Życie zaczyna być takie bardzo pięciominutowe. Nie ma dziesięciu minut, tylko jest pięć minut. Na wszystko. I jak minie pięć minut to koniec – mówi Marek Andrzejewski w rozmowie z naszym portalem. Andrzejewski to kompozytor, autor piosenek i wykonawca. W tym roku obchodzi dwudziestopięciolecie pracy artystycznej. Na stałe jest związany z Lubelską Federacją Bardów i grupą Niesfornych.

Z jednej strony pisze pan piosenki żartobliwe, a z drugiej strony jest pan lirykiem.

– Być może. (śmiech) Ideałem byłoby, gdyby można było napisać piosenkę liryczną, wzruszającą, która byłaby jednocześnie żartobliwa. I ja właśnie takie chciałbym pisać najbardziej! Chciałbym, żeby piosenka była mądra, wzruszająca, ale jednocześnie żeby nie była napuszona i nie była zadufana w sobie. Żeby była z dystansem, bo ja też mam do siebie dosyć spory dystans.

Dla kogo głównie tworzy pan w ostatnim czasie?

– Zawsze wydawało mi się, że piszę dla swoich rówieśników ale ponieważ jestem coraz starszy to w miarę jak dorastam (śmiech), to chciałbym pisać dla ludzi młodszych od siebie. Coraz bardziej młodszych od siebie. Ale wychodzi jak wychodzi! (śmiech) I okazuje się, że ja wciąż piszę dla moich rówieśników, a nawet dla kolegów, koleżanek, którzy są ode mnie starsi. Żeby mieć chwilę, by poobcować z piosenką, żeby ją właściwie zrozumieć, to trzeba mieć spokojniejszą głowę. Ludzie młodzi nie bardzo mają na to czas. Szczególnie, że życie zaczyna być takie bardzo pięciominutowe. Nie ma dziesięciu minut, tylko jest pięć minut. Na wszystko. I jak minie pięć minut, to koniec. Bo jest następny egzamin, następne wyzwanie, następna praca, następne przenosiny, następny wyjazd. Następne życie, następny dom, następny samolot. Dlatego ci, którzy są już w jakiś sposób ustatkowani, ludzie w moim wieku i odrobinkę starsi mają na tę piosenkę więcej serca i więcej czasu.

W tym roku mija pana 25-lecie pracy artystycznej. Przyszedł czas na podsumowanie pewnego okresu?

– Tak. Pewnym podsumowaniem jest płyta, która wyszła w tym roku, ale nie chciałbym żeby na tym podsumowaniu się cokolwiek zamknęło, żeby to podsumowanie zamykało jakikolwiek etap albo cokolwiek się kończyło w związku z dwudziestopięcioleciem. I Płyta „Hasztagi”, która została przez nas wydana w tym roku, na dwudziestopięciolecie mojego działania na scenie, jest ukłonem w stosunku do tego w jakim stanie ducha i kim byłem ja oraz moi przyjaciele dwadzieścia pięć lat temu. Chciałem, aby płytą „Hasztagi” wrócić do energii i do takiego zaangażowania w piosenkę, jaką mieliśmy jako młodzi ludzie. I dlatego też na płycie grają ze mną muzycy, którzy tworzyli grupę Niesfornych dwadzieścia parę lat temu i z tą konstelacją wspaniałych muzyków nagraliśmy płytę „Trolejbusowy batyskaf”, moją pierwszą, autorską płytę. Chcieliśmy wszyscy poczuć się, tak jak wtedy.

I udało się?

Mam nadzieję, bo naprawdę poczuliśmy podobną magię jak wtedy. To znaczy inspirację, która tworzy się ze wspólnego muzykowania, ze wspólnego szaleństwa. W takim gronie jak muzycy z Grupy Niesfornych, można sobie pozwolić na pewne ekstrawagancje muzyczne. Na pewne rzeczy, które nie do końca są zaplanowane. W aranżach specjalnie zostawiałem puste miejsca, wiedziałem, że cokolwiek będziemy w tych miejscach grali to coś z tego będzie fajnego. I nie ma potrzeby ingerowania w każdą nutę. Muzycy z Grupy Niesfornych i przyjaciele, którzy dołączyli do tego dużego składu (dwanaście osób) doskonale czują jazz. Doskonale czują ducha improwizacji i ducha tego, gdzie muzyka jest najmocniejsza. Otóż muzyka, nie jest najmocniejsza wtedy, gdy wszystko jest równo i pod igłę, i pod grid jak to się mówi w nomenklaturze technicznej. Gdy wszystko jest równiutko z metronomem, wtedy muzyka jest martwa. Jest energetyczna i prawdziwa muzyka wtedy, gdy grają ją ludzie, a nie komputery.

