Wypadki uczą cierpliwości. Można z tego wynieść coś dobrego. Naukę i nauczkę na przyszłość – tłumaczy znany motocyklista Kuba Piątek. W wieku trzech lat lublinianin po raz pierwszy wsiadł na zielony motocykl, który podarował mu tata. W jego karierze nie brakowało licznych sukcesów, jak ukończony na 20 miejscu Rajd Dakar. Zdarzały się również gorsze chwile, po których zawsze wracał silniejszy.

Kuba Piątek swoją przygodę z motocyklami rozpoczął w wieku 3 lat. To właśnie wtedy dostał swój pierwszy, zielony motocykl, który kupił mu tata.

– Taki dla małych dzieci, ale na dwóch kółkach – wspomina sportowiec. – Pierwszy prawdziwy motocykl dostałem w wieku pięciu lat. Zaczęło się od tego, że poszedłem na pierwsze zawody, które były organizowane w Lublinie i startował w nich mój tata. Tam był jeden sprzedawca i miał motocykl. Wtedy też miałem okazję pierwszy przejechać się na nim, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia, bo tata patrzył, pilnował, wszystko musiałem zrobić dokładnie według jego wskazówek, więc nie miałem z tego radochy – śmieje się.

Na tym się jednak nie zakończyło. – Potem przejechałem się jeszcze raz, już bardziej na swoich zasadach, chociaż ciężko mówić o zasadach, bo miałem pięć lat, ale już trochę szybciej i wtedy mi się to spodobało! W rezultacie kupiliśmy ten motocykl – odpowiada Kuba.

Prawdziwa pasja

Zaczęły się pierwsze treningi. – Wtedy jeszcze nie mogłem startować. Licencję można było mieć w wieku 12 lat, więc te moje zawody to były takie bardziej pokazy, chociaż grupa młodych zawodników robiła się coraz większa. W Lublinie miałem mnóstwo kolegów, którzy też jeździli na motocyklach, więc dla nas robiono takie wyścigi, ale pokazowe. Były puchary do zgarnięcia, ale bez żadnych tytułów – zaznacza.

Rodzice nie czuli strachu. Wiedzieli, że to jego prawdziwa pasja. – Jak wsiadasz do samochodu i masz przejechać z miejsca na miejsce, to nie bierzesz pod uwagę tego, że może się zdarzyć wypadek, że coś się stanie, tylko jedziesz. Tak samo jest z jazdą na motocyklach – tłumaczy zawodnik.

Jak mówi, ten sport niesie ryzyko kontuzji, ale nie bardziej niż inne. – Mamy kaski, ochraniacze, w głowie też w miarę poukładane! – uśmiecha się. – Kontuzji też chcemy unikać, więc rodzice to na pewno wiedzieli i bardzo mnie wspierali.

Gdy był nastolatkiem, co weekend brał udział w zawodach. – Rodzice pakowali samochód, wyjeżdżaliśmy późno w nocy, później ja do szkoły, a oni do pracy. Wielki szacun dla nich, bo to wszystko było ciężko zgrać, ale im się udawało i też się poświęcili dla tego sportu. Wtedy jeździliśmy jeszcze z bratem, więc oni zrobili wszystko, żebyśmy mogli odnosić sukcesy – dodaje.

Ojciec

Kariera Kuby potoczyła się błyskawicznie. W wieku 11 lat zrobiłem licencję, więc startowałem w Mistrzostwach Strefy Centralnej. Później w Mistrzostwach Polski w wieku 13 lat. W wieku 16 lat byłem na pierwszych Mistrzostwach Europy. Jak miałem 23 lata to wziąłem udział w Mistrzostwach Świata. Wszystko działo się bardzo szybko – wspomina.

Chociaż sam już startował, nadal był wiernym kibicem swojego taty, Darka Piątka. – W 2000 roku tata pojechał na Dakar do Afryki. Śledziłem wszystko z Lublina, mimo że wtedy jeszcze też nie wiedziałem dokładnie, co to są za zawody. Znacznie bardziej mnie ekscytowała myśl, że jest król lew, pustynia, sawanna, żyrafy, no i gdzieś tam po drodze mój tata na motocyklu – uśmiecha się. – Pamiętam, że nie ukończył Dakaru, bo zepsuł mu się motocykl. Z roku na rok jednak ta myśl o Rajdzie Dakar kiełkowała coraz bardziej i bardziej. Kiedy relacje w telewizji były już bardziej dostępne, zawsze je śledziłem. Od lat jestem wielkim fanem tego rajdu – dodaje.

Akademia Młodych Talentów

W 2013 roku nastąpił przełom. Kuba został wyłoniony spośród ponad stu zawodników i dołączył do Akademii Młodych Talentów.

– Na początku roku złamałem rękę i to był bardzo intensywny czas. Miałem 22 lata, byłem na studiach, ze złamaną ręką, więc ten okres bardzo mi się dłużył. Później gruchnęła informacja o naborze do Orlen Teamu, więc musiałem się mocno spiąć i nadrobić te zaległości. Codzienne treningi, odpowiednia dieta i dostałem się do Akademii – odpowiada.

