jest głębsze niż chłodna kalkulacja, to nie ma to sensu. Artysta to jest ktoś, komu wychodzi, albo nie, jest zarobiony, albo nie jest i w tym musi trwać, bo to stanowi o jego konstrukcji. Można zostać dobrym rzemieślnikiem i u nas takich brakuje, ludzi z umiejętnościami czysto manualnymi, które przychodzą wraz z przerobionymi tysiącami godzin ćwiczeń. Artysta to jest człowiek, który został obdarzony talentem i z niego skorzystał. Myślę, że jest to bardzo interesujące zajęcie. Niespecjalnie chciałbym zamienić je na jakieś inne, chociaż miałem być pszczelarzem. Już będąc w technikum pszczelarskim, moja chęć kreowania rzeczy wizualnych była na tyle silna, że pokierowała mnie w tę stronę. Każdy jest do czegoś predysponowany i musi szukać, do czego. Potem przychodzi czas na korektę. Jeśli komuś wydaje się, że jest artystą, a przez 30 lat do niczego nie doszedł, to już jest głupkowaty upór.

Niełatwo po 30 latach zmienić zawód.

Ale trzeba. Sztuka nie znosi przeciętności.

Pan wykłada na uczelni. Ma Pan informacje o tym, jakie są losy studentów wydziału artystycznego po zakończeniu edukacji?

Sam fakt ukończenia studiów do niczego nie upoważnia i nic człowiekowi nie daje za darmo. Po ukończeniu swojej uczelni nie wyjąłem papierów przez 25 lat. Nigdy nie musiałem epatować tym, że skończyłem ASP, ponieważ nikt mnie o to nie pytał. Zawsze patrzyli na to, co robię.

Liczy się portfolio?

Liczy się jedna dobrze zrobiona rzecz, która uruchamia drugą, a ta piątą i pięćdziesiątą. Jak się coś spieprzy po drodze to się zeruje dotychczasową pozycję. Ja, gdy się czymś zajmuję, wizualizuję sobie porażkę i to ona bardzo mnie mobilizuje do pracy. Pomimo 30 lat starań nie udało mi się dać ciała. Im ktoś jest bardziej zaawansowany, tym bardziej musi być odpowiedzialny za to, co robi. Fakt, że ma się wyrobioną pozycję i nazwisko, tym bardziej do czegoś zobowiązuje. Zaufanie w tym zawodzie jest kluczowe.

To brzmi jak bardzo stresujący zawód.

Ja cały jestem zbudowany ze stresu. Jeśli jeszcze ma się do działania otwartą przestrzeń publiczną i niespodziewane czynniki atmosferyczne, ten stres się potęguje. Proszę mi uwierzyć, że praca w przestrzeni publicznej to kłopotliwa pobudka każdego dnia, czy coś się rozwaliło, czy coś komuś spadło na łeb, czy już trzeba naprawiać? Współpracuję z wieloma podwykonawcami, którzy realizują część mojej koncepcji, co też rodzi problemy, z którymi trzeba sobie poradzić. Myślę, że to trudniejsze od zawodu malarza, który jest sam ze sobą i swoim płótnem, sam o wszystkim decyduje od początku do końca. Obrazu namalowanego w mieszkaniu żadna wichura nie rozwali. Niemniej cieszy mnie, że moje prace istnieją w przestrzeni publicznej i przypadkowi ludzie są odbiorcami tych rzeczy.

Przejmuje się Pan opiniami przypadkowych odbiorców? W przestrzeni publicznej na ich grupę składają się rozmaici ludzie z różnym wykształceniem i zmysłem artystycznym.

Przez lata nauczyłem się samooceny – to ja jestem głównym sędzią swojej pracy. Staram się, żeby była na tyle efektowna i niezwykła, żeby budziła zainteresowanie. Teraz z łatwością wydaje się opinię, byle frustrat, tym bardziej niezrealizowany we własnym życiu, wydala z siebie złą energię, opiniując coś, o czym nie ma pojęcia. Z natury się go olewa, szkoda trolla karmić reakcją. Poza tym moje prace nie są rzeczami wydumanymi, które wymagałyby backgroundu intelektualnego – w dużej mierze bazują na walorach estetycznych. Każdy głupek jest w stanie się tym zachwycić lub nie, i jest to jego problem. Moim problemem jest to, żeby zrobić tak, jak potrafię najlepiej. Można przyjąć pozycję – nie da się i po prostu odpaść. Albo przyjąć pozycję – nie ma takiej możliwości, żeby się nie dało. Ja przyjmuję tę drugą. Elewacja poświęcona Andrzejowi Kotowi przez dwa lata uchodziła za niemożliwą do zrealizowania, a ja ją zrealizowałem. W ogóle bardzo imponuje mi postawa przekraczania barier i granic.

