Śmierć bliskiej osoby potrafi złamać najsilniejszego. Nierzadko zdarza się, że poczucie straty i pustki po zmarłym przytłaczają na tyle, że tracimy sens życia, a smutek przeradza się w destrukcyjną depresję. Istnieje też zjawisko żałoby zbiorowej, którą przeżywamy zawsze gdy umiera osoba znana, mająca ogromny wpływ na jakość naszego życia, czy kształtowanie poglądów.

Specjaliści mówią zgodnie: trzeba dać sobie czas na przeżywanie smutku, ale nie wolno go przeciągać. Podpowiadamy, jak radzić sobie w okresie żałoby.

Czas żałoby

Kiedy odchodzi rodzic, rodzeństwo czy bliski przyjaciel, nagle cały bezpieczny świat, który tworzyliśmy z tą osobą, popada w ruinę. Zatem czas żałoby powinniśmy poświecić nie tylko na wspomnienia, ale też na przemyślenia co dalej. Żałobnik ma prawo wymagać od innych nieco więcej wyrozumiałości niż zwykle, może też poprosić o dotrzymywanie towarzystwa, by zmniejszyć uciążliwe poczucie pustki i osamotnienia. Nikt nie powinien też zabraniać mu łez i chwil słabości, których być może niegdyś miewał znacznie mniej. Ale przede wszystkim, choć wydaje się to niektórym niewykonalne, warto żałobę przekuć w przemyślenia o tym, jak wrócić na dawne tory i jak je dostosować do obecnej sytuacji.

– Żałoba jest czasem zatrzymania się, okresem, w którym organizm próbuje sobie poradzić ze stresem, jakim jest utrata bliskiej osoby. Ale równocześnie jest to też czas adaptacji do zmienionych owym brakiem warunków życia i wypracowania nowych sposobów radzenia sobie z emocjami – wyjaśnia psycholog, Dorota Kaczmarkowska.- Wskazana jest w tym okresie natomiast zawsze obecność drugiej osoby. Niekoniecznie stała, fizyczna, oparta na nieustannej rozmowie. Pomocna dla żałobnika będzie też sama świadomość, że można kogoś zawołać bądź porozmawiać niemal w każdym momencie, albo na odwrót – posiedzieć razem w milczeniu.

Eskalacja smutku

Pogrzeb, bez względu na więzi jakie łączyły nas ze zmarłym, jest wydarzeniem trudnym i przygnębiającym.

Moment ten staje się punktem zwrotnym w całym życiu żałobnika. Pożegnanie i świadomość, że widzimy kogoś po raz ostatni wyzwala ogromny ładunek emocjonalny, z którym radzimy sobie bardzo różnie. Niektóre osoby o wiele szybciej dochodzą do siebie po pogrzebie. Wynika to z wielu czynników: mają niezwykle silne poczucie odpowiedzialności za wykonywaną pracę czy bliskich, którzy także cierpią, uciekają w kolejne projekty, by nie myśleć o przykrym wydarzeniu, albo nie były zbyt mocno związane ze zmarłym.

W każdym podręczniku psychologii przeczytamy o czterech etapach żałoby: 1. Szok i otępienie tuż po śmierci bliskiej osoby, którym towarzyszyć może wstrząs psychiczny i niedopuszczanie do siebie myśli o śmierci. Fazę drugą, nazywaną tęsknotą i żalem, charakteryzują stany takie jak szukanie zmarłego, gniew i poczucie winy. Faza trzecia, dezorganizacja i rozpacz, to poczucie bezsilności, beznadziejności i głębokiego smutku, które przez pewien okres przenikają się ze stanami fazy poprzedniej. Ostatnim etapem żałoby jest reorganizacja i powolny powrót do rzeczywistości.

– Najnowsze badania pokazują, że poszczególne etapy przestają w tak ,,uramowany” sposób obowiązywać. Okazało się, że jest to proces o wiele bardziej złożony i zindywidualizowany. Na ogół jest tak, że poszczególni ludzie z żałobą radzą sobie na podobnej zasadzie jak z innymi trudnymi sytuacjami, które ich w życiu dotykają – zwraca uwagę psycholog.

Wyznaczyć sobie granice

Śmierć bliskiej osoby jest dla żałobnika momentem zawieszenia. Nagle wszystko, co go otacza i czym się na co dzień zajmował, przestają mieć znaczenie. Ale życie toczy się dalej, po pogrzebie większość obecnych musi wrócić do rzeczywistości. Jak to zrobić?

