Finalistka the „The Voice of Poland”, wokalistka, studentka, a w roku akademickim także… mieszkanka Lublina. Katarzyna Góras opowiedziała nam o swojej przygodzie z „The Voice” i muzycznych planach.

Bardziej muzyka czy elektroradiologia?

– To ciężkie pytanie, bo z tym i z tym wiele mnie łączy. Elektroradiologia jest to kierunek, na którym studiuję, z którego już niedługo będę pisać pracę licencjacką, a z kolei muzyka jest nieodzownym elementem mojego życia. Śpiewam odkąd pamiętam, więc myślę, że muzyka trochę wygrywa.

Zostałaś finalistką “The Voice of Poland”! Czego nauczył Cię ten program?

– Myślę, że przede wszystkim skupienia, wytrwałości, samodyscypliny, bo w tym programie trzeba było się nauczyć bardzo wielu utworów, często w bardzo krótkim czasie. I każdy z uczestników miał do wykonania swój cel.

Zanim jednak poszłaś do Voica dużo występowałaś. Gdzie głównie grałaś?

– To nie była moja pierwsza przygoda z telewizją. Wcześniej byłam w „Must be the Music – tylko muzyka!”. Miałam wtedy 16-17 lat i chciałam spróbować samej siebie, zobaczyć co mi to da i gdzie mnie zaprowadzi.

Fot. Dominika Polonis

Tych programów nie da się porównać, ale z którego z nich więcej wyciągnęłaś dla siebie?

– „Must be the Music” ukierunkował mnie i ciężko mi mówić, który jest lepszy, a który gorszy. Ale na pewno Voice trwał dłużej i dłużej np. obcowaliśmy z kamerą. Z tym całym światem, który jest tam właśnie nie przed telewizorem tylko od tej drugiej strony. I dla mnie to było takie: „wow, ile u kamer”. Nie wiedziałam, jak mam się zachować, gdzie mam stanąć. Więc jeśli chodzi o ten aspekt, to więcej nauczyłam się w „The Voice”.

Ile czasu poświęcaliście na przygotowanie tych utworów?

– Tak naprawdę od momentu, kiedy dostaliśmy te utwory do momentu nagrywania programu. Miałam szczęście, że byłam u Marysi Sadowskiej, która po próbach zabierała nas do swojego domu, gdzie ćwiczyliśmy do bardzo późnych godzin nocnych. Za to jej bardzo dziękuję, bo dzięki temu naprawdę więcej umiałam niż gdybym sama ćwiczyła.

Jaką trenerką jest Marysia Sadowska?

– Bardzo wymagającą! Ale ja nie poszłam do tego programu, żeby było mi łatwo, tylko po to, by jak najwięcej się nauczyć.

Co jest fajnego w byciu rozpoznawalnym?

– Miłe jest, jak ludzie doceniają to, co robisz. Każdy z nas ma jakiś cel i stara się osiągnąć maksimum! Było mi przyjemnie, jak szłam i nagle ktoś zupełnie obcy do mnie zawołał, że zna mnie z programu i mi kibicował. Zdarzało się, że np. obcy ludzie w autobusie mówili, że super śpiewam. To było dla mnie coś!

Jaki jest Twój sposób na pokonywanie stresu?

– Przede wszystkim głęboko oddycham i powtarzam sobie, że ci ludzie chcą posłuchać, że przyszli dla mnie i że muszę dać z siebie sto procent. To nawet nie jest tak, że ja się stresuję, tylko rośnie mi poziom adrenaliny. A pod koniec koncertu często czuję niedosyt, że ja bym jeszcze chciała pośpiewać (śmiech).

A co dał Ci konkurs „Młody Ambasador Lubina”?

– Młody Ambasador Lublina dał mi przede wszystkim satysfakcję, że zostałam wyłoniona spośród naprawdę wielu utalentowanych ludzi, z których jedną osobą oczywiście jesteś Ty! (śmiech) I ja też Ci gratuluję tego tytułu, bo zgłosiło się mnóstwo młodych ludzi. Rozmawiałam z nimi i myślałam: kurczę, co ja tu robię? (śmiech)

Czego możemy Ci życzyć?

– Myślę, że powodzenia w dalszym rozwoju i jak najszybszego wydania płyty.

Fot. Dominika Polonis

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o