Przygodę z muzyką zaczął jeszcze w przedszkolu. Potem chciał być gitarzystą rockowym. Zanim trafił do zespołu VOX, występował m.in. w Teatrze Muzycznym w Lublinie i Teatrze Andersena. O początkach muzycznej kariery i 40-leciu słynnej grupy opowiada Dariusz Tokarzewski.

Muzyka była panu bliska od dziecka. Zaszczepił ją tata?

Dariusz Tokarzewski: Muzyka była w moim życiu od dziecka. Kiedy chodziłem jeszcze do przedszkola, a byłem bardzo wstydliwym dzieckiem, często musiałem występować na różnych akademiach. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły podstawowej, tata przypilnował mnie, żebym zdawał egzamin do szkoły muzycznej w Zamościu. Ponieważ dobrze wtedy zaśpiewałem, to wybrano mi wiolonczelę. No i po trzech, czy czterech latach z hukiem wyleciałem z tej szkoły! (śmiech)

Co było dalej?

– Tata dalej mnie pilnował. Sam prowadził zespół Echosondy, bardzo znany m.in. w Zamościu, bo tam się urodziłem. Chodziłem z nim na próby, więc to uwrażliwianie mnie na muzykę było bardzo duże. Później zostałem wyrzucony z hukiem ze szkoły muzycznej, bo nie robiłem postępów. Było to wtedy dość wstydliwe chodzić z wiolonczelą, kiedy moi koledzy kopali w piłkę. Kiedy chodziłem do ósmej klasy, w szkole zaczął pracować Jurek Słota, który kiedyś też grał na gitarze w zespole u mojego ojca. Był nauczycielem wychowania muzycznego i teraz na scenie mówi o mnie, że jestem jego uczniem. A ja się wtedy śmieję, że pięć lat powtarzałem ósmą klasę, ale to nie była prawda. W ósmej klasie mnie dopadł i wtedy dzięki niemu, bo on świetnie grał na gitarze i śpiewał, prowadził chór i zespoły wokalne w Szkole Podstawowej nr 10 w Zamościu, wróciłem po rozum do głowy i wróciłem do szkoły muzycznej. Ukończyłem wiolonczelę pierwszego stopnia i od tego tak na dobre zaczęła się edukacja muzyczna.

W dalszym ciągu tata pana pilnował?

– Tak. Kiedy już byłem w liceum, pojawił się taki bardzo popularny festiwal, w którym uczestniczyły wszystkie gwiazdy naszej ogólnopolskiej estrady. To był festiwal piosenki radzieckiej. Miałem wtedy może 16 lat i to była okazja, by zaśpiewać z naszą Urszulą, a później studiowaliśmy razem na jednym roku na Wychowaniu Muzycznym w Lublinie. Na początku wstydziłem się śpiewania i wolałem być gitarzystą rockowym. Nawet w liceum mieliśmy zespół, z którym graliśmy na dyskotekach i wszystkich przeglądach. Chciałem być takim Jimmy Page’m, rockandrollowcem, miałem długie włosy za ramiona.

Po skończeniu liceum kontynuował pan grę na wiolonczeli?

– Po maturze dalej muzyka brzęczała mi w uszach. Wtedy poradzili mi mądrzejsi ode mnie, że jednak powinienem pójść w kierunku śpiewania. Postanowiłem zdawać na wydział wokalno-aktorski do Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Przygotowałem wtedy dwa utwory Stanisława Moniuszki z taką nauczycielką w Zamościu, pojechałem na egzamin. Ten teoretyczny zdałem śpiewająco, a jeśli chodzi o ten wokalny to pani, która mi akompaniowała zapytała mnie, u jakiego profesora uczyłem się śpiewać. Kiedy odpowiedziałem, że u żadnego, tak dziwnie się uśmiechnęła i mówi: no to życzę panu powodzenia. Oczywiście tam też się nie dostałem, bo klasycznie śpiewać nie umiałem, a tam przyjeżdżali ludzie, którzy rzeczywiście brali lekcje na rok przed egzaminem z profesjonalnymi wokalistami.

I co pan wymyślił?

