Moje podium – Wanda Brzyska. Pani profesor ze spadochronem

0
303
Fot. Archiwum prywatne Wandy Brzyskiej

W ciągu dni pracowała nad rozpuszczalnością alkanodwukarboksylanów lantanowców lekkich, a po pracy na uczelni jechała na lotnisku w Radawcu, gdzie trenowała spadochroniarstwo. Jej karierę przerwał tragiczny wypadek, kiedy koledze nie otworzył się spadochron. Spadł wprost pod nogi jej męża. – Albo ja, albo skoki – usłyszała od niego. Wybrała karierę naukowca.

Najbardziej utkwił jej w pamięci srebrny medal drużynowych mistrzostw Polski w Krakowie w 1957 r. Wprawdzie nie było to najwyższe trofeum, ale wicemistrzostwo było dużym osiągnięciem. Skakali na celność z wysokości 600 metrów.

– Na dole były ustawione koła z namalowanym krzyżykiem i trzeba było precyzyjnie wylądować w sam środek celu. Do złotego medalu zabrakło niewiele, ale i tak wszyscy się cieszyliśmy ze srebra, zwłaszcza że nasz instruktor – Jerzy Kowalczuk był najlepszym w klasyfikacji indywidualnej.

Wanda Brzyska, rocznik 1931, emerytowana dziś profesor chemii UMCS, od dziecka interesowało wszystko to, co było na górze

Słysząc samolot, wybiegała z domu i z zadartą głową śledziła jego lot. Nie „wyleczyła” się z tego nigdy. Po wojnie, w latach 50. zgłosiła się do siedziby Aeroklubu Lubelskiego, który mieścił się nieopodal hotelu „Europa” przy pl. Litewskim. Była wtedy studentką I roku.

– Co? Pani z takim nazwiskiem (panieńskie i niemieckobrzmiące Sztejn-red.) i do tego po szkole urszulanek chce do aeroklubu? Niech pani wybije to sobie z głosy! – usłyszała.

Wanda Brzyska (druga z prawej) – ostatnie wskazówki przed zawodami/ Fot. Archiwum prywatne Wandy Brzyskiej

Pamiętajmy, że działo się to w latach głębokiego komunizmu, gdzie każdy mógł być podejrzany o szpiegostwo czy dywersję, a aeroklub był szczególnie narażony na takich „wywrotowców”.

– Ówczesne władze bały się, że ktoś taki jak ja może chociażby porwać samolot i czmychnąć na Zachód – mówi pani Wanda. – W tamtych latach znany był przypadek Witolda Łokuciewskiego, pilota słynnego Dywizjonu 303, który powrócił po wojnie do kraju i zamiast zostać należycie uhonorowanym za męstwo, był szykanowany przez komunistów. Miał m.in. zakaz zbliżania się do lotniska w Radawcu na mniejszą odległość niż 500 metrów.

Pierwsze kroki w chmurach

Po pewnym czasie pani Wanda spełniła swoje marzenie. Zapisała się do aeroklubu. A było to tak:

– Na studiach dorabiałam jako nauczycielka w szkole urszulanek. Było w niej dużo dodatkowych zajęć, kół zainteresowań. Lotnictwo było mi chyba pisane, bo zostałam opiekunką ligi lotniczej, która prężnie działała w szkole.

W programie mieli m.in. wizytę na lotnisku w Radawcu. Pojechała tam z małą grupą uczniów. Jeden z instruktorów zaprosił ich do samolotu. Oczy pani Wandy musiały chyba wiele wyrażać, bo ów instruktor od razu spytał: Nie chciałaby pani nauczyć się latania?

Kiedy opowiedziała, jak wyglądał jej pierwszy, mało sympatyczny kontakt z biurem aeroklubu, odparł, żeby niczym się nie przejmowała i kazał jej następnego dnia zgłosić się znów do siedziby przy pl. Litewskim.

Tak też zrobiła. O dziwo, nikt już nie robił jej problemów z nazwiskiem i szkołą urszulanek. Instruktor musiał być rzeczywiście ważną osobą, bo wszyscy byli dla niej niezwykle mili. Wyszła rozpromieniona.

Rok 1984. Kazimierz, spotkanie członków aeroklubu. Wanda Brzyska na dole z prawej strony obok męża/ Archiwum Wandy Brzyskiej

Następnego dnia przeżyła szok. Ów instruktor, który pomógł jej w otrzymaniu legitymacji aeroklubu zginął w wypadku, do jakiego doszło na Starym Mieście. Holował szybowiec, kiedy jego samolot prawdopodobnie uległ awarii i zaczepił o komin jednej z kamienic.

Pilotem jednak nie została. Na przeszkodzie niski był wzrost

– Zabrakło mi 3 centymetrów. Na kurs przyjmowali osoby o wzroście co najmniej 160 cm. Ledwo dotykałam nogami do pedałów. Byłam tak zdesperowana, że przed kolejnymi badaniami lekarskimi, położyłam się na stole i prosiłam kolegów, żeby jeden ciągnął mnie za nogi, a drugi za głowę. Myślałam, że w ten sposób uda się dodać te nieszczęsne centymetry.