W 2014 roku przyszedł czas na pierwszy Rajd Dakar. – Jako uczestnik Akademii dostałem wsparcie od najlepszego polskiego zespołu, ale tak naprawdę wszystkie zawody musiałem sobie zaplanować sam. Gdzie będę startował i trenował, a oni to po prostu obserwowali – wspomina swoje przygotowania. – Mieliśmy dylemat, co robić, bo dobrze jeździłem w Mistrzostwach Polski, miałem już tytuły, ale ten motocross i rajdy cross country to dwie różne bajki. Równie dobrze mógłbym spróbować jeździć na żużlu. Jedyne podobieństwo jest takie, że jeździsz na motocyklu, ale to zupełnie inne dyscypliny.

Wtedy zapadła decyzja o udziale w Mistrzostwach Świata. – Decyzja o tyle ciężka, bo z jednej strony mogłem nabierać doświadczenia, ale gdyby mi źle poszło, to byłbym od razu stracony. Pojechałem i to się opłaciło. To były Zjednoczone Emiraty Arabskie, wtedy też widziałem Dubaj i wszystko to robiło na mnie ogromne wrażenie. Poza tym startowałem z zawodnikami, których wcześniej widziałem tylko w telewizji. Tam wszystko wypaliło! – podkreśla Kuba.

Krew, pot i łzy

Rajd Dakar trwa 14 dni. Na każdy dzień musiał przyjąć odpowiednią strategię. – Najważniejsze jest doświadczenie i zachowanie takiej chłodnej głowy. To nie jest rajd, w którym wygrywa najszybszy. Trzeba wiedzieć kiedy zaatakować, a kiedy odpuścić – wyjaśnia sportowiec.

W Dakarze nie startuje się z jednej linii i nie wiadomo, jak jadą konkurenci. – Na pustyni większość czasu jest się samemu. Tylko ty i nawigacja. Musisz wiedzieć dokładnie, gdzie jesteś. Każdy ma kryzys podczas takiego rajdu. I ważne jest, aby ten kryzys jakoś przeżyć. Ale chyba najważniejszą rzeczą jest umiejętność odpuszczania – podkreśla.

Na trasie nie brakowało trudnych chwil. – Da się je przeżyć, bo każdy dzień kiedyś się kończy. Po prostu dojeżdżasz i zapominasz. Jest ciężko. Byłem np. na środku pustyni i pomyślałem, że zrezygnuję. Wtedy pojawiła się myśl, że i tak muszę później dojechać. Kiedy sobie uświadomiłem, ile przeżyłem przez ostatnie dni, żeby być tu gdzie jestem, jak dużo to kosztowało, to jednak to daje kopa! Wtedy decyzja może być jedna: jechać dalej i to ciągnąć – uśmiecha się Kuba.

Duże znaczenie ma wsparcie kibiców. – Jak masz dostęp do portali społecznościowych, do internetu i zobaczysz tych wszystkich ludzi, którzy cię wspierają to już wiesz, że nie możesz odpuścić – przyznaje.

Czy umie żyć bez adrenaliny? – Ciężko stwierdzić. Teraz na przykład zacząłem latać samolotem. Dla mnie to jest ekscytujące, ale jest to też czymś normalnym, a inni odbierają to jako ekstremalne. Więc te progi się zwiększają. Ale przyznaję, że trochę potrzebuję tego ciśnienia w środku! – śmieje się.

Rajd Dakar

Na Dakarze musiał też się zmierzyć z pogodą. – Często wstawałem o godzinie 3 albo 4 nad ranem, wsiadałem na motocykl i jechałem na przykład 900 km, zjeżdżałem około godziny 15 czy 16. Na pustyni, jak jest ciemno, to jest zimno, dlatego wkładałem na siebie wszystko, co miałem ze sobą, a i tak byłem przemarznięty – opowiada sportowiec. – Kiedy słońce wychodziło, to bardzo szybko robiło się ciepło i wtedy był problem, co zrobić z kurtkami. Na szczęście, na starcie były jakieś wozy z telewizją czy mechanicy, więc mogłem im to podrzucić.

Kuba przyznaje również, że dla organizmu było to duże wyzwanie. – Radziłem sobie nieźle. Byli zawodnicy, którzy mieli największe problemy z wysokościami. Jeden dzień w Chile byliśmy przy samym oceanie, a następnego dnia byliśmy w Boliwii i tam było 4900 metrów n.p.m. Te skoki były bardzo duże i organizmy wielu zawodników miało z tym problem – mówi sportowiec. – Pamiętam, że jak byłem na dużej wysokości to strasznie chciało mi się spać. Wydawało mi się, że na motocyklu nie da się zasnąć, bo cały czas się coś dzieje, a naprawdę zasypiałem, oczy mi się zamykały. Wtedy zjeżdżałem, robiłem kilka pompek, przysiadów i na kolejną godzinkę starczało. Później było znowu sennie i znowu musiałem się zatrzymać. Jak był odcinek specjalny to ta adrenalina robiła swoje i wtedy dawałem radę. Inni mieli ogromne bóle głowy, tracili przytomność i to było największą przeszkodą. Na szczęście byłem z tych, co sobie radzili – podkreśla.