– Skoro gram na wiolonczeli, to wracam do domu i dzwonię do centralnego zespołu wojska polskiego! (śmiech) Usłyszałem: „Proszę pana, nam wiolonczelistów brakuje! Pan przyjeżdża, pan dostanie służbowe mieszkanie”. Więc znowu tatuś łapę położył, wziął dokumenty i powiedział, że są terminy i żebym próbował zdawać na UMCS na Wychowanie Muzyczne. Potem były pierwsze sukcesy, pierwszy rok studiów i festiwal piosenki studenckiej w Krakowie, gdzie założyłem zespół Za Sto Dziesięć z bardzo nietypowym składem, jak na tamte czasy. Był kontraband, dwie gitary, klarnet, bonglosy, skrzypce i prosty flet. Brzmienie bardzo dziwne, ale zdobyliśmy wyróżnienie. Pokazano mnie w telewizji i kibicował wtedy cały akademik na Zana! (śmiech) To był wielki sukces w historii studenckiej piosenki.

Zaczął pan wierzyć w siebie?

– Tak! No i dalej była ta gitara i wiolonczela. Z wiolonczelą były związane również moje podróże i to, że zwiedziłem trochę Europy z zespołem Camerata przy UMCS, który wówczas prowadził pan Mieczysław Pomorski. To był również wykładowca, który prowadził chór przy UMCS. W tych czasach dużo też zagrałem koncertów do kotleta, bo jako biedny student dorabiałem sobie na tak zwanych dancingach we wszystkich lokalach. Przez parę miesięcy grałem też w Teatrze Muzycznym, czyli w Operetce, która znajdowała się na Żwirki i Wigury. Naprzeciwko była restauracja. Kiedy kończyłem grać spektakl, to leciałem na drugą stronę ulicy na dancing w restauracji, żeby parę groszy zarobić.

Po drodze było też wielkie wyróżnienie.

– Kiedy zauważono sukcesy mojego zespołu, to dostałem propozycję, którą przyjąłem, bo to był dla mnie wielki zaszczyt, do wówczas najlepszego w Polsce kabaretu Loża 44. On miał nawet programy telewizyjne. To był kabaret, którego cenzura nie rozumiała i wiele rzeczy dopuszczała. Kierowałem w nim stroną muzyczną i śpiewałem w spektaklach Loży. Pracowaliśmy pod skrzydłami Estrady Lubelskiej. Później zaczęło się dorosłe życie. W międzyczasie się ożeniłem, a w 1983 roku przyszła na świat moja pierwsza córeczka Kasia. Wtedy jeszcze nie miałem odwagi przygotowywać się do solowych koncertów, czy recitali.

Dlaczego koledzy śmiali się z gry na wiolonczeli?

– To jest przepiękny instrument, ale koledzy się śmiali, bo zawsze szedłem z tym pudłem przez boisko i raz miałem taki przypadek, że zrobiłem sobie słupek do bramki i ta wiolonczela niestety pękła. Niedawno, bo dokładnie rok temu sprzedałem wiolonczelę. Na stare lata fajnie by było wziąć ten instrument i sobie poćwiczyć, jak już będę miał te 80 lat. Chociaż zaplanowałem sobie co innego, że jak będę miał 80 lat, to będę chodził w czerwonych jeansach i butach.

Nazwa Za Sto Dziesięć pochodzi od numeru pokoju w akademiku, w którym pan mieszkał. Dosyć oryginalnie.

– Tak! A skąd pani to wszystkie wie? (śmiech) Za Sto Dziesięć to był numer pokoju w świetnym akademiku przy ulicy Zana. Tam była moja młodość. To był akademik koedukacyjny, byli tam studenci z wychowania plastycznego, muzycznego, psychologii, pedagogiki. Mam nawet na pamiątkę plakat, który sam wymyśliłem i estrada lubelska nam go wydrukowała. Jest na nim stary garbus z taką dużą rejestracją, wyrysowaną do przesady Za Sto Dziesięć. Niektórzy to kojarzyli tak, że gramy za 110 złotych, ale nie, to był po prostu numer pokoju! (śmiech)

Ma pan swoje ulubione winyle?

– Mam. Jeżeli mówimy o winylach, to mam taki jeden winyl, który nie jest jeszcze rozpakowany i jest to My Road Beatlesów. Ulubione są wszystkie, bo słucham muzyki od jazzu, poprzez muzykę klasyczną, gospelową, popową i jaka tylko jest. Oprócz muzyki, która się narodziła niedawno, czyli disco polo, techno czy temu podobnych. Tego nie rozumiem.

Dzisiaj da się żyć z samej muzyki?