Te dwanaście osób, które zgromadziły się na płycie, są jednymi z najważniejszych dla pana i pana drogi muzycznej.

– Czy ja mogę coś o nich więcej opowiedzieć? (śmiech)

Oczywiście, bardzo proszę.

Mówię tutaj o grupie Niesfornych, czyli o muzykach, którzy ze mną zaczynali. To jest Marek Matwiejczyk grający na gitarze basowej, Grzegorz Poliszak grający na perkusji, Christian Broniarz, który gra na saksofonach przeróżnych. Jarek Spałek, który gra na trąbce, flugelhornie i kornecie, jest też znakomity kontrabasista, który doszedł w trakcie naszej pracy nad różnymi akustycznymi projektami, czyli Robert Brzozowski. Jest Jakub Niedoborek – profesor gitary flamenco. Tutaj, w naszym projekcie gra głównie na lutni i na banjo. Jest Katarzyna Wasilewska, która wspaniale śpiewa i gra na skrzypcach! Jest też Piotr Bogutyn, który gra na gitarze elektrycznej. Jest wreszcie, bo powinien być wymieniony przy sekcji dętej, Marek Łukaszczyk grający na puzonie. To jest postać, która się niedawno pojawiła w tej konstelacji. Ponownie, po wielu, wieeelu latach, śpiewa ze mną Jagoda Naja. To jest dla mnie wspaniałą przygodą, bo Jagoda jest świetną wokalistką, wspaniale czuje tekst , jest wspaniałą osobą i bardzo fajnie nam się ze sobą śpiewa i współpracuje. Zresztą ze wszystkimi muzykami w tej konstelacji pracuje nam się doskonale! Całość uzupełnia mój szesnastoletni syn, pianista, uczeń szkoły muzycznej – Michał Andrzejewski.

Hasztag to nowoczesne słowo, skąd pomysł na nie u artysty z wieloletnim doświadczeniem i dorobkiem artystycznym?

– Hmmm…. Wydaje mi się, że tu dorobek, ani też wiek, nie ma nic do rzeczy. Ktoś, kto pisze piosenki i pisze piosenki współcześnie, nie robi stylizacji na przykład na piosenkę romantyczną czy piosenkę pozytywistyczną. Ktoś kto jest zanurzony we współczesności, w rzeczywistości, siłą rzeczy pisze językiem współczesnym. A język współczesny zawiera w sobie coraz więcej elementów zaczerpniętych z tej rzeczywistości no, nazwijmy ją wirtualną. Odbywa się tam jakieś życie, właśnie w tej sferze wirtualnej, a ona rządzi się swoimi prawami. Hasztag jako znak, był wymyślony przez programistów najpierw. W komendzie programowania miał sugerować, że linijka wyróżniona hasztagiem jest najważniejsza. Że ma zostać wykonana jako pierwsze polecenie, a dopiero potem pozostałe linijki kodu programowania. Hasztagi zostały przejęte potem przez przez instagram czy jakieś inne tego typu społecznościowe historie. Dzięki hasztagowi słowo zyskuję jakąś etykietkę. Ja raczej zbliżam się ku znaczeniu informatycznemu. Chciałem przy okazji dwudziestopięciolecia i przy okazji tej płyty i tej wspaniałej współpracy z nami młodszymi o dwadzieścia pięć lat (śmiech), chciałem postawić hasztag przy każdym takim ważnym zdarzeniu w tej mojej artystycznej wędrówce, tej drodze. I dlatego, gdzieś, w którymś miejscu napisałem nawet hasztag przed każdym nazwiskiem, przed każdą osobą, która jest wymieniona na tej płycie, by to polecenie zostało wykonane jako pierwsze i jako najważniejsze! (śmiech)

Skąd pomysł na teledysk do utworu „Jak listy”? Wpływ Grechuty?