Podróże małe i duże

Kuba na motocyklu zwiedził wiele krajów. – To jest zabawne, bo jak wracałem do domu i oglądałem relację z Dakaru, to fotografowie pokazywali takie piękne miejsca. Jak sam tamtędy jechałem, to wcale tego nie widziałem. To był strasznie ciężki teren, który po prostu trzeba było przejechać – opowiada.

Dubaj jednak zrobił na nim duże wrażenie. – Przylatywałem wcześniej i w Dubaju podobał mi się ogrom tych budynków, nowoczesność na każdym kroku, a wokół pustynia. Wyjeżdżasz i jest wszędzie piach – wspomina Kuba.

Spodobało mu się też Buenos Aires. Zaimponowali mu również tamtejsi kibice. – Tam są dużo weselsi ludzie i kibice. Bardzo mocno to przeżywają, wszędzie impreza, tańce, widać, że się z tego cieszą! Potrafili wstawać o 4 czy 5 nad ranem, żeby tylko nam pomachać. Przyjeżdżałem już zmęczony, bo jadę 10 dzień, a kibice stoją i machają, to i ja ostatkiem sił im pomacham. W ten sposób dodawali nam sił, by dalej się ścigać – mówi zawodnik.

Tubylcy

Rajd Dakar nie odbył się jednak bez przeszkód. Kuba wiele razy zatopił swój motocykl. Jednak tubylcy wyciągnęli pomocną dłoń.

– W Ameryce bardzo pomagali. Jak utopiłem motocykl, a zdarzyło się to w rzece i na jeziorze, to na nich zawsze mogłem polegać. Co by się nie działo, to oni będą starać się ze wszystkich sił. Ogarną najlepszych mechaników, a wiadomo, że na środku pustyni to ciężko o najlepszego speca – wspomina z uśmiechem. – Tak samo, jak zepsuł mi się motocykl na ostatnim Dakarze, w którym brałem udział w 2018 roku, to przyjechali pik-upem i zaproponowali, że wezmą motocykl i wrócimy na biwak. Proponowali piwo, whisky, ale oczywiście odmówiłem. (śmiech) Wiadomo, że polscy kibice są najlepsi, ale moglibyśmy trochę tej radości od tamtych wziąć – dodaje.

(Nie)szczęśliwe wypadki

Pustynia również bywała zdradliwa. – Wypadki uczą pokory. Pamiętam pustynię w Abu Dhabi, wtedy to był jeszcze moment, gdy się uczyłem. Przejeżdżam już te wydmy, serfuję po nich i już tak poczułem się fajnie i dosłownie dwie wydmy później zaliczyłem koziołkowanie! (śmiech) Trzeba zachować respekt i bezpiecznie jechać. Pustynia i te rajdy bardzo szybko pokazują ci twoje miejsce – mówi zdecydowanie.

Jego zdaniem, wypadki uczą też… cierpliwości. – Chce się szybko wrócić i jak najszybciej jeździć, ale jednak złamana noga bardzo mocno ci to uniemożliwia. Każdy pewnie odbiera to inaczej, ale jeśli potraktujesz to jako naukę na przyszłość to też jest dobra lekcja. Można z tego wynieść coś dobrego. I naukę, i nauczkę na przyszłość – tłumaczy.

Przed Kubą nowe wyzwania. – W kwietniu startują Mistrzostwa Świata. W tej chwili staram się znaleźć budżet na to, żeby wystartować. Jest to jednak dość kosztowny sport i nie jest łatwo. Ruszam też z nowym projektem dotyczącym wystąpień publicznych i spotykania się z fanami. Mam ponad 20 lat doświadczenia w jeździe motocyklem, więc mam wiele historii, którymi mógłbym się podzielić, żeby zainspirować innych! – uśmiecha się Kuba Piątek.

KUBA PIĄTEK

Zawodowy motocyklista z 24-letnim stażem. Przełomem w karierze Kuby był rok 2013 kiedy to ORLEN Team ogłosił nabór do Akademii Młodych Talentów. Został wybrany spośród setek kandydatów. W 2014 roku lubelski zawodnik ukończył z powodzeniem rundy Mistrzostw Świata cross-country w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze i na Sardynii. W tym samym roku w Maroku obronił pozycję lidera, zdobywając Puchar Świata w klasyfikacji Junior. Dakar 2015 stał się spełnieniem marzeń Kuby. Niestety wskutek awarii motocykla musiał wycofać się z rywalizacji na 8 etapie. Dakar 2016 ukończył już na świetnym 20 miejscu.

Zdjęcia: Archiwum Kuby Piątka

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o