– Jeszcze tak, ale wydaje mi się, że będzie coraz trudniej. Jest coraz więcej ludzi, którzy mają pasję muzyczną i są w tej strefie niszowej. Boje się, że nikt ich nigdy nie zobaczy. Jest cała masa młodych, utalentowanych ludzi w tych telewizyjnych show. Natomiast co z tego później wynika? Mało z tego wynika i ci ludzie są zawiedzeni. Mogą nagrać płytę, którą pilotuje jedna piosenka, wychodzą na scenę, gdzie trzeba zagrać koncert i przez godzinę piętnaście nie mają, co zagrać. Nie mają znanych piosenek. I ratują się czym?

Coverami.

– To jest smutne. A wracając do pytania, to ja jeszcze daję radę wyżyć. Podobnie jak cały zespół VOX, bo mamy ten komfort pracy, że publiczność się z nami starzeje. Jest takie żartobliwe stwierdzenie, że Mieczysław Fogg już nie żyje, został jeszcze Połomski i VOX. (śmiech). Nadal mamy swoją publiczność. Niedawno zagraliśmy bardzo dużą serię koncertów dla seniorów i uświadomiliśmy sobie, ja ze sceny lekko zażartowałem i tym zagotowałem naszego Witka, że seniorzy grają dla seniorów. I taka prawda, ale to jest wspaniałe. Panie 60 plus podchodzą pod scenę, śpiewają nasze piosenki i tańczą. To jest cudowny nastrój!

W tym roku obchodzicie piękny jubileusz, bo 40-lecie zespołu VOX. Jakie były początki?

– To był strzał w dziesiątkę! Niektórzy nazywali i oczywiście nazywają VOX boys bandem. Tak nie jest. To był pierwszy zespół wokalny po II wojnie światowej śpiewający perfekcyjnie muzykę popową, gospelową i przede wszystkim swingową. Dzięki tej muzyce swingowej zjeździliśmy cały świat. Dla mnie początki były bardzo ciężkie. W 1987 roku zostałem przyjęty do zespołu i to było dla mnie trudne, ponieważ każdy konferansjer zapowiadał: Darek Tokarzewski zastąpił Ryszarda Rynkowskiego. Niedawno w Świdniku był Rysio na koncercie. My bardzo się lubimy, przyjaźnimy i podziwiam jego talent kompozytorski i nie tylko. I odważyłem się wejść na scenę w Świdniku i powiedziałem: drodzy ziomale, wszyscy powinni przeprosić Ryśka i mnie, za zapowiedzi, że Ryszarda Rynkowskiego zastąpił Darek Tokarzewski. I dodałem: Rysiek jest niezastąpiony. I był w zespole niezastąpiony. Były chwile wzruszenia. Natomiast ja miałem gigantyczną pracę do nadrobienia, bo ośmiu lat pracy moich kolegów, kiedy już byli znani. Miałem jezioro marzeń pod pachami i błoto w butach z nerwów, bo nie chciałem kolegom niczego zepsuć.

Jak się pan poznał z Ryszardem Rynkowskim?

– Rysiek przyjeżdżał do Zamościa na próby VOX-u, a ja tam grałem dancingi. I zawsze spał w tym hotelu, w którym grałem. Zjadaliśmy tatara, popijając go wzmocnioną herbatą i graliśmy sobie. Rysiek siadał do elektrycznego pianina i graliśmy. I on wtedy powiedział: Daruniu, ja cię biorę do zespołu na gitarkę. I tak się rozstaliśmy. (śmiech) Pamiętam pierwszy koncert w Warszawie, to były wybory Miss Polonia w hali Gwardii i bałem się wyjść na ulicę, żeby go nie spotkać. Bo co ja bym mu powiedział? Przecież ja się nie pchałem do tego VOX-u. Pół roku nie dawałem sobie rady ze swoim ciałem, bo ja wolę grać do tańca niż tańczyć, więc musiałem się nauczyć układów choreograficznych, elementów stepu. Tego uczyli mnie cierpliwie Witek i Jurek.

Co sprawiało najwięcej problemów?

– Śpiewanie tej muzyki swingowej i uczenie się nowych głosów sprawiało mi wiele problemów. W Lublinie pracowałem też w Teatrze Lalki i Aktora, a w Zamościu trochę z orkiestrą grałem na wiolonczeli. Czułem też presję, że nie mogę zepsuć chłopakom tego, czego dokonali. Ale było tez tak, że jak któryś z nich się pomylił, źle zaśpiewał, źle zagrał to zawsze była to moja wina. Po pół roku pracy chciałem odejść z zespołu i powiedziałem: Panowie ja sobie nie daje rady! I oni tak się na mnie spojrzeli, jeszcze wtedy był Andrzej Zaucha, i mówią: młody dasz sobie radę! No i wtedy tak sobie pomyślałem, że jednak dam.

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o