Pozostało spadochroniarstwo, gdzie niski wzrost nie stanowił przeszkody.

– Takich jak ja zapaleńców było kilkudziesięciu. Czasami na lotnisku w Radawcu siedzieliśmy pół dnia, żeby w końcu oddać chociaż jeden skok.

Na treningi starała się jeździć tak często, jak się tylko dało.

– Do Radawca to była wtedy cała wyprawa. Często całą gromadą szliśmy przez Park Ludowy na dworzec i stamtąd pociągiem do Motycza, a dalej już pieszo na lotnisko.

Pierwszy pociąg był tuż po siódmej rano. Pani Wanda zaczęła trenować spadochroniarstwo w tajemnicy przed mamą, dlatego wychodziła z domu najciszej jak się tylko dało.

Zapaleńcy na lotnisku

Trenujących spadochroniarstwo łączyło jedno – wspólna pasja, której w całości się poświęcili. Wśród nich byli ludzie różnych profesji – studenci, naukowcy, urzędnicy.

– Mieliśmy naprawdę zgraną paczkę. Znaliśmy się jak łyse konie. Zresztą nic dziwnego, bo spędzaliśmy ze sobą wiele godzin razem – opowiada.

Do dzisiaj mają ze sobą kontakt. Wielu z nich już nie żyje, ale pozostali wciąż się spotykają w klubie seniorów.

Pierwszy skok

A właściwie pierwsze trzy skoki, to były skoki z liną. – Spadochron otwierał się automatycznie – mówi pani Wanda. – Dopiero potem pozwolili nam robić to samodzielnie. Sam skok wymagał też dużej sprawności fizycznej. Ci o słabych nogach odpadali, bo trzeba było naprawdę sporo ćwiczyć, żeby podczas lądowania nie zrobić sobie krzywdy.

Na treningach i zawodach używali starych, często wojskowych spadochronów. Były ciężkie i niewygodne.

– Jak się rozłożyły, to miały coś koło 70 mkw. I trudno było nimi sterować. Dzisiejsze są nie tylko lżejsze, z o niebo lepszych materiałów, ale można na nich wylądować z minimalną prędkością. Te stare do tego ważyły 20 kilo. Nie wiem, jak ja to uniosłam. Nogi to się pode mną uginały od ciężaru.

Kadra

Do kadry narodowej trafiła dość szybko, już po kilku latach treningów. – Dzisiaj, żeby zająć się spadochroniarstwem, trzeba mieć nie tylko predyspozycje, ale również pieniądze. I to niemałe. My w aeroklubie za nic nie płaciliśmy. W kadrze nawet płacili nam za skoki.

Z takich zawodów wracała czasami z dość pokaźną kwotą, jak na tamte czasy. W zależności od wysokości, z jakiej skakali, było to od 100 do nawet 600 złotych. Przy wielu skokach zarabiała tyle, ile przed dwa miesiące jako wykładowca na UMCS-ie.

– Nikt jednak wtedy nie patrzył na profity ze sportu. My spadochroniarstwo po prostu kochaliśmy. Na zawodach, mieliśmy spartańskie warunki. Zdarzało się, że spaliśmy gdzieś w hangarze na piętrowych łóżkach. Zero luksusów. Z nami, dziewczynami było najtrudniej, bo ani się gdzie przebrać w ustronnym miejscu, ani umyć, ale jakoś dawałyśmy radę – wspomina.

Podczas zawodów w Krakowie, a było to w latach 50., przyszło jej nocować pod gołym niebem.

– Było ciepło, po zawodach zrobiło się już późno, to położyłam się na trawie, przykryłam jakimś kocem i tak usnęłam. Rano coś mnie obudziło. Jakiś dziwny odgłos. Otwieram oczy, patrzę, a tu tuż obok mnie pasie się krowa.

Skok z najwyższej wysokości, jaki oddała to było 3,6 km. Trzy kilometry leciało się wtedy bez otwartego spadochronu.

W stroju ubeka?

W 1956 r. pani Wanda pojechała z kadrą na zawody do Poznania. Było to tuż przez poznańskimi wydarzeniami, kiedy robotnicy dali wyraz swojemu niezadowoleniu z tego, co się działo w kraju. Sytuacja była niezwykle napięta.

– Wtedy to były jedne z nielicznych imprez sportowych, kiedy mieszkaliśmy w hotelu. Codziennie jeździliśmy na lotnisko do Środy Wielkopolskiej. Na kwaterę wracaliśmy późnym popołudniem. Któregoś dnia podjeżdżamy pod hotel, a tu czołg stoi. Okazało się, że przyjechał Józef Cyrankiewicz ze swoją świtą i zamieszkał w tym samym budynku. Nie wiedzieliśmy, że sytuacja w Poznaniu robi się coraz poważniejsza. Nie interesowaliśmy się polityką, nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakie dramatyczne wydarzenia wkrótce miały się rozegrać.

