Henryk Świerszcz ma nietuzinkową pasję, którą ostatnio postanowił podzielić się z innymi. W podziemiach Teatru NN zorganizowano wystawę jego kolekcji aparatów telefonicznych z różnych okresów historycznych, łącznic oraz starych wydawnictw dotyczących telekomunikacji. – Zaczynamy od lat przedwojennych – mówi z entuzjazmem. I z uśmiechem na twarzy rozpoczyna fascynujące opowiadanie o przeszłości.

Tesla, Samsung, Radomska Wytwórnia Telekomunikacyjna – modele tych i kilku innych marek telefonów pan Henryk posiada w swojej kolekcji. I nie są to wcale najnowsze cacka, a stare, choć dobrze zachowane, aparaty z lat 30., 40, 50, kończąc na… komórce. – To świetny sprzęt. Był już w wodzie, spadał wiele razy i jak widać trzyma się nieźle – opisuje samsunga z tradycyjną klawiaturą pan Henryk.

Pana pasja zrodziła się dość wcześnie, już na etapie edukacji szkolnej?

Zgadza się. Mój brat był uczniem Technikum Elektrycznego i postanowiłem pójść w jego ślady. On też podpowiedział mi, bym „zaczynał od prądu niskiego napięcia”. Praca przy łączności miała być łatwiejsza, co szybko zostało zweryfikowane w Technikum Łączności przy Wojciechowskiej, do którego uczęszczałem do 1981 roku. Moją fascynację podsycał później kierownik zakładu, do którego trafiłem po zakończeniu szkoły, który potrafił zaopiekować się młodymi ludźmi i odpowiednio nimi pokierować.

Kiedy zaczął Pan zbierać eksponaty?

Bezpośrednio po szkole rozpocząłem pracę w Okręgowych Warsztatach Poczty i Telekomunikacji w Lublinie. Kierownik Zbigniew Rusiak nie tylko wprowadzał nas wtedy w arkana zawodu, ale też uczył kultury i szacunku wobec techniki oraz urządzeń, z którymi przyszło nam pracować. To wtedy zacząłem swoją przygodę z kolekcjonerstwem.

Wspomina pan Zbigniewa Rusiaka bardzo ciepło. Jak długo pan z nim pracował?

To ciekawa historia. Z moim mentorem pracowałem kilka lat. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi. A po 89’, kiedy nastąpiła zmiana, zarówno w Polsce, jak i we mnie, otworzyłem własną działalność, role się odwróciły i to on, będąc już wtedy na emeryturze, zatrudnił się u mnie. Mogłem być wtedy konkurencją dla Telekomunikacji.

Jest Pan też konstruktorem.

Owszem, mam się czym pochwalić. Zbudowałem własną łącznicę CB ręczną, która potrafiła obsłużyć 480 numerów. Kiedy wówczas na pocztach były małe łącznice i pojawiła się potrzeba czegoś większego, mogłem jej sprostać. W taki sposób zasłużyłem się wiejskiej telekomunikacji. A przy tym nieźle na tym zarabiałem.

A ile łącznic Pana autorstwa znalazło nabywców?

Zbudowałem ich około 30. Wszystkie sprzedałem. Był na nie popyt. Zainstalowano je w zakładach telekomunikacji takich miejscowości jak Pisz, Łomazy, Janów Podlaski.

Zebrane w podziemiach Teatru NN eksponaty to wszystko, co Pan posiada.

Wcześniej stały w salonie mojego domu. Stanowiły bardzo elegancką i ciekawą dekorację. Nie było chyba osoby, która wchodząc, nie zaczynała zadawać pytań o ich pochodzenie i o to, co z nimi zrobię w przyszłości – czy mam w planach przekazać je jakiemuś muzeum albo tego typu instytucji czy raczej zostaną na stałe w rodzinie. I tak, to wszystko, co mam.

I co Pan postanowił?

Póki co mam się dobrze, zdrowie dopisuje. Chcę sam opowiadać o historii, która, choć wcale nie tak odległa, już wydaje się być zamierzchła. Dzisiejsze wynalazki bardzo mnie cieszą, ale też przerażają, kiedy widzę maluchy grające w komórce, albo młodzież oderwaną od rzeczywistości, zaczytaną w telefonie. Uważam, że wszystko jest ciekawe i potrzebne, tylko brakuje nam umiaru. Tym bardziej chcę przybliżać to, o czym niektórzy nie pamiętają, albo nie wiedzą, mieć swój wkład w przekazywanie wiedzy. A potem zobaczymy. Pracuję nad tym.

Pana wystawa cieszy się sporym zainteresowaniem. I miejsce nie jest przypadkowe.

Pracuję tu na stanowisku konserwatora. Dzięki uprzejmości dyrekcji mogłem na ostatnie dwa tygodnie zająć tę niewielką salkę. I dobrze, bo codziennie mam gości, z którymi mogę porozmawiać, coś wyjaśnić. Ludzie sporo pytają. A, że mamy ferie, nie brakuje też grup dziecięcych. Najmłodsi nie znają takich aparatów ani łącznic. Ale są bardzo ciekawscy, dotykają, kręcą korbkami. Nawet do siebie dzwonimy.

Dzwonicie do siebie?

Włożyłem sporo wysiłku, by zebrane aparaty nie tylko odnowić, ale też przywrócić do dawnej funkcjonalności. Niemal wszystkie działają. Z łącznicy, która stoi w samym centrum wystawy, można połączyć się nawet na komórkę.

Niewiarygodne. Brakuje Panu tamtych czasów?

Bywało zabawnie. Niegdysiejsze telefonistki były świadkami różnych scen i rozmów. Kiedy ktoś nie rozłączył połączenia, można było się o nim sporo dowiedzieć (śmiech). A z drugiej strony nawet wtedy byliśmy wyposażeni z rozmaite zabezpieczenia, np. na wypadek braku prądu, mieliśmy przenośne akumulatory, które zasilały łącznice. Już w 1935 roku były telefony z możliwością przełączania rozmów, a podczas wojny żołnierze mieli przenośne aparaty, więc wbrew pozorom, obecne i tamte czasy nie różniły się aż tak pod względem telekomunikacji.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o