Sam siebie nazywa barowym grajkiem. Marek Dyjak to polski kompozytor i piosenkarz. O zmarłych, Bogu, próbie samobójczej i Lublinie rozmawialiśmy z artystą w Centrum Kultury.

Spotykamy się w Zaduszki na pana koncercie. Często zastanawia się pan nad życiem i przemijaniem?

– No to jest moja podstawowa wewnętrzna myśl. Ja w ogóle uprawiam taką muzykę, która może się kojarzyć z zadumą, jest pewnego rodzaju złamaniem, tęsknotą, utratą miłości, tymi wszystkimi smutkami po prostu. Smutkami.

Wierzy pan w Boga?

– Pewnie, że wierzę! Bardzo wierzę. Boże… ja strasznie wierzę w Boga!

Bóg to taka dobra siła?

– Największa. Najwspanialsza. Najcudowniejsza. Najbardziej dobra.

Użył pan stwierdzenia „byłem w piekle” w odniesieniu do próby samobójczej. Co wtedy pan widział?

– Wie pani co… tu nie można nazwać, że ja zobaczyłem. Ja po prostu byłem w stanie piekła i wiem, że to tak było. Że to było piekło. Trudno o tym mówić komuś, kto tego nie przeżył. To nie był żaden alkoholowy zwid. To był po prostu stan silnego przerażenia i bólu. To było przerażające! Także jeżeli mogę powiedzieć, co ja przeżyłem zbliżając się do śmierci… Było to po prostu piekło. I nie mam w ogóle żadnych wątpliwości! Po czym to wszystko ustąpiło i wróciłem.

Powiedział pan kiedyś, że marzy pan o śmierci z miłości. Nadal tak jest?

– No bo to najbardziej romantyczne jest, a ja jestem romantykiem! (śmiech)

„Dla mnie śpiewanie jest zawsze stypą, bo ja śpiewam smutne rzeczy i przyjemności, jako takiej, z tego nie mam”. Wszystkie utwory jakie zostały przygotowane na dzisiejszy koncert są bardzo smutne.

– No nie. Śpiewam przecież przeróżnie. W różnych kontekstach. Akurat teraz są Zaduszki, a to czas przypomnienia ludziom o pewnych wartościach z tym związanych.

Lubi pan śpiewać na stypach?

– Na stypach? Kiedyś parę razy się zdarzyło, ale teraz już nie. Ja teraz już jestem od dawna zawodowym muzykiem, który gra koncerty normalne, gdzie przychodzi publiczność, gdzie po prostu normalnie się wszystko odbywa. Jest koncert, jest publiczność.

Często się pan wzrusza?

– Bardzo często. Naprawdę bardzo często. Płaczę. Ogólnie jestem twardym facetem, ale wzruszam się na bajkach.

Co ostatnio pana wzruszyło?

– Mnie wzrusza bardzo ludzkie cierpienie. Trudno to powiedzieć. Jest tak wiele zła, smutku i cierpienia ludzkiego na świecie. I czasami wydaje mi się, że aż za trzech się martwię. Za trzech płaczę. Za trzech cierpię. Wzruszam się.

Przez ostatni rok zmarło wiele osób związanych z muzyką. Kora, Tomasz Stańko, Avicii… Ktoś z nich był dla Pana autorytetem?

– Tomasz Stańko przede wszystkim. Trębacz jazzowy. Wspaniała postać. Wielka legenda. Kora! No wiadomo. Bardzo dużo osób umarło, bardzo wielu bohaterów, ale też bardzo wielu cudownych ludzi takich owakich, o których nic nie wiemy.

Jest Pan sentymentalny?

– Bardzo.

A jakie ma pan wspomnienia związane z Lublinem?

– Jestem lubelakiem urodzonym w Świdniku. Młodość spędziłem w Lublinie. Mam dużo wspomnień, nawet bardzo dużo wspomnień! Nawet tu gdzie siedzimy (Centrum Kultury – przyp.red.). Pamiętam wszystko, jak jeszcze był Hades, pamiętam ten cały remont budynku. I zznowu tutaj jestem i znowu gram! Na Lublin zawsze mogę liczyć.

A z Czarcią Łapą ma pan jakieś wspomnienia? To już historyczne miejsce, które niedawno zamknęli…

– Też mam! Zamknęli Czarcią Łapę?! Naprawdę?! Koniec świata… Bo Czarcia Łapa to był też kiedyś słynny kabaret. No takie miejsce legendarne. Naprawdę….? No koniec świata!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o