Lublin jest bardzo ważnym miejscem na mojej mapie koncertowej – podkreśla Marek Napiórkowski, polski kompozytor i gitarzysta jazzowy. Współpracował z wieloma artystami w Polsce, jak i za granicą, od lat jest zaangażowany w wiele projektów i obecny na dziesiątkach płyt różnych wykonawców. Aktywnie koncertuje w kraju i za granicą.

Początkowo grał pan na skrzypcach. To nie było to?

MN: To nie było to, a poza tym to był taki drobny epizod, że właściwie trudno powiedzieć, że grałem. Bardziej rzępoliłem! (śmiech) Jako siedmioletnie dziecko…

Do jazzu trafił pan poprzez rocka i bluesa. Wydaje mi się, że wielu wybitnych artystów jazowych zaczyna właśnie od tych gatunków.

MN: Często tak się dzieje. Słuchałem najpierw takiej muzyki, jaką grają radia, a potem zafascynowali mnie tacy artyści, jak Led Zeppelin czy Jimi Hendrix. Jednak w pewnym momencie, mając lat 16, zacząłem się tym jazzem interesować i tak zostało do dzisiaj.

Co jest najważniejsze dla muzyka, kompozytora jazzowego?

MN: Dla każdego coś innego! (śmiech) Zajmuję się jazzem i na pewno najłatwiej mnie jako jazzmana zakwalifikować, natomiast muzyka, którą gram i która mi się podoba jest szersza niż jedna szufladka. Ważne, by grać jak najpiękniej i mieć z tego frajdę oraz, żeby wzbudzać w ludziach emocje.

Czy polski jazz może być traktowany na równi z tym amerykańskim?

MN: To jest skomplikowane. Przy mojej poprzedniej płycie jazzowej, która nazywała się WAW-NYC, na której grali muzycy mieszkający w Nowym Jorku (Clarence Penn, Manuel Valera, Chris Potter), często zadawano mi takie pytania. Trudno jednak to porównywać, bo jazz stał się światową sztuką. Stał się językiem, którym rozmawiają ze sobą muzycy i ludzie na wszystkich kontynentach. Mimo tego jazz wywodzi się z tradycji amerykańskiej. Więc jeśli spytamy czy lepiej gramy jazz w Warszawie czy w Nowym Jorku to odpowiem, że w Nowym Jorku, bo to stolica światowej sztuki, do której przyjeżdżają ludzie z całego świata, by rozwijać swoją muzykę. Ponadto scena amerykańska jest nieporównywalnie większa i gromadzi ludzi z całego świata zainteresowanych tym gatunkiem.

W jakiej kondycji jest jazz w Polsce?

MN: Myślę, że w całkiem niezłej, chociaż nie słyszymy za często tej muzyki w mediach. Na szczęście, bardzo dużo ludzi młodych się garnie do grania i poziom rośnie.

Jazz jest muzyką niuansu?

MN: Tak, jest to bardzo wyrafinowana muzyka. Język jazzu jest bogaty tak samo, jak bogaty jest język muzyki klasycznej, ale czymś co wyróżnia jazz jest sfera rytmiczna. To jedyny element, który stanowi o odrębności tego gatunku i jest znacząco inny niż w muzyce poważnej, klasycznej. W jazzie można znaleźć bardzo dużo informacji i niuansów.

Ważniejsza jest technika czy emocje?

MN: Technika służy tylko i wyłącznie temu, by wyrażać te emocje. Muzyka na nas oddziałuje w jakiś sposób. Jak ktoś pójdzie na dobry koncert jazzowy, to nie musi tego rozumieć, bo muzyka nie jest do rozumienia tylko do przeżywania. Jak będzie to dobry koncert, to te emocje się widowni udzielą, a jeśli nie to nie! (śmiech)

Improwizowania można się nauczyć, ale nie można nauczyć kogoś?

MN: Myślę, że improwizowania jako takiego można nauczyć wszystkich. W improwizacji jest bardzo ważna analogia do języka. Jak teraz rozmawiamy to wypowiadam słowa, układam zdania, które w danym momencie są ważne. Tak samo z jest z muzyką. Improwizacja istniała od zawsze. Myślę że improwizowali i Bach czy Chopin tworząc swoje wielkie dzieła. Nie wiem, czy można nauczyć sztuki. Można uczyć, ale i tak niektórzy ludzie to przyswoją bardziej, a inni mniej.

Muzyka fusion, którą pan równie wykonuje jest obecnie jakąś niszą na rynku muzycznym?

MN: Najpierw to pojęcie trzeba by zdefiniować. Fusion to fuzja różnych gatunków. Zupełnie nie czuję się muzykiem fusion rozumianym jako fuzja jazzu z rock’n’rollem . Czuję, że to co gram, jest wynikiem wpływów wielu gatunków łączonych z jazzem – także polskiej tradycji, z której wynika nasza charakterystyczna słowiańska tęsknica. Moja muzyka powstaje z inspiracji wieloma wpływami sztuki z całego świata.

Czym jest „Hipokamp”? Można powiedzieć, że to płyta międzygatunkowa?

MN: Tak sądzę. Wszystkie płyty staram się nagrywać w ciekawy, dla mnie i dla publiczności sposób. Na płycie Hipokamp nie ma klasycznego jazzowego instrumentarium, są analogowe syntezatory, na których gra Jan Smoczyński, jest oczywiście gitara, perkusja Pawła Dobrowolskiego, a całość dopełnia zestaw instrumentów perkusyjnych obsługiwanych przez Luisa Ribeiro z Brazylii. Ciężko zdefiniować tę muzykę, choć pewnie najbliżej jej do jazzu.

Jak obecnie widzowie odbierają jazz na koncercie?

MN: Jak ładnie gramy to dobrze! (śmiech) Między muzykami a publicznością wytwarza się, spotykana tylko na koncertach relacja, która, szczęśliwie, zazwyczaj jest nam życzliwa. Kiedy na scenie dzieją się ciekawe rzeczy, ludzie przeżywają tę muzykę z nami.

W Teatrze Starym czuć ducha teatru?

MN: To znakomite miejsce! Bardzo kibicuję Karolinie Rozwód, która jest dyrektorką tego Teatru Starego i całej jego ekipie. Zdarzało mi się tu grać wielokrotnie. W roku 2017 dostałem propozycję, by przygotować coś wspólnie z teatrem. To był projekt „Szukaj w Snach”, w którym do kołysanek napisanych przez lubelskiego autora Włodzimierza Wysockiego dopisałem muzykę i powstał koncerto-spektakl. Kiedy już powstały utwory zaprosiłem do współpracy Natalię Kukulską. Siedemnaście razy graliśmy ten projekt w Teatrze Starym, a czasami grywamy też w innych miastach. Za płytę „Szukaj w snach” dostaliśmy też Fryderyka, co nas bardzo cieszy. Na zawsze pozostanie w moim sercu fakt, że po kilkunastu nominacjach za moją jazzową działalność, Fryderyka dostałem za płytę dla dzieci, która powstała z inicjatywy Teatru Starego! Tutaj zawsze warto wracać, a ja jestem z tym miejscem zaprzyjaźniony od dawna.

Fot. Rafał Masłow/ Materiały Marka Napiórkowskiego

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o