O stand-upie, inspiracjach i swoich początkach na scenie – opowiedział nam Antoni Syrek-Dąbrowski, polski stand-uper i komik podczas występów w Centrum Kongresowym Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Razem z ósemką wspaniałych przyjechał 10 października w ramach Wielkiej Trasy Stand-up Polska. To oni podczas 2-godzinnego programu rozbawili publiczność historiami z rodzinnego domu, ze spotkań ze znajomymi i stosunków damsko-męskich.

Jak powstają twoje monologi?

– W bólach… Wiesz.. Czasami masz fajny pomysł, wychodzisz, a on nie działa. Znowu wychodzisz, a on znowu nie działa. Ale podoba ci się ten pomysł, chcesz go opowiedzieć, więc cały czas opowiadasz, a on cały czas nie działa i albo go wywalasz, albo się z nim męczysz. Jak coś w końcu zacznie działać, to przekładasz frazy, zamieniasz, próbujesz przekombinować słowa, dodajesz nowe pomysły. To jest długi proces, więc siedzisz i wymyślasz rzeczy, które klarują tekst z czasem. Jest to czasami bardzo bolesny proces, czasami wyjdzie ci 5 minut tekstu od tak i po prostu lecisz, a czasami jest to bardzo długi proces.

Czy stand-uper musi być śmieszny też w życiu, żeby umieć rozbawić na scenie?

– Jak widzisz nie (śmiech). Ja jestem raczej w życiu poważny, nie jestem z tych co śmieszkują. Dużo chłopaków non stop żartuje. Mi nie wydaje się, żebym taki był. Warto oczywiście mieć poczucie humoru, żeby wiedzieć z czym to się je, umieć się komunikować na tej płaszczyźnie, ale ja nie uważam, że w życiu jestem śmieszny, jest kompletnie odwrotnie.

A jak bardzo koloryzujecie swoje sceniczne historie?

– Bardzo… (śmiech). Wszystko jest zmyślone.

Pozwól, że zadam pytanie jeszcze raz. Ile koloru do opowieści musicie dodać, żeby one zadziałały?

– Myślę, że około 30, 40 proc. naszych historii opowiadanych na scenie to takie podsycenie, żeby ta historia, była prawdziwa, ale i zabawna. Na przykład to, co dziś opowiedziałem o skoku spadochronowym, to wszystko było prawdą, ale zredagowałem to w taki sposób, żeby historia była śmieszna nie tylko dla kogoś, kto to przeżył. Żeby to nie była jedna z tych historii „No to było śmieszne, musiałbyś tam być”, tylko żeby to było śmieszne dla kogoś, kto pierwszy raz to słyszy. Więc one są podkolorowywane właśnie w taki sposób.

A czy uważasz, że każdy może być stand-uperem?

– Wydaje mi się, że nie. To jest tak samo, jak z grą w piłkę. Każdy może w nią grać, ale zależy jeszcze o co pytasz. Czy pytasz, czy każdy może zostać Robertem Lewandowskim, czy każdy może grać dla przyjemności. Są pewne predyspozycje, które sprawiają, że każdy osiąga jakiś tam pułap. Są to np. historie, które przeżyli; czy jak mama była super śmieszna, ciągle opowiadała dowcipy i teraz ty umiesz prowadzić narrację, która jest barwna, śmieszna i masz to sama z siebie, bo byłaś wychowana w takim domu, Każdy w jakimś stopniu jest śmieszny, ale każdy na innym poziomie.

A czym dla ciebie jest stand-up?

– Teraz? Życiem, pracą , hobby pasją.. wszystkim, spełnieniem. Nie mam już teraz czegoś takiego, że ciągle zastanawiam się jaki jest mój sens życia. Ja mam już swój sens życia i to jest właśnie to. To będę robił, to jest moja zabawa, świetnie się w tym czuje i czuje się tez spełniony.

Co było przed stand-upem?

