Ciężka praca, bycie częścią załogi jachtu, lęk przed wodą i nieoczekiwana zmiana kursu – to wszystko przeżyła Anna Augustyniak, sekretarz województwa lubelskiego, podczas rejsu Zawiszą Czarnym po Bałtyku.

Każda wyprawa na pokładzie jachtu zaczyna się od szkolenia. Uczestnicy załogi uczą się obycia na statku, wykonywania na nim prac oraz pełnienia wacht. Bohaterka naszego tekstu Anna Augustyniak miała okazję być częścią załogi w rejsie zorganizowanym przez Fundację Oswoić Los w ramach VII Zjazdu Rodzin i Przyjaciół fundacji. Celem było zapewnienie chwili odpoczynku podopiecznym oraz osobom, które na co dzień opiekują się niepełnosprawnymi.

– Od kilku lat współpracuję z fundacją. Nie jestem jej członkiem, jestem przyjacielem. Fundacja co roku organizuje wyjazdy, spotkania, które mają pomóc rodzinom dzieci niepełnosprawnych chociaż na chwilę oderwać się od trudów dnia codziennego. Tegoroczny wyjazd zorganizował kapitan Wojciech Plewnia, który wspólnie z kapitanem Waldemarem Mieczkowskim dowodzili jachtem – opowiada sekretarz województwa.

Fot. Archiwum Anny Augustyniak

Szkolenie

Pani Anna wspomina szkolenie, w którym uczestniczyła cała załoga. Większość z nich nie znała zasad panujących na statku. – Przed wypłynięciem poznaliśmy Zawiszę. Nauczyliśmy się, jak się po nim poruszać. Oficerowie pokazali nam wszystkie pomieszczenia i wytłumaczyli zasady korzystania z kamizelek ratunkowych – mówi.

Na statku panuje zasada, że bez względu na pogodę całe ciało musi być osłonięte, a buty muszą pozwalać na bezpieczne przemieszczanie się po mokrym pokładzie. Kobiety muszę mieć też przez cały czas związane włosy. Ich wplątanie się podczas prac z linami mogłoby być niebezpieczne.

Fot. Archiwum Anny Augustyniak

Zmiana kursu

Kolejny etap szkolenia obejmował zapoznanie się z urządzeniami przy sterze. – Zostaliśmy poinstruowani, które parametry kontrolować. Podczas prowadzenia statku to my byliśmy za niego odpowiedzialni. Oficerowie sporadycznie nas doglądali. Byli częścią załogi, też mieli swoje zadania do wykonania – zaznacza nasza bohaterka.

Rejs trwał 4 dni, a jego zakończenie zaplanowano w Szwecji, w Karlskrone. – Nieoczekiwanie jednak wezwał nas kapitan, który poinformował, że wiatr nam nie sprzyja i jeżeli chcemy poczuć jak statek płynie pod pełnymi żaglami musimy zmienić kurs – wspomina Anna Augustyniak. I tak wyprawa ruszyła na Litwę, do portu w Kłajpedzie. – Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że płynięcie pod żaglami będzie takim magicznym przeżyciem – dodaje.

Walka z chorobą morską

Pierwsze obawy pani Anny związane były z chorobą morską. – Bez względu na to, czy wśród załogi była drobna kobieta czy potężny mężczyzna, wszyscy doświadczali jej w taki sam sposób. Wcześniej bagatelizowałam ten problem. Myślałam, że tabletka załatwi sprawę, a okazało się, że osób wiszących za burtą było dużo – wyjaśnia.

Największy stres pojawił się pierwszej nocy, kiedy nasza bohaterka kładła się spać. – Moja koja znajdowało się w środkowej części. Nade mną i pode mną spały koleżanki z wachty. Obawiałam się, że jak się już położę, to choroba morska się odezwie, a ja nie będę w stanie odpowiednio szybko wyjść na pokład – uśmiecha się kobieta.

