TSA to zespół okrzyknięty mianem polskiego AC/DC wykonujący muzykę rock&rollową. Od początku istnienia byli uważani za prekursorów muzyki heavy metalowej w Polsce. Marek Piekarczyk jako wokalista rozpoczął swoją przygodę z zespołem w 1981 roku. O festiwalu w Jarocinie, muzycznych lat osiemdziesiątych, początkach TSA i o tym jak został artystą opowiedział nam przy okazji jednego z koncertów w Lublinie.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś chłopaków z TSA?

– Pierwszy raz usłyszałem ich w Nysie. To był jakiś tam ogólnopolski przegląd. Ja wtedy śpiewałem w zespole Sektor A i dostałem się do złotej dziesiątki razem z nimi, do koncertu laureatów. Były dwa dni przesłuchań. Pierwszego dnia grał zespół Mech. Spałem cały koncert, bo taki huk był. Drugiego dnia grał jakiś dziwny zespół. Kolesie chodzą w jeansach, stare wzmacniacze, uśmiechają się, stroją się w czasie grania. Normalnie zatkało mnie! To było prawdziwe brzmienie rockandrollowe. Podobało mi się to strasznie. Poszedłem za kulisy i zobaczyłem zespół TSA. Oczywiście oni wtedy nie skakali po scenie, tylko byli grzecznymi chłopczykami. I tam się poznaliśmy.

I co było później?

– Dowiedziałem się od nich, że będą w Jarocinie i ja akurat z sektorem A też tam pojechałem. Mój zespół wypadł blado, ale ja zostałem zauważony jako wokalista. Nooo, przywalałem ostro tam wtedy! W sensie wokalnie, nie tam w żyłę, bo nigdy tego nie robiłem. Po prostu nie było żartów! Śpiewałem bardzo trudne rzeczy i bardzo wysokim głosem. I to się podobało. A potem koledzy z TSA się rozkręcili. To był najlepiej brzmiący zespół, jaki słyszałem w naszym kraju. A chodziłem na koncerty Nalepy, SDB, Niemena i znałem różne dobre brzmienia. Jak zaczęli szaleć! To wyglądało tak, jakby innym się nie chciało grać! No i musieli wygrać.

Trafiłeś do zespołu, gdzie wszyscy byli młodsi o około 10 lat. Jak się dogadywaliście?

– Byłem kolesiem z trzydziestką na karku. W ogóle to się taka przepowiednia spełniła. Bo kiedyś jak byłem hipisem, to spałem na ławce na rynku w Bochni i o piątej rano mnie obudziły Cyganki, że mi powróżą. A ja mówię, że przecież ja nie mam kasy! A one, że mi powróżą za darmo! Tak patrzą na te moje ręce i mówią: ty masz ręce wybrańca losu. Ty będziesz na cały świat znany! Wszędzie! Będą cię ludzie kochali.

Uwierzyłeś?

– Byłem wtedy malarzem i śpiewałem coś, ale nie wiedziałem wtedy, że to ma jakieś znaczenie. I powiedziały mi, że w ostatni dzień trzydziestego roku życia wszystko się zmieni. I potem gratulowałem chłopakom z TSA. Raz w życiu byli mądrzy i wybrali mnie! (śmiech) To im życie uratowało! (śmiech) Mimo że Rysiek Riedel chciał z nimi śpiewać i paru innych, ale oni woleli takiego nieznanego człowieka.

Od początku istnienia TSA kojarzył się z Wami plakat z hasłem „heavy metal rock”. To była szuflada?