– Jezus! Dużo bzdur. Próbowałem być dziennikarzem scenarzystą, tłumaczem. Tak.. dziennikarstwo to bardzo ciężka praca. Ja akurat pracowałem dla jakiegoś rocznika, czy miesięcznika o Unii Europejskiej, gdzie pisało się o jakichś legislacjach – straszliwe brednie. Pracowałem też jako barman, spędziłem trochę czasu w Azji. Długo szukałem siebie, nie mogłem się odnaleźć, aż wpadłem w depresję i przypadkiem znalazłem stand-up.

Właśnie o początki ze stand-upem chciałam cie zapytać.. Czyli znalazłeś stand-up przez depresję?

– Dokładnie. Jarałem jointy ze znajomymi na balkonie, nie miałem sensu w życiu i kumpel zapytał mnie co mnie najbardziej jara… Powiedziałem „No ten stand up lubię, oglądam to często, jest spoko.” To może coś w tym kierunku? Zacząłem kombinować, żeby otworzyć klub komediowy, co w końcu na szczęście nie wyszło, to nie był jeszcze czas na otwieranie klubu, ale wkręciłem się w to środowisko i tak jakoś stwierdziłem, że wystąpię na scenie.

I jak wspominasz pierwszy występ?

– Potwornie! Występowałem na Open Mic. Kiedyś wyglądały one trochę inaczej. Każdy mógł przyjść i wystąpić, bez względu czy grał na gitarze, czy żonglował, czy czytał wiersze. Występował każdy, kto chciał. Ja wystąpiłem pomiędzy dziewczyną, która opowiadała smutne wiersze, a chłopakiem, który grał na gitarze. Ja wyszedłem, opowiadałem hardcorowe żarty, które później trafiły do HBO, ale wtedy ludzie patrzyli na mnie zszokowani, zapadła taka cisza, a ja z publiki usłyszałem, jak ktoś powiedział „Jezuuu…”. Więc schodząc wypiłem drugie piwo na hejnał. Pierwsze, oczywiście na hejnał, było przed. Moi przyjaciele tam byli, wspierali mnie, to było bardzo miłe, ale traumatyczne.

Wspomniałeś, że te żarty są hardcorowe, kontrowersyjne, często ciężkie. Czy one w stand-upie muszą takie być?

– Nie. Stand up jest zdominowany przez mężczyzn, a jakie wśród mężczyzn padają żarty? Hardocorwe, chamskie, obraźliwe. Nie ma mężczyzn, którzy pożartują sobie na temat poetów i poezji. Jeżeli tak, to są bardzo wąskie grupy. A generalnie, jeżeli masz stand-up zdominowany przez mężczyzn, wiadomo, że takie żarty hardcorowe będą. U nas w Resorcie Komedii jest grupa kobieca silna w improwizacji, co przenosi się już do stand-upu. Tam widać zupełnie inną estetykę, język. Podczas programu Agnieszki Matan i jej programu Halo Taxi, moja dziewczyna ciągle się śmiała po tekstach, których ja nawet nie uważałem za żarty. Nie chodzi o to, że to były źle skonstruowane żarty, tylko one nie były do mnie skierowane. Do mnie one kompletnie nie trafiały. A moja dziewczyna się zaśmiewała i była w świetnym humorze.

Testujecie swoje monologi na konkretnej zebranej grupie?

– Nie. Wymyślasz, piszesz i lecisz. Wychodzisz i mówisz do ludzi. Robimy sobie też tzw. Working progress, czyli nasze Open Mic. Co jakiś czas w Resorcie Komedii mamy taki wieczór, kiedy przychodzimy i testujemy same nowe rzeczy. Publiczność wie o tym. Wjazd kosztuje 5 zł. Dlatego, że raz przyszedł do nas menel i strasznie śmierdziało, więc musieliśmy wprowadzić opłatę zaporową, żeby menele nie wchodzili na występ. Żeby widzowie słuchali nas w pewnym komforcie, a 5 zł to nie jest dużo. Ludzie wiedza, ze płacą piątkę za spokój, ale to jest za występ, który może być kompletną klapą, nic może się nie wydarzyć.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o