– Prawdę mówiąc, pomysł wydał mi się wtedy bardzo kontrowersyjny. To było wiele lat temu. Pani reżyser tego klipu, Joanna Haręża, gdzieś w dawnym MTV, a to były zupełnie inne czasy, zobaczyła motyw właśnie klatki i błyszczących prętów, które w obrazku bardzo jej się spodobały. Potem dostała za zadanie, żeby napisać scenariusz, czy wymyślić jak ma wyglądać ten mój teledysk i przypasowała tę klatkę do teledysku. Ta klatka ma w pewien sposób symbolizować jedno zdanie z tej piosenki „z zewnątrz w pieczątki się ubiera, nigdy nikomu się nie otwiera”. To o czym była ta piosenka o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi zostało pokazane w formie, że jesteśmy i w klatce i poza klatką. Ta sama postać (czyli w tym przypadku autor piosenki) występuje i w klatce i w środku jako więzień pewnych konwenansów, wychowania, szkoły oraz występuje też jako strażnik. Postać z tego klipu jest jednocześnie swoim więźniem i swoim strażnikiem. Myślę, że bardzo wiele sytuacji w życiu dałoby się też w ten sposób opisać.

Jaka jest rola współczesnego barda?

– Nie wiem! (śmiech) Mogę się tylko domyślać. Albo mogę stawiać pewne hipotezy czy próbować zgadywać. Pytanie jest dla kogo? Czy dla samego barda? Jaka jest rola barda dla barda? To pisać jak najlepsze piosenki i pisać takie piosenki, żeby ludzie chcieli je słuchać. Natomiast jaka jest rola barda w stosunku do społeczeństwa? Jaka jest rola Barda w stosunku do Lublina? To jest jeszcze zupełnie inna rola, bo taki bard lubelski, lublinianin ma też obowiązek komentowania rzeczywistości jaką widzi za oknem, w której uczestniczy. Tutaj częściowo swoją rolę bardowską spełniłem, pisząc o trolejbusowym batyskafie, na przykład. Albo pisząc wieczór autorski, który odbywał się całkiem niedaleko, na Starym Mieście.

Jest on też „specjalistą od wzruszeń”?

– Chciałbym. Słowo “specjalista” ze słowem “wzruszenie” to nie jest moje połączenie. Specjalista może być od marketingu, a od wzruszeń powinien być artysta. Artysta od wzruszeń. Tak! O tak bym wolał powiedzieć. (śmiech) Że staram się być artystą od wzruszeń!

W Lublinie silnie rozwinięta jest scena reggae, hip-hopowa i rockowa. A jak z piosenką literacką?

– Wydaje mi się, że też ma się całkiem dobrze. Całkiem mocno, ale to dlatego, że bardziej siedzę wśród przyjaciół, w środowisku przyjaciół, którzy uprawiają piosenkę literacką, artystyczną. Lubelska Federacja Bardów jako zespół już prawie dwudziestoletni jest środowiskiem samym w sobie. Bardzo wiele osób się pojawiło w naszych składach, w naszych programach, na naszych koncertach. I to lubelskie środowisko budowało. Z tym, że my nie jesteśmy jedyni. Nie mamy wcale monopolu na piosenkę literacką i jest bardzo wielu innych przyjaciół, z którymi widujemy się na różnych festiwalach. I oni też są z Lublina, a lista ich jest bardzo długa. Cieszę się, że jest też hip-hop i reggae w Lublinie. Cieszę się, że w Lublinie jest Bajm i Budka Suflera, to świadczy o pewnej, artystycznej duszy tego miasta. Tego miejsca. Że nie jest pozbawione inspiracji. Jest w Lublinie jakaś magia, czy jakieś coś w powietrzu, nie mówię tu o smogu! (śmiech)…. Klimat taki, który jest dla piosenki (i to ogólnie rzecz biorąc, bo wszystko jest piosenką) sprzyjający.

Czy przez te wszystkie lata kiedy pan koncertował, zapadł panu w pamięć jakiś koncert z Lublina?

– Wszystkie te koncerty! Wszystkie je pamiętam! I na każdym koncercie było coś niezwykłego. Może dlatego, że dla mnie każdy, następny koncert i każdy koncert, który był, jest niezwykle ważny.

Fot. Dariusz Kudeń (2)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o