– To był bajer. Nie wiedziałem, co to jest heavy metal. Puszczali mi AC/DC, różne rzeczy, ale jakoś mnie to nie przekonało. Byłem wychowywany na innej muzyce. Na bluesie, na jazzie, na rock’n’rollu takim klasycznym. W każdym razie trafiło mi się to jak ślepej kurze ziarno, bo kończyłem trzydzieści lat i ta przepowiednia się spełniła! Umówiłem się z kolegami, że będę śpiewał sobie z nimi, ale jeszcze nie mieliśmy ani jednej próby. Przyjechałem do Sopotu. Przyjechałem autostopem, w jednych dziurawych spodniach. Nie miałem kasy w ogóle. Jechałem dwa dni chyba do tego Sopotu. Pełen amfiteatr, opera leśna i siedem tysięcy ludzi. Musiałem coś zaśpiewać! Tam urodziłem się jako nowy wokalista. Pomyślałem sobie, że wreszcie wiem, kim jestem. Nie myślałem o kasie, bo nie było kasy. Na drugi dzień szedłem ulicą i jakaś hipiska mi składała życzenia. I sobie przypomniałem, że mam urodziny. Skończyłem trzydzieści lat… Na drugi dzień. (śmiech)

Czym był festiwal w Jarocinie dla TSA?

– Dla TSA to było w ogóle jak gniazdo. Tam wszystko się wydarzyło. To było miejsce, w którym bardzo wielu ludzi się spotkało. Takich, którzy nigdy by się nie spotkali. I wydarzyło się mnóstwo rzeczy artystycznych i społecznych.

A czym jest Jarocin dzisiaj?

– Małe miasteczko, które nie było w stanie wykorzystać swojej szansy, którą dostało w czasie stanu wojennego. Czym mógł być Jarocin? Tym czym Woodstock dla USA. Ale niestety Jarocinowi urosła wielka konkurencja, bo Owsiak się zachwycił Woodstockiem i wymyślił sobie, że będzie miał największą tubę propagandową, a on debiutował w Jarocinie! Bo ja prowadziłem koncert, zapowiadałem, a on ze mną. Jakiś nowy dziennikarz się pojawił i to był Owsiak. I on wtedy powiedział, że widział koncert TSA, który trwał kilka godzin, ponieważ się zepsuł sprzęt i ja zostałem sam na scenie. Śpiewałem z ludźmi do rana. Trzy godziny bis trwał! (śmiech) Nikt nie wyszedł! A Owsiak powiedział, że pierwszy raz w życiu widział, że jeden chłopak miał seks z piętnastoma tysiącami panienek w jedną noc! (śmiech)

Jak myślisz, z perspektywy czasu, dlaczego TSA odniosło taki sukces?

– Bo było odmienne całkowicie. I niosło taki powiew wolności. Wszystkie symbole, których używało TSA były całkowicie nowe. To było coś, czego nie było w Polsce. A ludzie pragnęli czegokolwiek, co jest związane z wolnością, swobodą i brakiem cenzury. Nawet, jak to ma być rozbestwienie, pijaństwo i narkotyki. To nie obchodziło nikogo. Byle to nie pasowało do komuny.

Czy TSA nie ograniczało Twojej wolności w śpiewaniu?

– Wyszedłem z różnych nurtów. Soul śpiewałem, blues i poezję śpiewaną. Mnie najbardziej zależało na kontakcie z ludźmi. Odkryłem to już na pierwszym koncercie, że ludzie bardzo czujnie mnie słuchają. Od zawsze wiedziałem, że najważniejsze są teksty. Muzyka, wiadomo. Ale muzyka ma nieść te teksty. Jak ktoś pomija teksty, to jest głupiec. Bo nie ma siły rażenia żadnej.

Czy po tylu koncertach jakie zagrałeś, nadal uważasz, że nie ma ciszy?

– Nie ma ciszy. Ja nie słyszę ciszy. Nie wiem, gdzie jest cisza. Mam szum cały czas. Mam uszkodzony słuch strasznie. Na scenie TSA było sto trzydzieści decybeli, a ja biedny w środku. Musiałem się strasznie wydzierać, cały czas. I teraz dopiero na starość zacząłem śpiewać. Mam bardzo mocny głos. Mimo, że mam astmę od zawsze. Zawsze zatkany nos. Nie chcieli mnie przyjąć do żadnej szkoły muzycznej na wokal, bo nie mam warunków głosowych i nie mam aparatu. (śmiech)

I teraz pewnie żałują!

– (śmiech) Nie wiem, ale ja się cieszę, że nie poszedłem do szkoły, bo bym nie śpiewał już dawno. Bo w szkole uczą kłamać. A człowiek, który kłamie – traci głos.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o