Beata Bednarz jest obecna na polskiej scenie muzycznej już 35 lat. Od początku jest związana z muzyką gospel. Uwielbia kolędować, a Lublin odwiedziła podczas koncertu Emmanuel. Pieśni o Narodzeniu, który odbył się w ramach Festiwalu Bożego Narodzenia w Lublinie. Opowiedziała nam o swojej wierze, trudnych momentach i woli walki.

Lubi pani koncerty świąteczne?

– Wspólne kolędowanie jest czymś wspaniałym. Te kolędy, które zagraliśmy w Bazylice oo. Dominikanów czy podczas trasy Betlejem w Polsce budzą w ludziach dużo ciepła. Sama w domu nie mam już z kim kolędować. Dlatego tym bardziej lubię te spotkania, podczas których wspominam moje dziecięce lata.

Ma pani swoją ulubioną kolędę?

– Chyba jest ich nawet kilkanaście! (śmiech) Wydałam nawet płytę ze świątecznymi piosenkami i tam też zamieściłam tradycyjne kolędy, które rozbrzmiewają co roku w naszych domach.

Pamięta pani moment, kiedy za wszystko zaczęła pani dziękować Bogu?

– Pamiętam moment, w którym sobie to uświadomiłam. Wszystko co mam, co mnie otacza i to, kim jestem, dostałam od Boga. Pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy podziękowałam Panu Bogu za to, jaka jestem i za wszystko to, co działo się zanim ta świadomość w mojej głowie zajaśniała. To jest bardzo jasny punkt mojego życia.

Jak się nie poddawać w trudnych chwilach?

– To bardzo trudne pytanie, bo czasem sama staje pod ścianą i wiadomo, że wtedy człowiek próbuje ratować się, czy robić coś, bo wydaje mu się, że jeszcze coś może zrobić. Dlatego jak dochodzę do takiego momentu, że staję pod ścianą to łapię Pana Boga. Ale nie tylko wtedy. Bardzo świadomie każdego dnia oddaję mu każdy dzień i każdy problem, ale też każdą radość, ciesząc się i prosząc Go o wsparcie. Nie wyobrażam sobie życia bez Jego obecności w moim życiu.

Czy obecnie ludziom brakuje wiary?

– Nie wiem, ale myślę, że to są raczej takie indywidualne rzeczy. Czasy, w których żyjemy są szalonymi czasami. Musimy być piękni, doskonali, a przyznanie się do tego, że wierzę jest może traktowane jako takie przyznanie się do tego, że jestem słaby i że potrzebuję Pana Boga. Myślę też, że dzisiaj wielokrotnie Pan Bóg jest traktowany jako taki przeżytek, relikt czasów, które minęły. Poza tym jak człowiek nie pozna Boga, to tak naprawdę nie wie co traci.

W pani repertuarze znajdziemy również utwory pasyjne. Dlaczego nie lubi pani określenia muzyka religijna?

– Dla mnie muzyka religijna jest takim workiem, który nic nie wyraża. Tu trzeba sobie zadać pytanie, czy muzyka może być religijna? No chyba nie! (śmiech) Lubię inne określenie, które jest amerykańskie, czyli muzyka gospel. Muzyka gospel to muzyka, która niesie ewangelię, przekaz. To jest bardzo szerokie pojęcie, a nam słowo gospel kojarzy się z czarnymi chórami i konkretną muzyką. Natomiast ta forma gospel rozrosła się i obecnie w wielu różnych gatunkach ma swoich przedstawicieli. Wolałabym, chociaż wiem, że to będzie trudne, ale żeby takie określenie znalazło swoje odzwierciedlenie również w Polsce. Żeby była to muzyka z przekazem niosąca dobrą nowinę.

Jak bardzo rozwinięty jest nurt takiej muzyki w Polsce?

– Coraz bardziej i coraz prężniej. Czasy, a właściwie lata, w których bardzo dynamicznie były organizowane warsztaty gospel, które propagowały tę muzykę mamy za sobą. Pojawiają się inne nośniki i inne środki przekazu. Mamy radiostacje, jest YouTube, który rozpowszechnia tę muzykę. Myślę, że ona miała się lepiej w czasach, gdy zaczynałam śpiewać, czyli trzydzieści pięć lat temu. Mam nadzieję, że w Polsce będzie jej jak najwięcej, bo to nie sama muzyka, ale treści niosą życie, pocieszenie i nadzieję. Wraz z tą muzyką możemy zrobić coś dobrego w sercach ludzi.

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o