To była wielka miłość i ogromna pasja. Początkowo nie miała być sposobom na życie, ale jak to z miłością bywa, nie dała o sobie zapomnieć. I tak poważna pani pedagog i doradca zawodowy poświęciła się bez reszty psim problemom. Najpierw założyła dom tymczasowy, od ponad roku prowadzi hotel dla psów i już nie wyobraża sobie innego życia.

Do Hotelu dla psów u Reksa nie jest trudno trafić. Wystarczy wpisać w nawigację Rudka Kozłowiecka, wyjechać kilka kilometrów za Lublin w kierunku Lubartowa, a następnie skręcić z ruchliwej „dziewiętnastki” na spokojną gminną drogę. Po chwili już można parkować przed bramą zielonego, parterowego domu. Przywita nas niewysoka blondynka, która zapewne podejdzie do bramy otoczona stadem mniejszych i większych psów. Tak poznamy Magdalenę Olszową, właścicielkę Hotelu u Reksa.

Wielka miłość

– Wszystko zaczęło się od Murzyna. Byłam jeszcze nastolatką i mieszkałam z rodzicami w Gostyniu. Czarny kundel przyszedł za mną do domu. Daliśmy mu jeść i pić, a potem wypuściliśmy bo może jest czyjś i wróci do domu. Wrócił, ale z powrotem pod nasze drzwi. Tak został na 15 lat, zaskarbiając sobie naszą miłość – mówi pani Magda.

Tediego wypatrzyła w schroniskowej klatce już w Poznaniu. Zwracał uwagę, bo nie skakał na jej widok i nie dopraszał się zainteresowania. Po prostu siedział i patrzył. – Był u mnie rok. Miał lęk separacyjny. Potrafił 8 godzin wyć bez przerwy. Wreszcie sąsiedzi z bloku nie wytrzymali. Tedi trafił do moich rodziców, gdzie wiódł spokojne życie – wspomina pani Magda.

Potem była Karusia, śmiało można o niej powiedzieć, że to lublinianka. – Miała 3 miesiące, znalazłam ją podczas wizyty w Lublinie na ul. Zamojskiej. Wyglądała jak mały szczur. W ogromnym kartonie po telewizorze pojechała za mną do Poznania – opowiada Magda Olszowa.

Lubelska przemiana

Niedługo później poważna pani pedagog i doradca zawodowy, pracująca w poznańskich liceach, trafiła do podlubelskiej Rudki Kozłowieckiej. Nowe etap zaczęła w zielonym, parterowym domu. Wtedy pojawił się pomysł na związanie swojego zawodowego życia z opieką nad zwierzętami.

– Zostałam wolontariuszką jednej z miejscowych fundacji i otworzyłam dom tymczasowy dla psów. Jako pierwszy pojawił się Reks. Był prawie niewidomy i ciężko skrzywdzony przez los. Reagował agresywnie nawet na dotyk. Przez całe życie stał przy budzie tak szczelnie opleciony łańcuchem, że niemal zdążył wrosnąć w jego ciało. Nie miał szans na adopcję. Cierpliwością i wytrwałością doszliśmy do tego, że Reks dawał się pogłaskać i chodził na smyczy. Trwało to rok – opowiada pani Magda.

Właśnie ten rok okazał się przełomowy. – Dla mnie było już jasne, że od teraz chcę się zawodowo zajmować opieką nad psami. Nie chciałam jednak otwierać miejsca, w którym będą klatki. Tak zrodził się pomysł na hotel domowy, w którym psy będą mogły żyć w stadzie – tłumaczy nasza rozmówczyni.

Nie ma w nim więc klatek, są za to legowiska w salonie i w dobudowanych niedawno, dwóch pokojach. Psy bawią się ze sobą, razem biegają po działce i w każdej chwili mogą podejść, żeby poczuć dotyk dłoni na swojej głowie.

Szczęśliwe i nieszczęśliwe

Hotel od początku cieszył się dużym zainteresowaniem, choć jego powstaniu towarzyszyły poważne obawy. – Martwiłam się, co będzie jeśli nikt nie przywiezie do mnie psów. Zaczynałam od swoich czterech, stado szybko urosło do 10. Powiedziałam sobie wówczas, że limit to 15 psów w tym samym czasie, potem miało być 20, teraz nie więcej niż 25 i w taki sposób doszliśmy w tej chwili do 26 – śmieje się pani Magda. – Wszyscy mnie pytają, jak daję sobie radę z taką liczbę psów. Odpowiadam, że to się robi samo, bo taka jest magia stada. Ja nadzoruję, żeby wszystkie moje zwierzaki były bezpieczne.

W hotelu przebywają zarówno psy mające właścicieli, ale również te, podsyłane przez fundacje i stowarzyszenia. Z reguły są to skrzywdzone czworonogi, wyciągnięte z bezdomności. Pod okiem pani Magdy uczą się życia z człowiekiem i czekają na domy. Przez blisko 1,5 roku przez hotel „przewinęła się” około setka psiaków.

Historie jak z bajki

Pani Magda na co dzień współpracuje z wolontariatem schroniska dla psów w Nowodworze, ze Stowarzyszeniem Chełmska Straż dla Zwierząt, z Fundacją Pan i Pani Pies im. Maćka Kozłowskiego, a także z osobami prywatnymi ratującymi psy z bezdomności. I to właśnie historie tych najbardziej skrzywdzonych najlepiej napędzają do działania.

– Pamiętam imiona i historie wszystkich psów, choć niektóre są szczególne. Pola z Fundacji Pan i Pani Pies, była bardzo wylękniona. Nie chciała wychodzić z domu, oswajałam ją z dotykiem. Teraz jest mieszkanką Częstochowy, ma cudowną rodzinę, nie odstępuje swoich ludzi na krok. Kiedyś trafiła do mnie maleńka Pela. Była bardzo chuda, miałam ją odżywić. Zachowywała się trochę jak hrabianka, jadła tylko z ręki i tylko wówczas, jeśli towarzyszyłam jej podczas posiłku. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani Grażynka spod Paryża, z prośbą o informacje o Peli, bo się w niej zakochała. Nie była to łatwa adopcja, musiałam przejść mnóstwo procedur, ale któregoś pięknego dnia pod bramę hotelu podjechało białe BMW i wysiadła z niego nowa pani Peli. Teraz suczka ma piękny dom, ogromną działkę i łoże z baldachimem – opowiada pani Magda.

Nie kochasz, nie dasz rady

Jako doradca zawodowy zawsze mówiłam uczniom, że jeśli wybiorą pracę, którą kochają, to nie przepracują ani jednego dnia. Wyszło na to, że sama skorzystałam ze swojej rady. Opieka nad psami to zajęcie na 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Nie można go wykonywać, jeśli się takiej pracy nie kocha. Trzeba lubić rutynę, stabilizację i monotonię. Psy, tak jak dzieci, dobrze funkcjonują, jeśli w ich życiu jest stałość, taki sam czas pobudki, karmienia, spacerowania, leżakowania. To jest praca dla kogoś, kto nie tęskni za spotkaniami towarzyskimi, podróżami i czasem wolnym. Ale dla mnie to jest życie idealne. W zamian dostaję to co najważniejsze, bezwarunkową miłość – kończy pani Magda.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o