Zawsze trzeba patrzeć szerzej i sięgać wyżej?

Nie wiem, czy nazywałbym to ambicją. To jest kwestia wewnętrznej determinacji, czegoś, co człowieka pcha do przodu, musi zrobić ze swoją energią „coś”, wpuścić ją w jakąś konstrukcję, bo inaczej ta energia go sponiewiera.

Sztuka uzależnia?

Mnie tak, jest związana z emocjami, adrenaliną, w dużej mierze uzasadnia moje istnienie. Każdy się realizuje w inny sposób, jeden hoduje kozy i robi sery, co jest świetne i bardzo uczciwe. Sztuka jest bonusem, czymś, bez czego można żyć, a ludziom trzeba wmówić, że nie można [śmiech]. To jest wartość dodana. Nazwijmy to przyprawą. Można wtrząchnąć ziemniaki ugotowane i też będą dobre, a można przygotować ekskluzywną potrawę i to już jest sztuka kulinarna. Miasto bez rzeźb, instalacji i sztuki może żyć, tylko że przez to staje się nudne i przewidywalne. Funkcjonalność architektury nie determinuje jej jakości. Można zapytać, dlaczego turyści oglądają lubelskie Stare Miasto, a nie oglądają lubelskiego Czechowa. Dlaczego? Bo jest jedyne w swoim rodzaju, bo ktoś pomyślał, jak to ma wyglądać, żeby każda kamienica była oddzielnym staraniem. Architektura, mała architektura, rzeźby są rzeczami, które stanowią o indywidualności miejsca, wyróżniają miasto na tle innych. Jak pomyślimy o Brukseli, widzimy koleżkę sikającego do fontanny, a jak o Krakowie to od razu o Smoku Wawelskim, który niczemu nie służy, nie spełnia żadnej funkcji. Stanowi za to pewną ikonę, która wdrukowuje się w nasz umysł jako skrót do myśli o danym miejscu.

Co jest ikoną Lublina?

Niewątpliwie Stare Miasto jako ogół, trudno wysublimować jakiś detal. Jakby podchodzić do tego marketingowo, mamy Kaplicę Zamkową, która jest jedynym obiektem klasy światowej. Każdy jest w stanie wybrać swoją ikonę. Dla mnie był to Andrzej Kot, któremu poświęciłem dużo czasu, wynikającego z przyjaźni i świadomości wartości jego dzieła i cieszę się, że udało mi się ocalić go od niepamięci.

Jak się mają do tego miejsca opatrzone tabliczką „miejsce inspiracji”, których w Lublinie nie brakuje? Ma Pan swoje takie miejsca?

Jeździłem trochę po świecie i zauważyłem, że Stare Miasta wszędzie są miejscami elitarnymi, a mieszkać w takim miejscu to zaszczyt. Kiedyś w Lublinie było dokładnie odwrotnie. W czasach mojej młodości była tu koncentracja lujów i pogarda dla jego mieszkańców. Wiedziałem, że to się musi zmienić. W 1994 roku zdecydowałem, że jak mam mieszkać w Lublinie, to tylko na Starym Mieście. Znalazłem bardzo zdewastowany lokal, wsadziłem masę energii, żeby przywrócić go do normalności i cieszyłem się, że wchodzę w tę strukturę, która sięga kilka wieków wstecz, w kamienicę, która jest datowana na 1610 rok. Znalazłem historyczną dokumentację miejsca i rok po roku przewertowałem zawieruchy dziejowe. Czytałem o sędziach Trybunału Koronnego, którzy przejeżdżali tu do pracy, znalazłem umowę wynajmu mieszkania studenta z pieczęcią carską, znalazłem ślady Wielkich Nieobecnych, którzy zginęli podczas II wojny światowej, dokumenty uwłaszczenia przez państwo, potem rok 1989 i oddanie własności właścicielowi… Bardzo ciekawe jest, że na podstawie jednego miejsca można opowiadać historię miasta i całego państwa. Świadomość, że jest się odcinkiem w tej grubszej historii też jest zabawna. Wyremontowałem coś, co ktoś z czasem rozpieprzy i zrobi sobie coś innego. Coś się skończy, coś się zacznie.

 

Fot. Iwona Burdzanowska

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o