Młodych spadochroniarzy bardziej interesowała niezwykła limuzyna Cyrankiewicza stojąca przed hotelem i czołg, niż polityczne zawirowania. Nawet poprosili załogę, żeby ich wpuścili do środka, bo nigdy nie siedzieli pod pancerzem. Żołnierze bez żadnych oporów pokazali im zresztą wnętrze czołgu. Być może był to ten sam, który wjechał potem w tłum protestujących…

Mimo napiętej sytuacji w mieście, zawodów nie przerwano. Kolejnego dnia – jak zwykle – wracali do hotelu. W pewny momencie posłyszeli krzyki, jakieś głośne nawoływania. Okazało się, że to robotnicy zbierali się na sąsiedniej ulicy do marszu protestacyjnego. Zaciekawieni spadochroniarze podeszli bliżej, żeby to zobaczyć. Pani Wanda, podobnie jak i inni była ubrana w skórzaną kurtkę. Z daleka wszyscy wyglądali tak samo.

– Kiedy byliśmy już blisko, posłyszałam, że ktoś z tego tłumu wziął nas za ubeków. Oni też często ubierali się w skórzaną odzież. I nagle ten tłum ruszył na nas. Na szczęście w porę wyjaśniliśmy nieporozumienie. Kazali nam zmykać.

Ten ostatni skok

Profesor Wanda Brzyska oddała w swoje karierze 149 skoków. Na więcej nie pozwolił jej mąż. Kazał wybierać – albo on, albo skoki. Powiedział to w dramatycznych okolicznościach, które pamięta do dzisiaj.

– To było na zawodach w Radawcu. Czekałam na swoją kolejkę i patrzyłam jak z samolotu wyskoczył kolejny skoczek. Nie otworzył mu się spadochron.

To był Andrzej, jej kolega. Kilka dni wcześniej zdał maturę. Na lotnisku był wówczas mąż pani Wandy – również związany z aeroklubem.

– Andrzej spadł wprost pod nogi mojego męża. Spojrzał jeszcze na niego, jakby chciał coś powiedzieć.

Zginął na miejscu. – Kiedy zastanawialiśmy się, kto i jak powiadomi jego rodziców, wtedy wstał nasz kolega Władek i powiedział: „Słuchajcie, ja to zrobią. Jestem księdzem”.

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem. Okazało się, że ukrywał to przed pozostałymi, bo bał się, że w tamtych czasach zabronią mu przynależności do aeroklubu. – Tego samego dnia mój mąż postawił mi warunek – skoki albo on. Nie dane mi było oddać więcej skoków.

Dzisiaj

Mimo, że od tego ostatniego skoku upłynęło już kilkadziesiąt lat, pani Wanda wciąż żyje spadochroniarstwem i aeroklubem.

– Co miesiąc spotkamy się z dawnymi znajomymi w klubie seniora. Często odwiedzamy wciąż lotnisko w Radawcu. Wciąż interesujemy się spadochroniarstwem, lotnictwem.

Na spotkaniu sympatyków latania – Wanda Brzyska w środku/ Archiwum Wandy Brzyskiej

Ten sport ma w sobie magię. Ktoś, kto spróbował już raz być tam, w górze – kiedy czuć w pełni swobodę, jak się spada – ten nigdy już spadochroniarstwa nie zdradzi.

Co mi dał sport? Bardzo dużo. Nauczył mnie pokory, odpowiedzialności, życia w grupie; dał mi poza tym tyle radości i frajdy, że do dzisiaj na myśl o skakaniu, usta same składają się do uśmiechu.

Autor: Krzysztof Załuski

***

„Moje podium” to cykl reportaży o ludziach sportu, którzy kiedykolwiek w swojej karierze zdobywali medale i stawali na podium. Bohaterami są nie tylko sami sportowcy, ale także trenerzy, szkoleniowcy, działacze – ci wszyscy, którzy mieli swój udział w zdobywanym medalu. To przecież także ich zasługa.

Te reportaże to opowieści nie tylko o nich, to również dokument czasów, w których trenowali, brali udział w zawodach. Ich bohaterami są sportowcy w rożnych wieku i różnych dyscyplin. Często już zapominani, ale łączy ich jedno – znają nie tylko smak zwycięstwa, ale i gorycz porażki. Skupmy się jednak na tym pierwszym. Zapraszamy na sportową podróż w przeszłość. „Moje podium” powstało pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci”.

Krzysztof Załuski – dziennikarz, redaktor, pisarz, scenarzysta. Autor wielu reportaży, stypendysta Urzędu Miasta Lublin i Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Napisał scenariusze do filmów Grzegorza Linkowskiego – „Świętokradztwo” oraz „Lot do wolności”. Jest autorem wielu książek, w tym „Historii Avii Świdnik”, „Kulinarnego Lublina”, „Filmowego Lublina” czy „Sekretów Lublina”.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments