Janusz Radek działa na polskim rynku od ponad dekady i z roku na rok zyskuje kolejnych fanów. Jest nie tylko wokalistą, ale też aktorem teatralnych inscenizacji muzycznych. W swoim dorobku ma już siedem płyt, kilkadziesiąt zagranych recitali, spektakli muzycznych i koncertów. O przygodzie z zespołem punkowym i inspiracjach rozmawialiśmy z artystą podczas jednego z jego koncertów w Lublinie.

Twój dorobek jest bardzo bogaty. Mnóstwo recitali, występów teatralnych czy koncertów. Co dla Ciebie jest najważniejsze?

– Ja tego nie rozróżniam w ten sposób. Nie lubię takiego rozróżnienia. Najważniejszy jest szacunek do ludzi i dawanie im rzetelnej sztuki. W zależności czy to jest mała sala, czy duża. Trzeba zrobić po prostu coś, co Ciebie samego zachwyci. I to się potem przełoży na publiczność i będziemy wszyscy zadowoleni.

Recitale i teatr to tzw. kultura wysoka. To ważne, żeby dotrzeć do wyszukanego odbiorcy czy raczej liczy się dobra zabawa?

– Nie, nie, nie. Nie ma czegoś takiego! Niestety robi się takie podziały, że ktoś kto jest np. robotnikiem to nie może sięgnąć kultury wysokiej. Cokolwiek by to miało znaczyć. Ja tego nie rozumiem. Czy ktoś kto jest szlifierzem nie może słuchać na przykład Góreckiego? Jakby mu ktoś pokazał utwory i symfonie Góreckiego to niewykluczone, że facet by znalazł tam coś ciekawego. Mnie interesuje opowiadanie historii i kontakt z ludźmi.

Swego czasu bardzo dużo występowałeś w teatrach. Teraz robisz to rzadziej. Czas na nowy etap?

– Czekam na taki teatr muzycznie eksperymentalny. Nie funkcjonuję w teatrze musicalowym, bo odśpiewywanie musicali kupowanych na licencji, czyli na przykład: Notre Dame de Paris, mnie nie interesuje. Jakbym chciał, to mogę sobie sam zrobić ten musical! (śmiech) I pojechać w trasę z takimi piosenkami. Ja bym wolał, żeby coś było napisane współcześnie, czyli ktoś pisze musical na podstawie tego co obserwuje wokół nas.

Nigdy się nie wzbraniałeś przed różnym repertuarem. Śpiewałeś Niemena, Rubika, Jacksona czy Franklin.

– No i też swoje utwory. Jest też Poświatowska. Ale to nie jest takie mierzenie się. Po prostu jest potrzeba chwili chociażby.

Trzeba prześpiewać swoje, żeby móc powiedzieć coś od siebie?

– Myślę, że najpierw trzeba wiedzieć coś o sobie, żeby cokolwiek zaśpiewać. Odwrotnie.

Twoim idolem jest Prince?

– Prince zawsze, za każdym razem. Od kiedy pierwszy raz usłyszałem Prince’a, czyli dotykając chociażby filmu Purple Rain. Ale to jest żywiołowe, proste granie.

Twój repertuar zmieniał się stylistycznie. Z czego to wynika? Ciągłe poszukiwanie?

– Z zachwytów! Ja jestem facetem, który się ciągle zachwyca! Zresztą, ja nie funkcjonuję w gatunkach. Gatunki mnie nudzą. Gdybym miał się utożsamiać tylko i wyłącznie z gatunkiem, to byłaby to najnudniejsza rzecz pod słońcem! Bo człowiek się zmienia. Człowiek dorasta. Człowiek ma nowe postrzeganie świata. I używa gatunków jako języka. Jako formy przekazu. Gdybym miał się zatrzymać w śpiewaniu soulu, to bym się po prostu zanudził na śmierć!

W Twojej muzycznej biografii pojawia się również epizod w zespole punkowym?

– No tak! Dlaczego nie? (śmiech) Tak, było coś takiego. To były te czasy, w których jeszcze nikt nie wydawał płyt, tylko się wydawało kasety.

Jak wtedy wyglądało muzykowanie?

– No podobnie jak teraz. Tylko ostrzej się grało. (śmiech)

To wynikało z buntu?

– Trochę z buntu. Trochę z kpiny. Bo u mnie więcej jest kpiny niż buntu. Ja już jestem za stary na bunt, ale dziwię się, że większość młodych ludzi się zupełnie nie buntuje. Raczej piszą o tym i śpiewają o tym, jak im jest świetnie i jakie to miłe. (śmiech) Jakie to miłe, dookoła sypie się świat!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o