Jak chcesz poznać jakieś miasto, to najpierw poznaj jego historię i legendy. Uwielbiam słuchać miejskich opowieści i baśni, a potem wyszukiwać place lub uliczki, kamienice, gdzie dawno, dawno temu działy się przedziwne, czasami mrożące krew w żyłach rzeczy.

Mój ukochany Lublin dysponuje taką liczbą interesujących legend, że – jestem tego pewna – mamy z mężem przed sobą jeszcze nie jeden ciekawy weekend.

Jeszcze w dzieciństwie mama (a może ciocia – już nie pamiętam, tak dawno to było) opowiedziała mi legendę, według której nazwa Lublina pochodzi od ryby. Książę rozkazał rybakom zarzucić sieci na Bystrzycy: „Wasz gród będzie nazywał się tak, jak ryba wyłowiona z rzeki”. W sieci wylądował szczupak i lin. „Szczupak lub lin?” – zapytał książę. Wśród rybaków wybuchł spór: szczupak to wilk rzeczny, niech będzie lin. „Lublin” – miał zdecydować książę. I mamy piękną nazwę! Osobiście kojarzę Lublin ze słowami „lubiany” i „lubić”.

Chyba najsłynniejszą lubelską legendą jest ta o Czarciej Łapie. Tak naprawdę to jest to historia o biednej wdowie, ograbionej przez magnata z całego jej majątku, która zwróciła się z tym problemem do Trybunału. A magnat przekupił sędziów i świadków. Zdesperowana wdowa stwierdziła, że nawet diabli wydaliby sprawiedliwszy wyrok. I nocą pod Trybunał zajechała karota. Wysiadło z niej kilku sędziów, którzy jeszcze raz rozpatrzyli sprawę na korzyść wdowy. Podpisując wyrok, jeden z sędziów położył ręką na stole, a w miejscu tym pozostał wypalony ślad. Na krzyżu wiszącym na ścianie, Chrystus odwrócił głowę, gdyż nie mógł patrzeć na to, że czarty wydały sprawiedliwszy wyrok od ludzi. Stół z wypalonym śladem diabelskiej dłoni znajduje się Muzeum Lubelskim.

Krótka podróż ulicami Starego Miasta przyprowadziła mnie przed Trybunał, gdzie cała ta historia miała miejsce. Spróbowałam wyobraźić sobie, jak ciemną nocą przed tym gmachem zatrzymuje się czarna karoca, zaprzężona w czarne konie, a z nich wysiadają czarne demony…

Ciekawa jest legenda o tym, skąd w lubelskim herbie wziął się koziołek. Mieszkańcom Lublina bardzo zależało na tym, aby miasto uzyskało prawa miejskie, dlatego do Krakowa pojechała delegacja posłów. Ówczesny książę Władysław Łokietek wysłuchał opowieści o tym, jak po jednym z tatarskich ataków na miasto grupa dzieci, które schroniły się przed najeźdźcą w wąwozie, przeżyła tylko dlatego, że wykarmiła je jedna koza. Książę nadał Lublinu prawa miejskie i zasugerował, aby w herbie umieszczono kozę oraz winorośl. Kiedy posłańcy odebrali gotowy herb, przerazili się. Ujrzeli na nim starego długowłosego capa, obżerającego się winogronami. Ale mieszczanie tak się cieszyli z nadania im praw miejskich, że na herb nie zwrócili uwagi. Z biegiem czasu obraz koziołka się zmienił. Powiem wam, że bardzo go lubię 🙂

Następnym razem opowiem Wam o moich ulubionych lubelskich legendach 🙂

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o