– Nie ma jednego określonego sposobu ,,przepracowania” żałoby, gdyż każdy przeżywa stratę bardzo indywidualnie i właśnie na ową indywidualność trzeba w tej kwestii szczególnie sobie pozwolić. Ani samego siebie nie poganiać, ani też – paradoksalnie – na odwrót, nie obwiniać się, gdy organizm wraca do funkcjonowania szybciej, niż przypuszczaliśmy, bądź zakładają owe książkowe etapy – wyjaśnia Dorota Kaczmarkowska.

Bardzo pomocne może okazać się wyznaczenie sobie pewnych (rzecz jasna czysto umownych) granic. By to zrobić, musimy realnie spojrzeć na siebie, swój charakter i wartości, które wyznajemy. Jeżeli jesteśmy raczej melancholikami, dajmy sobie nieco więcej czasu, ale starajmy się każdy kolejny dzień wypełniać zajęciami, które choć kojarzą czy wiążą się z naszą stratą, są też mocno zakorzenione w rzeczywistości tu i teraz. Z dnia na dzień starajmy się podejmować wyzwania, które zmotywują nas do dalszego działania. Jeśli jesteś typem, który raczej ukrywa emocje – pozwól sobie teraz na odrobinę więcej samotności i pochlipywania w poduszkę. To moment, w którym dogłębnie oczyścisz swój umysł.

– To prawda. Granice żałoby ustalają się w sposób indywidualny. Niegdyś mówiono, że żałoba powinna trwać do roku, półtora, ale nie więcej niż 4 lata. Teraz i to podejście się zmienia, ze względu na wspomniany indywidualizm – podsumowuje psycholog.

Samo się nie wydarzy

A co w sytuacji, kiedy nie jesteśmy w stanie powiedzieć sobie: rok albo półtora? Cóż, pozostaje nam po prostu żyć i czekać aż wszystko unormuje się samo. Organizm jest niezwykle mądrym mechanizmem i z pewnością sam wyznaczy nam kres cierpienia związanego ze stratą. Bywa jednak, że rozpacz przysłania nam wszystko, uniemożliwiając powrót i bez pomocy osób z zewnątrz nie wydostaniemy się z tej pułapki.

– Na ogół otoczenie osób będących w żałobie ,,wyczuwa” zmiany, które sugerują, że nadszedł czas, by przyjrzeć się czy to jeszcze żałoba, czy już zaczął się proces przez nią wywołany i żyjący już odrębnym życiem, czyli np. depresja czy silny kryzys egzystencjalny, z którym dana osoba zupełnie nie wie jak sobie poradzić. Wtedy zazwyczaj jest potrzebna wizyta u specjalisty – mówi Dorota Kaczmarkowska.

Nic nas nie łączyło?

Niekiedy zdarza nam się zapłakać nad śmiercią osób zupełnie nam nieznanych, albo publicznych, których jednak nigdy osobiście nie spotkaliśmy. Czy wynika to z naszej nadwrażliwości? Niekoniecznie.

– Płaczemy, bo są oni najprawdopodobniej nośnikami realizacji wartości, które są nam bliskie i swoimi postawami oraz zachowaniami realizowały jakąś część ogólnoludzkiego dobra – mówi Kaczmarkowska.

Zjawisko żałoby zbiorowej przeżywamy zawsze gdy umiera osoba znana, szczególnie mająca ogromny wpływ na jakość naszego życia, ukształtowanie poglądów, a nawet charakteru. Kiedy zmarł papież Polak, Jan Paweł II, opłakiwał go cały świat, bo jego dzieła i decyzje odnosiły się do ludzi z całego świata, były przez ogół traktowane jako dobre, mające szerzyć miłosierdzie i pokój w niespokojnych czasach. Miesiącami nosiliśmy też w sercu żałobę po politykach, stewardesach i pilotach, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej, mimo, że o istnieniu niektórych z nich nie wiedzieliśmy. A jednak uznaliśmy, że byli to ludzie niewinni, którzy na tak tragiczny los nie zasłużyli.

– Skoro zjawisko zbiorowej żałoby istnieje, na pewno czemuś służy. Duże zło, które dzieje się na oczach wielu ludzi porusza swoją grozą, skalą, wzmaga poczucie bezsilności, a tym samym lęku i smutku. Osłabia nadzieję, że można z powodzeniem, bezpiecznie realizować jakieś dobro. Adekwatnie więc do rozmiaru owego fenomenu potrzebne jest większe wzmocnienie, a tym jest właśnie jednoczenie się wielu ludzi w wyrażaniu przeżyć związanych z żałobą. Odbudowuje to poczucie bezpieczeństwa i przywraca wiarę w sens i skuteczność pozytywnych działań – wyjaśnia psycholog, Dorota Kaczmarkowska.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o