Ale na chorobę morską najlepszym antidotum okazała się … praca. – Kiedy tylko skończyłam powierzone mi zadania, ruszałam do oficera z prośbą o kolejne, nawet najdrobniejsze prace. Wszystko, żeby zająć głowę – podkreśla pani Anna. – Pamiętam jak podał mi linki, na których były zaplątane bardzo misterne supełki. Mój oficer zaprezentował mi na dużej linie, jak je wiązać i moim zadaniem było to odwzorować.

Fot. Archiwum Anny Augustyniak

Prawdziwe wyzwanie

Ból, otarcia i morska woda to była codzienność. – Nie ma taryfy ulgowej dla żadnej osoby z załogi. Na jachcie musi panować porządek. Do moich zadań należało zarówno trzymanie steru statku, czyszczenie pokładu, jak i pomoc na kuchni – wylicza. – Wielokrotnie zdarzyło się, że skóra dłoni aż piekła, gdy w ostatniej chwili łapałam uciekającą linę.

Nie ukrywa jednak, że dla osoby, która poznawała morze tylko na rejsach turystycznych, praca na statku była dużym wyzwaniem. – Sterowanie Zawiszą po falach, zarówno tych dużych, jak i na spokojnym morzu, budziło poczucie odpowiedzialności zarówno za załogę, jak i sam statek. Z emocji serce często biło bardzo mocno – uśmiecha się kobieta.

Fot. Archiwum Anny Augustyniak

Szacunek do morza

Największe emocje budziło płynięcie z rozwiniętymi żaglami. – Byłam odpowiedzialna za grot na Zawiszy. Nigdy nie zapomnę uczucia, kiedy stawia się żagle, wykonuje wszystkie czynności zlecone przez oficera i obserwuje, jak z tego zwiniętego kokonu wydobywa się wielki żagiel, który łopoce na wietrze – przekonuje Anna Augustyniak.

Pierwsza część podróży skończyła się w porcie w Kłajpedzie. Nie był to jednak koniec obowiązków. – Dotarliśmy tam późnym popołudniem. I wtedy zaczęła się praca. Musieliśmy odpowiednio zabezpieczyć statek na noc, a od rana zajęliśmy się przygotowywaniem statku na wyjście z portu w drogę powrotną – mówi pani sekretarz.

Ekstremalna podróż naszej rozmówczyni dostarczyła jej wiele doznań, niezapomnianych widoków i pracy nad sobą. – Wszystko na statku było dla mnie czymś nowym, ciekawym. Teraz już rozumiem pasję ludzi, którzy żeglują – podkreśla. – Trzeba mieć wielki szacunek do morza. Taki rejs pozwala poczuć więź z jednym z najpotężniejszych żywiołów.

Odcięta od świata

Jednym z największych wyzwań dla naszej bohaterki było przełamanie lęku przed wodą. – Wiele razy próbowałam nauczyć się pływać. Jednak pewne przeżycia z młodości wywołały we mnie strach przed wodą. Kiedy dostałam propozycję rejsu, pomyślałam, że będzie to też dobra okazja do przełamania lęków. Ale cały czas musiała sobie powtarzać, że skoro przestrzegam zasad, to będę bezpieczna – podkreśla.

Wyprawa okazała się też detoksem od telefonu komórkowego. – Przyczyna była prosta: nie było zasięgu. Jedyne chwile, kiedy przypominaliśmy sobie o telefonach, to te, kiedy chcieliśmy coś uwiecznić. Wyciągaliśmy je wtedy z dobrze zabezpieczonych kieszonek, żeby zrobić zdjęcie, czy nagrać filmy – wspomina.

Fot. Archiwum Anny Augustyniak

Smakowanie życia

Praca na statku to obowiązki, ale też niesamowite emocje. – Jeśli ktoś chce dobrze poznać morze, powinien się wybrać nie na turystyczny rejs, ale właśnie popracować na statku. Emocje są wtedy o wiele silniejsze. Nawet widoki bardziej zachwycają – uśmiecha się Anna Augustyniak. – Ten rejs był dla mnie smakowaniem prawdziwego życia. Warto było! – dodaje.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments